Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski.
Info o mnie.
- przejechane: 180604.03 km
- w tym teren: 65453.10 km
- teren procentowo: 36.24 %
- v średnia: 22.65 km/h
- czas: 330d 09h 38m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

Kategorie
-
Bike Maraton - 38
bikestatsowe zawody - 8
CX - 7
do 100 km - 1155
do 50 km - 1222
do/z pracy - 277
dron - 62
dzień wyścigowy - 249
Etapówki MTB - 31
Festive 500 - 55
Gogol MTB - 62
Kaczmarek Electric - 21
maratony - 178
MTB Marathon - 31
na orientację - 6
nocne - 288
podium, te szerokie też - 36
podsumowanie - 10
pomiar czasu - 67
ponad 100 km - 237
ponad 200 km - 28
ponad 300 km - 4
poza PL - 92
Solid MTB - 30
sprzęt - 46
szoska - 439
Uphill race - 8
w górach - 301
w roli kibica - 10
w towarzystwie - 390
wyprawy - 62
wysokie szczyty - 34
XC - 32
z przyczepką - 4
-
Moja stajnia
w użyciu
Orbea Oiz M20

Black Peak

Canyon Endurace



archiwum
Accent Peak 29
TREK 8500
Kross Action
pechowe accenty
Accent Tormenta 1 - skradziony
Accent Tormenta 2 - skradziony
Accent Tormenta 3 - skasowany
Archiwum
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
-
2025, Marzec - 10 - 24
2025, Luty - 8 - 16
2025, Styczeń - 7 - 13
2024, Grudzień - 15 - 38
2024, Listopad - 7 - 15
2024, Październik - 9 - 21
2024, Wrzesień - 10 - 18
2024, Sierpień - 12 - 20
2024, Lipiec - 14 - 30
2024, Czerwiec - 18 - 40
2024, Maj - 10 - 24
2024, Kwiecień - 15 - 37
2024, Marzec - 12 - 29
2024, Luty - 9 - 27
2024, Styczeń - 9 - 25
2023, Grudzień - 12 - 34
2023, Listopad - 10 - 33
2023, Październik - 9 - 27
2023, Wrzesień - 11 - 28
2023, Sierpień - 8 - 16
2023, Lipiec - 16 - 43
2023, Czerwiec - 11 - 27
2023, Maj - 17 - 36
2023, Kwiecień - 12 - 45
2023, Marzec - 6 - 16
2023, Luty - 8 - 32
2023, Styczeń - 8 - 26
2022, Grudzień - 8 - 20
2022, Listopad - 8 - 25
2022, Październik - 9 - 31
2022, Wrzesień - 12 - 16
2022, Sierpień - 10 - 24
2022, Lipiec - 16 - 37
2022, Czerwiec - 12 - 26
2022, Maj - 16 - 32
2022, Kwiecień - 14 - 49
2022, Marzec - 9 - 30
2022, Luty - 8 - 18
2022, Styczeń - 10 - 27
2021, Grudzień - 10 - 25
2021, Listopad - 11 - 29
2021, Październik - 12 - 35
2021, Wrzesień - 15 - 30
2021, Sierpień - 16 - 24
2021, Lipiec - 20 - 34
2021, Czerwiec - 19 - 42
2021, Maj - 15 - 34
2021, Kwiecień - 15 - 30
2021, Marzec - 12 - 35
2021, Luty - 11 - 32
2021, Styczeń - 13 - 42
2020, Grudzień - 17 - 37
2020, Listopad - 13 - 51
2020, Październik - 14 - 40
2020, Wrzesień - 19 - 33
2020, Sierpień - 20 - 42
2020, Lipiec - 25 - 65
2020, Czerwiec - 21 - 77
2020, Maj - 21 - 75
2020, Kwiecień - 14 - 60
2020, Marzec - 7 - 21
2020, Luty - 15 - 34
2020, Styczeń - 13 - 46
2019, Grudzień - 20 - 76
2019, Listopad - 14 - 50
2019, Październik - 13 - 44
2019, Wrzesień - 24 - 46
2019, Sierpień - 23 - 25
2019, Lipiec - 23 - 31
2019, Czerwiec - 26 - 42
2019, Maj - 25 - 58
2019, Kwiecień - 24 - 75
2019, Marzec - 18 - 56
2019, Luty - 16 - 45
2019, Styczeń - 15 - 53
2018, Grudzień - 18 - 68
2018, Listopad - 10 - 36
2018, Październik - 20 - 42
2018, Wrzesień - 31 - 67
2018, Sierpień - 21 - 82
2018, Lipiec - 18 - 58
2018, Czerwiec - 14 - 55
2018, Maj - 19 - 55
2018, Kwiecień - 18 - 68
2018, Marzec - 14 - 55
2018, Luty - 10 - 52
2018, Styczeń - 10 - 52
2017, Grudzień - 10 - 42
2017, Listopad - 7 - 44
2017, Październik - 10 - 43
2017, Wrzesień - 17 - 46
2017, Sierpień - 19 - 43
2017, Lipiec - 19 - 83
2017, Czerwiec - 17 - 42
2017, Maj - 21 - 60
2017, Kwiecień - 19 - 47
2017, Marzec - 15 - 38
2017, Luty - 13 - 32
2017, Styczeń - 14 - 47
2016, Grudzień - 9 - 14
2016, Listopad - 9 - 24
2016, Październik - 14 - 19
2016, Wrzesień - 14 - 66
2016, Sierpień - 16 - 24
2016, Lipiec - 21 - 41
2016, Czerwiec - 15 - 26
2016, Maj - 24 - 77
2016, Kwiecień - 18 - 47
2016, Marzec - 18 - 42
2016, Luty - 13 - 26
2016, Styczeń - 14 - 39
2015, Grudzień - 14 - 72
2015, Listopad - 8 - 26
2015, Październik - 8 - 23
2015, Wrzesień - 12 - 27
2015, Sierpień - 18 - 31
2015, Lipiec - 16 - 59
2015, Czerwiec - 21 - 72
2015, Maj - 21 - 53
2015, Kwiecień - 20 - 88
2015, Marzec - 19 - 88
2015, Luty - 16 - 59
2015, Styczeń - 15 - 59
2014, Grudzień - 11 - 60
2014, Listopad - 19 - 34
2014, Październik - 12 - 22
2014, Wrzesień - 17 - 37
2014, Sierpień - 18 - 31
2014, Lipiec - 22 - 93
2014, Czerwiec - 18 - 73
2014, Maj - 16 - 76
2014, Kwiecień - 21 - 77
2014, Marzec - 20 - 73
2014, Luty - 16 - 80
2014, Styczeń - 7 - 31
2013, Grudzień - 18 - 87
2013, Listopad - 13 - 78
2013, Październik - 15 - 60
2013, Wrzesień - 16 - 65
2013, Sierpień - 15 - 76
2013, Lipiec - 26 - 161
2013, Czerwiec - 21 - 121
2013, Maj - 20 - 102
2013, Kwiecień - 20 - 116
2013, Marzec - 18 - 117
2013, Luty - 15 - 125
2013, Styczeń - 12 - 92
2012, Grudzień - 20 - 106
2012, Listopad - 10 - 82
2012, Październik - 13 - 46
2012, Wrzesień - 17 - 94
2012, Sierpień - 16 - 99
2012, Lipiec - 23 - 113
2012, Czerwiec - 17 - 97
2012, Maj - 18 - 61
2012, Kwiecień - 20 - 132
2012, Marzec - 20 - 130
2012, Luty - 9 - 57
2012, Styczeń - 10 - 55
2011, Grudzień - 11 - 84
2011, Listopad - 12 - 96
2011, Październik - 20 - 127
2011, Wrzesień - 17 - 170
2011, Sierpień - 23 - 109
2011, Lipiec - 11 - 116
2011, Czerwiec - 3 - 154
2011, Maj - 24 - 186
2011, Kwiecień - 15 - 255
2011, Marzec - 24 - 213
2011, Luty - 26 - 187
2011, Styczeń - 18 - 199
2010, Grudzień - 19 - 173
2010, Listopad - 13 - 106
2010, Październik - 14 - 118
2010, Wrzesień - 15 - 192
2010, Sierpień - 25 - 209
2010, Lipiec - 27 - 126
2010, Czerwiec - 28 - 191
2010, Maj - 20 - 255
2010, Kwiecień - 24 - 220
2010, Marzec - 18 - 196
2010, Luty - 9 - 138
2010, Styczeń - 11 - 134
2009, Grudzień - 12 - 142
2009, Listopad - 11 - 128
2009, Październik - 8 - 93
2009, Wrzesień - 24 - 158
2009, Sierpień - 22 - 118
2009, Lipiec - 19 - 143
2009, Czerwiec - 20 - 94
2009, Maj - 19 - 170
2009, Kwiecień - 25 - 178
2009, Marzec - 14 - 137
2009, Luty - 7 - 50
2009, Styczeń - 11 - 96
2008, Grudzień - 11 - 131
2008, Listopad - 13 - 56
2008, Październik - 17 - 64
2008, Wrzesień - 17 - 62
2008, Sierpień - 21 - 78
2008, Lipiec - 18 - 39
2008, Czerwiec - 24 - 74
2008, Maj - 15 - 23
2008, Kwiecień - 7 - 40
2008, Marzec - 6 - 14

















Wpisy archiwalne w kategorii
maratony
Dystans całkowity: | 12714.26 km (w terenie 11685.88 km; 91.91%) |
Czas w ruchu: | 661:57 |
Średnia prędkość: | 19.21 km/h |
Maksymalna prędkość: | 73.88 km/h |
Suma podjazdów: | 137533 m |
Maks. tętno maksymalne: | 177 (101 %) |
Maks. tętno średnie: | 160 (90 %) |
Suma kalorii: | 12445 kcal |
Liczba aktywności: | 178 |
Średnio na aktywność: | 71.43 km i 3h 43m |
Więcej statystyk |
Niedziela, 11 października 2020 • dodano: 13.10.2020 | Komentarze 6
Po lipcowym XC w Chodzieży zagadałem się ze znaną w światku MTB Darią Kasztaryndą i gdy tylko dowiedziałem się że to ona będzie układać trasę na październikowy maraton u Kaczmarka - od razu się skusiłem i cierpliwie czekałem na dzień startu, który przypadł na dzień po ciężkim grabkowym giga maratonie w Sobótce.
Dojazd do Chodzieży solo. Po zaparkowaniu auta w lesie najlepsze co mnie spotkało - zapach lasu ze świeżym jesiennym powietrzem i piękna słoneczna pogoda z miłym chłodkiem - chce się ścigać (czyt. jeździć na rowerze) :)
Rozgrzewka krótka, spotykam trochę znanych mi twarzy i wskok do zapełnionego już sektora mega (dystansu giga nie było). No i start, ja oczywiście z tyłów stawki. Początkowe km są bardzo szybkie. Ci ludzie z mega to chyba jakieś charty - mimo że to tyły to wszyscy ostro cisną i ciężko idzie mi przebijanie się do przodu w stronę swojego miejsca w stawce. Dopiero po ujechaniu paru km i wjechaniu na niedługi asfaltowy podjazd uruchamiam pełnię swoich możliwości - ów podjazd pokonuję w połowie na stojąco i na twardym przełożeniu - wszystko po to by udanie odjechać goniącej mnie grupce. Trasa oczywiście miło zaskakuje - non stop fajnie poprowadzone odcinki góra - dół. Z szacunkiem wyprzedzam autorkę trasy (startowała w Elicie, zajmując 4 miejsce) - udaje mi się powiedzieć do niej: „dobra robota z trasą“, kciuk i jazda dalej.
Dochodzę dużą grupę i przez jakiś czas pomykamy wspólnie póki jest półpłasko, a gdy tylko pojawia się ciężki podjazd to od razu robię swoje, czyli przebijam się do przodu i uciekam rywalom. Najwyższy szczyt - 192 metrowy Gontyniec w sumie pokonujemy na mega aż osiem razy (po cztery na rundzie z różnych stron). Największe emocje MTB przeżywam na krętej i wyprofilowanej trasie zjazdowej z owego szczytu, w dodatku z niezłymi hopami - na paru z nich skorzystałem z przyjemności polatania :). W sumie były dwa pokonywane dwukrotnie takie wymagające techniki MTB kręte zjazdy - oj, było co robić z frajdą :)
Po zjechaniu tego drugiego dogoniłem kolejną grupkę ze znanymi mi kolegami - m.in. Filip Mańczak, Marek Witkiewicz, Jan Zozuliński, Andrzej Jackowski - na podjeździe zbyt wolno jechali, więc od razu zaatakowałem tak że moje tempo wytrzymał tylko Filip i dalej pomykaliśmy we dwójkę - a właściwie to ja cisnąłem jak diabli że po pokonaniu świetnego sinusoidalnego zjazdu (7 górek) i kolejnego szybkiego zjazdu z łukami w wąwozie wyprzedziliśmy najpierw 2, a po jakimś czasie 3 osoby. Dalej nadal mocno cisnę że w końcu Filip odpuszcza i pomykam już w pojedynkę i nie przejmując się tym że nie wiem czy dopadnie mnie ubytek powera na drugiej rundzie. Mijam rozjazd i czas pokonać jeszcze raz te najlepsze odcinki trasy. Na asfaltowym podjeździe w sporej odległości za mną widzę że Filip i 3 gości utworzyli grupkę pościgową. Ujechałem parę km i niestety potwierdziły się moje przypuszczenia - power mam już słabszy, ale nie dam się i walczę dalej. Dość długo udaje mi się utrzymać pozycję, dopiero w trakcie ostatniego podjazdu na Gontyniec powtórzył się z Sobótki defekt łańcucha wpadającego między kasetę a szprychy - muszę stanąć by z tym się uporać. I tak Filip z dwoma gośćmi mnie wyprzedzili. Ruszam w pościg, jednego udaje się załatwić, a pozostała dwójka narzuciła mocne tempo że nie daję rady ich dojść. Zatem jadę swoje, przy tym kontrolując sytuację. Na parę km przed metą wyprzedza mnie jeden z M3 od Eurobajków. Końcówka trasy jest ciekawie poprowadzona - zamiast sprintu na kreskę mamy fragment pętli XC wzdłuż jeziora i podjazd wprost na metę. Oj to był kawał dobrego ścigania na wzorcowej w Wielkopolsce trasie do prawdziwego MTB.
42/101 - open mega
8/26 - M4
Strata do zwycięzcy (Filip Jeleniewski) - 34 min, do M4 (Andrzej Worona) - 14 min

Na początkowych km - w trakcie przebijania się z tyłów stawki © JPbike

Na technicznych trasach zjazdowych bawiłem się przednio :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony
Sobota, 10 października 2020 • dodano: 12.10.2020 | Komentarze 4
Pierwotnie Sobótka miała być finałem - wiadomo co się porobiło, Zatem to przedostatni grabkowy maraton. Dojazd bezpośredni i wraz z Kasią.
Po zajechaniu na miejsce wita nas piękna, słoneczna i jesienna pogoda, która jednak zgodnie z prognozami zaczęła się psuć - chmury narastały, by później i już w trakcie wyścigu przyszło nam ścigać się w przelotnych opadach deszczu i oczywiście w błocie.
Parę dni wcześniej dowiedziałem się że tutejszą zupełnie nową trasę po stokach Ślęży ułożył nikt inny jak ex pro szosowiec - Bartosz Huzarski, jak widać na poniższej mapce - wyszedł istny labirynt :)
Czasu na rozgrzewkę brakło. Przed startem ucinam krótką pogawędkę z Pawłem i Gosią, pakuję się do sektora giga i punkt 10-ta ruszamy.
Na początek porządny terenowy podjazd na Przełęcz pod Wieżycą i zaczęła się jazda góra-dół. Z racji że to pierwsze km trasy to jest troszkę tłoczno, tasujemy się, daje się jednak każdemu z nas jechać swoje. Zaskakuje mnie pierwszy i kręty singiel zjazdowy - stwierdzam że autor trasy to pasjonata prawdziwego MTB. Gdzieś tam na podjeździe mijamy Piotra Majera (rywala do generalki M4) - miał defekt i ukończył wyścig za mną.
Tworzymy paro-osobową grupę ze znanymi mi kolegami (m.in. Krystian Kotlarz i Michał Badowski). Tutejsze podjazdy dają w kość - nie nachyleniem, ale kamienistym podłożem, przez które ciężko utrzymać odpowiednie tempo. Za pierwszym bufetem jest fajny, podjazdowy i wymagający odcinek singlowy, po tym najdłuższy i równie wymagający (kamienie) podjazd - udaje mi się powyprzedzać kolegów, odjechać im i dalej jadę w pojedynkę.
Jak na złość, gdzieś tam na zjeździe usianym kamieniami, korzeniami i badylami w wózek przerzutki wpada mi patyk, że muszę stanąć by go usunąć (nieźle się zakleszczył, blokując napęd), po tym i ujechaniu paru km okazuje się że mam problemy z przerzucaniem biegów - łańcuch czasem skacze, czasem jest ok, czasem znów muszę stanąć bo łańcuch zakleszcza się między kasetę a szprychy - w sumie z tego powodu zatrzymywałem się parokrotnie. Sumując stratę czasową na mecie - wyszło tego prawie 5 minut w dół.
Za drugim bufetem rozpoczyna się drugi i długi podjazd z kilkoma ściankami i kilkoma krótkimi zjazdami - zauważyłem że dogania mnie dwóch gości - w tym Paweł, czyli albo sporo powera zużyłem, albo to oni są lepsi. Do tego od czasu do czasu padający deszcz wzmaga ilość kałuż i błota, co za tym idzie - jest jeszcze ciężej, nie wspominając już o kamienistej nawierzchni.
I tak technicznym zjazdem docieramy do rozjazdu i skręt na 2 rundę giga - najpierw szybko w dół, po czym czas pokonać ponownie odcinek singlowy i najdłuższy podjazd z masą kamieni, do tego zaczynamy wyprzedzać gości z mega. Paweł w końcu mnie dogonił, po chwili wyraźnie zaczął się oddalać i tyle go widziałem. Na jednym technicznym zjeździe popełniam błąd i niegroźna gleba zaliczona. Po powolnym doganianiu kolejnych gości z mega przekonuję się że jadę ciut wolniej w porównaniu do pierwszej rundy giga. Jest ciężko, z trudem udaje mi się utrzymywać pozycję. Do tego w trakcie kolejnego postoju by wyciągnąć zakleszczony łańcuch dogania mnie wspomniany Krystian i od tego momentu cały czas jadę za nim. Po dokręceniu do fajnie poprowadzonego (góra-dół) odcinka prowadzącego do mety kamienista nawierzchnia ustępuje szutrowej z dodatkiem błotnych fragmentów - pomykając tamtędy wraz z Krystianem nic specjalnego nie działo się, poza wyprzedzaniem kolejnych z mega. Końcówka do mety to krótka ścianka podjazdowa (znowu mi łańcuch...), błotny, kręty i śliski singielek lekko zjazdowy. I tak już bez wariactw dojeżdżam zaraz za Krystianem i gościem z M5 do mety. Spoko maraton, choć mogłoby być lepiej gdyby nie te problemy z napędem.
40/68 - open giga
8/24 - M4
Strata do zwycięzcy (Jakub Zamroźniak) - 1h 17min (!), do M4 (Dariusz Poroś) - 41min
Fotki by Kasia Rokosz

Jak widać - już od pierwszych km było co robić. Tu jeszcze jestem czysty © JPbike

Końcówka trasy - tu już mam na sobie urok błotnego MTB :) © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Sobota, 3 października 2020 • dodano: 05.10.2020 | Komentarze 2
Dzień wyścigowy nr 200 :)
Zaczęła się finałowa zabawa o jak najlepsze miejsce w generalce u Grabka. Trzy ostatnie maratony rozgrywane co tydzień - kolejno Świeradów-Zdrój, Sobótka i na koniec Miękinia - to wszystko w październiku, normalnie w miesiącu co dla kolarza oznacza początek „roztrenowania“, a tu trzeba cisnąć na 100% tego co się umie.
Dojazd na miejsce poprzedniego dnia, w towarzystwie Kasi. Nazajutrz w Świeradowie-Zdroju wita nas piękna słoneczna pogoda i komfortowa dla kolarzy temperatura - kilkanaście °C, do tego niezły wiatr - w górach inaczej odczuwalny niż w Wielkopolsce, a jednak... myliłem się do do górskiej jazdy z wiatrem - o tym później.
Rozgrzewka to właściwie droga spod noclegowni na miejsce startu - 1.5km i 100m podjazdu. Spotykam i ucinam pogawędkę z Pawłem (młodzik) i Gosią. Stawka giga liczyła niezłe 80 osób.
Punkt 10-ta start. Na początek solidny, asfaltowo-szutrowo-asafltowy ponad 7 km podjazd na Łącznik (1066m). Z racji że jest szeroko i bardzo przyczepnie to cały ten podjazd pokonujemy w sporych grupach, w moim przypadku wyszło tak że po dokręceniu na szczyt utworzył się prawie 20 osobowy peleton. Nie powiem że tempo podjeżdżania było mocne że analiza danych z licznika pokazała że to tam generowałem największą moc w trakcie całego wyścigu. Z rywali do generalki w M4 w owym peletonie znalazł się Krystian Kotlarz, a inny rywal Piotr Majer dał rade nam odjechać i ostatecznie na mecie wlał mi 7 minut.
Zaczynamy bardzo szybką jazdę w wysokich partiach po izerskim półpłaskowyżu, najpierw Drogą Telefoniczną, przez Polanę Izerską i dalej do znanej stacji turystycznej „Orle“. Prędkości naszego peletonu były szalone - tak pod 35-45 km/h, grubo jak dla mnie, okazuje się że nasz pociąg przez dłuższy czas ciągnął znany mi z niedawnej etapówki w Gorcach Marcin Reczyński (też z M4). Do tego niemała ilość pieszych turystów powodowała że trzeba było się skupiać by nie zaliczyć kraksy, smaczku dodatkowo dodawały dwie naturalne rzeczy - wiatr na rozległych polanach i poopadowe kałuże - to tam troszkę się umorusaliśmy błotkiem.
Po skręceniu na długą prostą jak strzała i zakończoną podjazdem (Samolot) coś zaczęło się dziać - nasz peleton rozpadł się. Ja zostałem w tylnej jego części wraz kilkoma znanymi mi rywalami. I tak przez kolejne półpłaskie szutry z domieszką asfaltu pomykamy wspólnie, po drodze sporo piechurów mijając. Po dokręceniu w rejon nieczynnej Kopalni Kwarcu „Stanisław“ wreszcie jest do pokonania coś technicznego - zjazd zielonym z kamieniami i korzeniami. Oczywiście na maxa zaszalałem, po drodze załatwiając paru rywali (m.in. Krystiana).
Po sprawnym zjechaniu nasza grupka się rozpadła i czas pokonać najdłuższy (5 km) i najnudniejszy zjazd szerokim szutrem lekko w dół. Moje przełożenie 32/11 jest niewystarczające do takiej superszybkiej jazdy, daję jednak radę mknąć w dół bez utraty pozycji. Na jedynym zakręcie z drewnianym mostkiem i wymagającym przyhamowania źle oceniam przyczepność na deskach - w efekcie przednie koło wpada w poślizg i niezła gleba ze szlifami na biodrze, kolanie i łokciu zaliczona. Szybko się pozbierałem, lekko wykrzywioną kierownicę udaje się naprostować i jazda dalej, nie ma lipy ani narzekania na szczypiące szlify i już.
Po zjechaniu kolejny podjazd i znów asfalcik, na moje szczęście niedługi. Zauważam że goni mnie dwóch rywali - obaj z M4 (Michał Badowski i znów Krystian). Pokonujemy krótki i ciekawy odcinek góra - dół, gdzie doganiam i wyprzedzam dwóch młodszych gości.
Na 48 km skręt na 2 rundę giga, która okazuje się rundą classic. I tak znów pokonuję nudny, asfaltowy, ale solidny podjazd na Łącznik. No i przekonuję się że wiejący w twarz wiatr podnosi poziom trudności, na szczęście po pokonaniu serpentyny wiatr już pomagał, później o podmuchach zapomniałem. Ów ponownie pokonywany podjazd początkowo jadę sam, po czym dochodzi mnie dwóch rywali - z M5 (zwycięzca tejże kategorii) i kolejny z M4, z trudem podczepiam się do nich i tak w trójkę docieramy na szczyt, dalej po półpłaskim też wspólnie i szybko pomykamy, po drodze mijając jeszcze większą ilość pieszych turystów. Po skręcie na podjazd będącym odcinkiem wyłącznie dla dystansu classic najpierw ten z M5 (Roman Badura) zaczyna powoli uciekać, po chwili ten z M4 (Daniel Bejmert) też zaczyna się oddalać ode mnie. Nie wiem czy to z powodu zmęczenia, braku mocy, czy też nudnej trasy jadę niby wolniej, a jednak robię swoje.
Po wjechaniu kolejny nudny, szeroki zjazd, łączymy się z właściwą pętlą - a tam znów wspomniany długi zjazd z feralnym dla mnie mostkiem, który tym razem pokonuję z bezpieczną prędkością. Na nierównościach szlify na łokciu i biodrze dają o sobie znać, zaciskam zęby i walczę dalej. Zaczynamy wyprzedzać liczną stawkę tych z mega. Na ostatnim asfaltowym podjeździe dogania i wyprzedza mnie wspomniany Michał. Po wjechaniu na 3 km końcowy odcinek do mety najpierw podjazd i po tym zjazd - w obu przypadkach po szerokim szutrze i w końcu wpadamy na fajny, choć krótki singielek prowadzący do stacji kolejki gondolowej, gdzie ulokowana jest meta. Na ostatnim zakręcie tuż przed finałową prostą podjazdową widzę że dogonił mnie Paweł - staję na pedały i cisnę tak do końcowej kreski, a tam stwierdzam że czas przejazdu owej 80 km trasy w czasie poniżej 4 godz świadczy że to był dość szybki jak na góry maraton.
29/70 - open giga
6/22 - M4
Strata do zwycięzcy (Jakub Zamroźniak) - 46 min, do M4 (Dawid Duława) - 21 min
Fotki by Gosia i Kasia Rokosz

Przedstartowa dawka dobrego humoru z Pawłem © JPbike

W akcji na jednej z niewielu ciekawszych sekcji MTB © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Niedziela, 27 września 2020 • dodano: 28.09.2020 | Komentarze 3
W sumie nie planowałem tegoż startu w nowej miejscówce u Solida MTB w Dąbrowie koło Śremu. Jednak wystartowałem bo jak to mawiają że „najlepszym treningiem jest wyścig“, faktycznie, bo przede mną zostały trzy ostatnie grabkowe giga maratony, a ten mijający tydzień dla mnie był „odpoczynkowym“, do tego wczorajszego dnia (do późnego wieczora) zabrałem się do wymiany napędu i tylnej obręczy.
Pogoda tegoż niedzielnego dnia drastycznie się popsuła - zimno poniżej 10°C i częsty przelotny deszczyk - zwiastowało to błotne warunki, a ja na nowym napędzie...
Rozgrzewkę zrobiłem z Pawłem (mlodzik) i wskok do kameralnego pierwszego sektora stawki mega i giga (tylko 22 twardzieli ukończyło giga).
Przed ruszeniem witamy się z Wojtkiem (josip). No i punkt 11-ta poszli. Pierwsze aż 6 km jest płaskie i szybkie - nie dla mnie, ale cisnę i wyprzedzam póki mam powera i chęci. Ujechaliśmy ledwo ponad kilometr a tu Wojtek staje - okazuje się że w obu (!) kołach łapie kapcie :(
Zanim wpadliśmy w ciekawsze sekcje - było bardzo szybko, paru udaje mi się powyprzedzać - widać że wszyscy walczą o jak najlepszy wynik. Okazuje się że błota nie ma zbyt wiele, za to zaskakują nas mocno piaszczyste fragmenty. Paweł jedzie blisko za mną. No i wpadamy na solidną i wymagającą sekcję, poprowadzoną po leśnych i nadwarciańskich skarpach. Często jest tak - raz ostro pod górę, raz ostro w dół, że nie nadążam z doborem odpowiedniego przełożenia - dobrze że mój nowy napęd spisuje się rewelacyjnie i biegi wchodzą na pyk. Tutejsze wąskie, wertepiaste i bardzo kręte single tak dają w kość że nie jest łatwo złapać odpowiedni rytm jazdy, do tego piach (mimo deszczowej aury) nie ułatwia sprawy - kilka takich fragmentów do butowania pod górę się znalazło.
Wracając do rywalizacji - pierwszą rundę pokonaliśmy w (chyba) 6 osobowej grupce, w pobliżu rozjazdu raz doszło do tego że skręciliśmy nie tam gdzie trzeba - na szczęście szybko udało się odnaleźć właściwą trasę. I tak czas pokonać drugą rundę (po 20 km każda). Gdzieś tam Paweł zaczyna nadawać tempo, nasza grupka się rozciąga, później rozpada. W połowie drugiej rundy zaczynam czuć że nie mam tyle mocy by dalej mocno cisnąć na takiej dającej w kość trasie i niestety powolutku zaczynam odstawać kolegom, a jeden gość jadący za mną jeszcze bardziej ode mnie odstaje i po ujechaniu ciężkich paru km jadę już sam (poza wyprzedzaniem nielicznych miniowców). Raz, na krętym odcinku między drzewami niegroźnie uderzam barkiem w drzewo. Przede mną w zasięgu wzroku został tylko kolega z Mrózbike Team (Radek Pawlak). Po wjechaniu na ostatnią rundę cały czas próbuję go dogonić, bo kojarzę go z wyników i wiem że jest z M4. Niestety, u mnie brak regularnych treningów w tygodniu, zabrane na ten wyścig tylko 2 żele (tyle miałem) robią swoje, ciężko mi się kręci, nie daję rady dojść rywala i jeszcze do tego od połowy ostatniej rundy to on zaczął mi się oddalać, a mi pozostało już tylko samotne dotarcie do mety - i tak też się stało. Okazało się że wspomniany Radek zajął miejsce na pudle - straciłem do niego na końcowej kresce 2 minuty. Tak czy siak - dobry trening zrobiony.
15/22 - open giga
4/7 - M4
Strata do zwycięzcy open, jak i M4 (Mateusz Mróz) - 32 min
Fotki by Agnieszka Szatkowska.

Paweł, Wojtek i ja na wspólnym ujęciu © JPbike

W akcji gdzieś na leśnych wertepach © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, Solid MTB
Sobota, 19 września 2020 • dodano: 21.09.2020 | Komentarze 3
Szósty start u Grabka w trochę zwariowanym sezonie. Polanica Zdrój miała odbyć się w maju, z wiadomego powodu przenieśli ją na ostatni weekend lata. W tymże uzdrowisku startowałem raz i to dawno temu, w sezonie 2009 - gdyby nie relacja na BS to ciężko byłoby przypomnieć co tam się działo i jaką tam mieli trasę.
Decyduję się jechać kolejny giga wyścig na starym i zapasowym napędzie - nowe komponenty doszły, tylko brakło chęci i czasu na remoncik Peaka.
Co tydzień maraton, co w połączeniu z fizyczną pracą, jaką wykonuję od lat, niewyspanie, wychodzenie na treningi w późnych godzinach, do tego dojazdy spod domu na zawody ze 200-300 km - przyznaję się bez bicia że to wszystko daje mi w kość. Dla takiego aktywnego życia trzeba być twardym a nie miękkim.
Gdy tylko zobaczyłem profil tegorocznej trasy - od razu wiedziałem że to nie będzie maraton pod moje preferencje, o ile dystans jest godny giga (85km) to przewyższenie już nie (1826m), czyli od startu średnio długi podjazd, po tym długo kręcimy na niezłej wysokości tak pod góra - dół, jak i po półpłaskim, na koniec średnio długi i średnio techniczny zjazd do mety.
Po dotarciu do Polanicy Zdrój (90 km od noclegowni) i szykowaniu sprzętu stwierdzam że nie zabrałem licznika. Na szczęście od elektroniki nie jestem uzależniony i będzie jazda na czuja, jak za dawnych czasów. Zazwyczaj smartfonika nie biorę ze sobą na czas wyścigu - tym razem zabieram tylko po to aby odpalić stravę i mieć po maratonie parametry trasy, prędkości, czasu i przewyższenia.
Na miejscu piękna słoneczna pogoda i troszkę chłodka - rękawki poszły w ruch. Czasu na rozgrzewkę brakło - zatem był niespełna 2 km dojazd z parkingu do sektora ulokowanego w ładnym Parku Zdrojowym.
Stawka giga liczyła 63 osoby. Ilość osób w elicie - kilka sztuk, a to dlatego że w ten weekend w Gdyni są Mistrzostwa Polski w maratonie. Dla mnie to dobra sytuacja - wreszcie startują głównie amatorzy i można liczyć na fajny wynik open. A w M4 ... zobaczymy.
Ruszyłem z samego końca. Na początek krótki myk po ulicach uzdrowiska i wpadamy na trochę długi, szeroki i szutrowy podjazd - powoli, acz systematycznie przesuwam się do przodu w stronę swojego miejsca w stawce. Jedzie mi się średnio, mimo tego na końcowych km owego podjazdu wyprzedzam nawet dużą grupę - są w niej rywale z którymi walczę o generalkę (Krystian Kotlarz i Rafał Szczepuch) i uzyskuję nad nimi wraz z jednym gościem kilkunastosekundową przewagę. W górnych partiach jest półpłaski odcinek z paskudną i wyboistą nawierzchnią - zauważam że Rafał ciągnący grupę zaczyna nas doganiać.
Skręt na zjazdowy fragment czerwonego szlaku - od razu cisnę w dół po kamieniach na maxa (foto poniżej) i kolejna przewaga nad rywalami uzyskana. No poza Rafałem, który tak jak ja - świetnie zjeżdża. Zaczynamy długą, szybką, nudną i półpłaską (!) jazdę. Rafał mnie wyprzedza, przez jakiś czas trzymam się jego pleców - facet z Quest Team ma niezłą parę w nogach na takich odcinkach. Na domiar złego - na banalnym fragmencie spada mi łańcuch, powoduje to że muszę stanąć i kilka osób mnie tak załatwia. I tak napierając dalej nic specjalnego nie działo się - trasa nie powala mtbowsko, same szerokie i leśne dukty, niedługie podjazdy i zjazdy z nachyleniem rzadko przekraczającymi 10% (poza niektórymi fragmentami), przez większość czasu jadę w grupce z dwoma gośćmi z Mitutoyo AZS Wratislavia, czasem ktoś do nas dołącza i albo ucieka, albo odpada. Zaskoczeniem dla mnie jest niezła jazda Marka Kalagi (też z M4, też robi generalkę) - kolega nie ma sylwetki typowego kolarza MTB, dotychczas przyjeżdżał na metę za mną - tym razem pojechał niezły wyścig, na mecie dołożył mi prawie 6 minut - a nie mówiłem że w kategorii M4 jest ciasno.
Po skręceniu na 2 rundę giga trochę tłoczno się zrobiło - a to że zaczynamy wyprzedzać do samej mety najpierw tych z classica, a następnie tych z mega, dobrze że jest szeroko i można spoko robić swoje. Kręcąc dalej trasa zaczyna mnie nużyć - las, szerokie dukty, mało solidnych podjazdów i zjazdów, o technice nie wspominając, powoduje że czuję się jakbym jechał kolejne michałkowe giga (w tym sezonie odwołane). Na tejże rundzie miałem dwa niefajne momenty zmuszające mnie do zatrzymania - raz na trawiastym zjeździe spory badyl wkręcił się między tylne widełki a koło - powodując zablokowanie koła (uff, obyło się bez uszkodzeń), no i po raz drugi spadł mi łańcuch (znów na banalnym fragmencie).
W końcu kończymy 2 rundę giga - a tam na podjeździe dogania mnie wspomniany Krystian, z uśmiechem zamieniamy parę słów i czas pokonać odcinek do mety, nareszcie zjazdowy i nareszcie trochę techniczny (czerwony szlak). Z racji tego że każdego znanego rywala szanuję - pozwalam Krystianowi, który gorzej ode mnie radzi z techniką zjeżdżać przede mną. I tak docieramy do strumyka pokonywanego w bród - Krystianowi nawala napęd i staje (poradził sobie z tym). Dalej to po raz trzeci spada mi łańcuch (!#$%!) i już bez spiny docieram do mety, a tam przybijanie żółwików i dzielenie się wrażeniami z Markiem i Krystianem. Ogólnie to był spoko maraton z taką sobie i dość szybką jak na góry trasą, ale jechać trzeba póki generalka zobowiązuje.
23/56 - open giga
9/21 - M4
Strata do zwycięzcy (Mariusz Kowal) - 34 min, do M4 (Dawid Duława) - 22 min
To że zająłem "dopiero" 9 miejsce - nie spodziewałem się, przyjechali ci mocni co nie walczą o generalkę, uff :)
Fotki by Kasia Rokosz, Bartek Zaborowski

W akcji na jedynym długim podjeździe © JPbike

Dwóch specjalistów od technicznych zjazdów - ten za mną to Rafał z Quest Team © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Sobota, 12 września 2020 • dodano: 14.09.2020 | Komentarze 4
Pierwotnie ów grabkowy maraton miał odbyć się w trakcie majówki, ale... (wiadomo). Poprzednie edycje jeleniogórskiego maratonu poprowadzili trasą przez Rudawy Janowickie, a tym razem organizator bardzo miło mnie zaskoczył - trasą przez karkonoskie stoki, czyli mieszanka świetnych i znanych mi odcinków z wyścigów w Karpaczu i Szklarskiej Porębie.
Zatem w Karkonosze wpadłem na weekend, nocleg w Sobieszowie i niespełna kilometr od miasteczka zawodów, ulokowanego przy Transgranicznym Centrum Turystyki Aktywnej.
Na miejscu piękna słoneczna pogoda i znakomita do górskiego ścigania temperatura (średnio 20°C). Krótka rozgrzewka, trochę pogaduszek z Piotrem (Bryza MTB Team) i wskok do sektora giga (69 osób), w którym spotykam również Pawła (mlodzik) i Gosię.
No i start. Na początek ponad 6 km asfaltówki w stronę Zachełmia, dobrze że podjazdowej - dzięki temu stawka giga się porozciągała i każdy znalazł się w swoim miejscu (nie do końca). Jeszcze przed skrętem w teren czołową grupę miałem w odległości ze 20 sekund przede mną, czyli jest dobrze i zapowiada się dobry wyścig w moim wykonaniu - tak było, ale po kolei :)
Po wjechaniu w teren sporą grupę utworzyliśmy, jest w niej m.in. zwyciężczyni open kobiet (Marlena Drożdżiok), kilka znanych mi mocnych rywali z M4 (Krystian Kotlarz, Rafał Szczepuch i Piotr Majer). Tasujemy się nawzajem i docieramy do pierwszej z paru sekcji singlowych (Olbrzymy), a tam jeden gość na wypasionym fullu mnie zbyt długo blokuje, w końcu udaje się go wyprzedzić i dalej jadę swoje. Zaczynamy stary i znajomy mi podjazd (Droga na Dwa Mosty) - początkowo stromo, następnie łagodniej. Krystian z paroma gośćmi zaczynają mi się oddalać, a ja doganiam i wyprzedzam Marlenę, mnie z kolei dochodzi Rafał. Zaczyna się techniczny zjazd po nieźle wystających kamieniach - tuż przed skrętem daję znak rywalom że jest stromo i są kamienie - Rafał widocznie nie posłuchał i zalicza glebę - powoduje to że trudniejszy fragment większość z nas schodzi, ja też, a Marlena ku zdziwieniu facetów zjeżdża to (chociaż z podpórkami), Piotr Majer też próbuje zjechać i ktoś go przyblokowuje. W sumie na takim kamienistym fragmencie z sześcioma wykrzyknikami pomieszało się tak że właściwe miejsce w stawce znalazłem właśnie tam :)
Reszta zjazdu jest też trochę techniczna - luźne kamienie, głazy, strumyczki i trochę trawy. Zjeżdżam to sprawnie, na dole udaje mi się dojść Krystiana i zaczynamy kolejną sekcję singlową, przeważnie podjazdową. Cały czas po tych zakrętasach cisnę i powoli doganiam Krystiana, którego udaje się wyprzedzić - kolega popełnił mały błąd na hopce między drzewami. Od tego momentu rozpoczęła się zacięta rywalizacja między nami :) Możliwości rywala trochę już poznałem - on nieźle jedzie pod górę, za to ja mam przewagę w technice.
I tak mijają kolejne single z Pasma Rowerowego Olbrzymów poprzeplatane leśnymi karkonoskimi duktami. W pewnym momencie na singlu mijam Rafała (defekt i dnf). Wtedy dostrzegłem szansę na upragnione pudło u Grabka, ciekawiło mnie tylko to ilu jeszcze z M4 jest przede mną.
Zaczynamy długi podjazd klasykiem - Droga Chomontowa, a tam Gosia mnie dopinguje i cyka fotki. Z racji że ów podjazd doskonale znam, jego nachylenie też, rozłożenie sił też - powoduje to że zaliczam swój Personal Record (wg stravy) na tym odcinku. Przed sobą mam sylwetkę Piotra, a Krystian widocznie mocno walczy, nawet udaje mu się zmniejszyć dystans do mnie. Ja z kolei kontroluję sytuację, a tuż przed szczytem przyspieszam i wyprzedzam dwie osoby - w tym Marlenę, gdy zaczyna się lekko w dół - z całych sił cisnę tak by uzyskać przewagę - udaje mi się to.
No i zaczęła się dla mnie techniczna uczta - zjazd zielonym do Borowic po kamieniach i głazach wielkości sprzętu AGD i RTV - poleciałem w dół jak wariat. W sumie fajnie że Grabek wreszcie się skusił na ten odcinek znany jedynie z golonkowych tras. I tak do mety Krystiana za moimi plecami już nie zobaczyłem.
Po zjechaniu cisnę dalej po znanych mi odcinkach, po drodze kolejnego gościa wyprzedzam, jak i znów mijam (w sumie parokrotnie) Gosię pstrykającą foty i kręcącą filmiki. W pewnym momencie zaskakuje mnie nowy odcinek - dziki singielek ze skoszoną trawą i mocno podjazdowy - na zapasowym napędzie z przełożeniem 34/40 z trudem daję radę to podjechać. I tak docieram do rozjazdu. Dojazdówka na 2 rundę giga to kolejny i fajny odcinek Olbrzymów. Zauważam że dogania mnie Marlena - budzi to podziw, dziewczyna ma moc.
Przed nami ponownie do pokonania 23km runda z 700m przewyższeniem, do tego łączymy się z Classicem w niefajnym do wyprzedzania miejscu - na singlu lekko podjazdowym. Powoduje to że jest tłoczno, ciężko przebijać się do przodu, okrzyki „przepraszam tu giga“, lub „uwaga lewa“ niewiele pomagają - strasznie tam cierpiałem, zresztą to samo przytrafiło się Marlenie jadącej za mną. Gdy wreszcie wyjechaliśmy z tej męki to przez chwilę gadam z Marleną na temat tego tłoku. Classic skręca w lewo, my prosto i znów można jechać swoje. Marlena zaczeła pokazywać mi jak jeżdżą najlepsze bikerki - powoli, acz systematycznie zaczyna mi się oddalać, do tego świetnie radzi w technice. Dalsza jazda to zaczynamy wyprzedzać tych z mega - ci już lepiej ustępują nam miejsca, I tak kolejna porcja singli i duktów, drugi raz Chomontowa - jedzie mi troszkę ciężej, czuć już zmęczenie, ale i tak cały czas wyprzedzam tych z mega, jak i Marlenę mam w zasięgu wzroku - czyli nie jest tak źle.
Po podjechaniu wiem już że niewiele zdziałam, by kogoś z giga dojść. I tak jeszcze raz technicznie w dół zielonym do Borowic, znane mi dukty, po drodze w dalszym ciągu wyprzedzam kogoś z mega. Raz spada łańcuch i 30 sekund w dół. W okolicach ostatniego bufetu, na ciężkiej ścianie podjazdowej łapią mnie skurcze w nogach, udaje mi się to przezwyciężyć. Wjeżdżamy na odcinek prowadzący do mety - w dużej mierze będącym dla mnie nowością. Kolejno - kręty zjazd, podjazd w Przesiece, kolejny singiel z pasma Olbrzymów, na którym tracę jedno oczko (rywal na szczęście był z M3), kolejny długi i fajny zjazd z dwoma krótkimi, acz ciężkimi podjazdami. Na końcowym i szybkim zjeździe okazuje się że daję radę utrzymać mocne tempo wspomnianego rywala z M3, po drodze wyprzedzamy kolejne parę osób z mega i tak już docieram całkiem zadowolony do mety i zastanawiając się nad wynikiem w M4.
15/51 - open giga
4/16 - M4
Strata do zwycięzcy (Piotr Konwa) - 53 min, do M4 (Dawid Duława) - 16 min
Do upragnionego pudła M4 straciłem ... niespełna 3 minuty - zdobył je Piotr Majer
Fotki by Gosia, Kasia Rokosz, Mountain Majk

W takim humorze zaczynam podjazd Chomontową :) © JPbike

Ach te karkonoskie zjazdy - uwielbiam je :) © JPbike

Paskudny i ciężki ten trawiasty podjazd. O widoczkach za mną nie wiedziałem :) © JPbike

Zjazdowa końcówka trasy. Jak widać - walczyłem by wypaść jak najlepiej :) © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Niedziela, 6 września 2020 • dodano: 09.09.2020 | Komentarze 3
Tak jak zaplanowałem ów weekend - 2 maratony pod rząd, tak zrobiłem.
Wczoraj pechowa dla mnie Złotoryja u Grabka, wieczorem serwisowanie Peaka i następnego dnia można startować - tym razem na własnym podwórku, czyli u Solida w Owińskach z trasą poprowadzoną przez rejon Puszczy Zielonki i znanej kolarsko Dziewiczej Góry.
Po dotarciu na miejsce spotykam pełno znajomych - wszak ze mnie już weteran maratonowych tras, ponoć wkrótce stuknie mój 200 dzień wyścigowy :)
I tak rejestracja (w reżimie sanitarnym), wskok w teamowe portki, pogoda świetna, krótka rozgrzewka i z racji że w tym cyklu pierwszy raz w sezonie jadę - startuję z ostatniego (drugiego) i dość licznego sektora stawki mega/giga.
No i ruszyliśmy 5 min po odpaleniu pierwszego sektora. Na początek parę km bardzo szybkiego pomykania po zielonkowych duktach. Startowałem gdzieś z tyłów, zatem by myśleć o wyniku to muszę od razu mocno cisnąć. Trochę tłoku jest, ale bez przesady i na szerokich odcinkach sprawnie udaje mi się wyprzedzać jednego za drugim, jak i grupki - wiem że większość jedzie mega. Chwilami cisnę za mocno, że przez chwilę muszę zwolnić, by uspokoić zbyt wysokie tętno bo płaskie pomykanie to nie moje klimaty.
Wpadamy w ciekawie poprowadzone odcinki do prawdziwego MTB - świetne i kręte single, raz pod górę, raz w dół, no i niestety jest tak wąsko że grupa którą dogoniłem mnie blokuje i trochę tam tracę. Raz na wertepiastym fragmencie spada mi łańcuch z korby (stara i znana mi przypadłość na tym customowym napędzie). Po dokręceniu w rejon Dziewiczej Góry, zaraz za bufetem podejmuję udany atak - wyprzedzam całą grupę (w składzie z dwoma zacnymi kolegami od Cellfastów) i dość długą sekcję pure MTB Wielkopolska pokonuję w 100% po swojemu, po drodze udaje mi się powyprzedzać kolejną porcję rywali. Owa i dość długa sekcja MTB mocno mnie zaskakuje - poprowadzili ją tak że mimo że stoki Dziewiczej Góry są własnym podwórkiem to czułem się jakbym jechał coś nowego, nie wiedziałem że tam obok jest jeszcze więcej ciekawych odcinków, niektóre single podjazdowo - zjazdowe sięgały 17%. Zatem wielkie brawa dla twórców zacnej i wymagającej trasy. Żebyście wiedzieli - na czas zawodów cały rejon Dziewiczej Góry zamknęli dla pieszych i zmotoryzowanych turystów.
No i docieramy do rozjazdu - ja oczywiście na 2 rundę giga. Tak jak się spodziewałem - zrobił się pełny luz i mam przyjemność jeszcze raz pokonać świetnie poprowadzoną ze 25 km rundę z 600m przewyższeniem. Jedzie się dobrze, stopniowo kilka osób z giga udaje się wyprzedzić. No i gdzieś tam drugi raz spadł mi łańcuch z korby. Gdy kończyła się techniczna sekcja, to na mijance wypatrzyłem zacnego weterana Witkiewicza - czyli jest spoko, zastanawiało mnie jak radzą Paweł (mlodzik) i kolega tamowy Wojtek (josip), którzy startowali 5 min przede mną. W pewnym momencie giga łączy się z mini (startowali 2 godz później) i znów mam kolejną porcję wyprzedzania paru osób z najkrótszego dystansu. Gdy wjechaliśmy na szybki odcinek prowadzący do mety to zaczynam czuć zmęczenie i nudzi mnie to szybkie pomykanie typu blat - ośka. Dwóch zaciekle walczących gości z mini mnie dogania, łapię ogon, jeden staje (coś wpadło mu w napęd), doganiamy ... najszybszą dziewczynę na mini (!) i tak już we trójkę docieramy wspólnie do mety.
Udany giga maraton z zacną i wymagającą jak na Wielkopolskę trasą.
21/42 - open giga
5/13 - M4
Strata do zwycięzcy (Adam Adamkiewicz) - 32 min, do M4 (Mateusz Mróz) - 31 min, do pudła - 4 minuty.
Foto by Tomasz Szwajkowski.

Gigowiec w akcji na duktach Puszczy Zielonki © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, Solid MTB
Sobota, 5 września 2020 • dodano: 05.09.2020 | Komentarze 5
- czwarty Bike Maraton w sezonie, kolejna nowa lokalizacja
- dojazd solo, miasteczko zawodów klimatyczne, bo w lesie
- pogoda i temperatura znakomite do ścigania
- rozgrzewka spoczko, niespełna 3 km i pogaduszki z Pawłem
- stawka giga liczyła 74 osoby, w tym aż 18 facetów w elicie
- po ruszeniu (ja z tyłów) lekko asfaltem pod górę
- skręt w teren - okazuje się całkiem ciekawy, leśny, single są
- dość szybko łapię swój rytm i sprawnie przebijam się do przodu
- pierwsza ponad 400m góra podjechana - znani mi rywale za mną
- trochę techniczny zjazd zlatuje sprawnie
- po skręcie na szeroki szuter blokuje się napęd, staję i ...
- szybki rzut okiem na awarię - przerzutka pozbawiona górnego kółka
- myślę co się stało - pewnie coś wpadło i zaklinowało się
- na dalszą jazdę nie ma co liczyć, decyduję się na DNF, trudno
- droga powrotna bez problemów - większość w dół i tylko 3 km
- po załadowaniu roweru na dach - widzę nieźle wykrzywioną przerzutkę
- i tak po przejechaniu 8550 km przerzutka SRAM GX Eagle zakończyła żywot
- po powrocie i spojrzeniu na wyniki ... była spora szansa na pudło w M4 ...

No i po zabawie ... © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony
Sobota, 29 sierpnia 2020 • dodano: 30.08.2020 | Komentarze 3
Trzeci w sezonie grabkowy start. Tym razem w wysoko położonym Zieleńcu (prawie 900m), będącym częścią Dusznik Zdroju. Dojazd na miejsce dnia poprzedniego, z dwoma kolegami - Staszkiem z teamu i Ryszardem od rybek. Tak wyszło że trafił się nam nocleg w samym miasteczku zawodów - super sprawa :)
Zgodnie z prognozami - w nocy popadało, nazajutrz na szczęście przestało padać, mamy grube zachmurzenie i wiatr, temperatura spadła do 13°C, zatem podkoszulek i rękawki poszły w ruch.
Owa miejscówka jest nowością na mapie grabkowych maratonów, ponoć wcześniej od ponad dekady organizowali go lokalni pasjonaci pod nazwą „Maraton MTB im Artura Filipkaka „Fisha“ - tu więcej info o nim.
Punkt 10-ta start ponad 80 osobowej stawki giga. Na początek ze 2 km lekki zjazd asfaltem w dół i wpadamy w podjazdowy teren prowadzący do górnej stacji wyciągu. Jedzie mi się spoko, szybko znajduję się w swoim miejscu, rozpoznaję rywali z mojej kategorii. Błotka nie brakuje. Zaczynamy zjazd po trawiastej nartostradzie i mijamy przeróżne obiekty narciarskiej infrastruktury - momentami jest stromo i ślisko (błotko) w dół. Tasuję się wtedy z Krystianem z STS Extreme Strzelin (też z M4). Po zjechaniu w dół ciężki podjazd błotno - trawiasty, właśnie tam stawka giga zaczęła się rozciągać i każdy z nas jedzie swoje. Na kolejnym podjeździe Krystian się zatrzymuje (problemik z napędem), a mnie wyprzedza Zuzanna Krzystała (2 miejsce open kobiet). Gdy zaczynamy zjazd po fajnym i wyprofilowanym singletracku to rozwijam skrzydła (czyt. umiejętności techniczne) i doganiam Zuzannę, zjeżdżamy do znanej mi ze startu XC w 2015 - Tauron Duszniki Arena (biathlon, biegówki), gdzie ulokowali premię lotną i jazda dalej, w stronę Dusznik Zdroju. Po drodze mamy kilka stromizn w dół i techniczny zjazd po schodach. Wraz z Zuzanną doganiamy jednego gościa i tak we trójkę przejeżdżamy przez fragment miasta by po chwili wpaść na leśny podjazdowy teren z ostrymi zygzakowatymi zakrętasami. Przez jakiś czas zostawiam z tyłu Zuzannę, która jednak na ciężkim podjeździe do Schroniska pod Muflonem mnie na dobre załatwiła i tyle ją widziałem - ma dziewczyna moc. Po chwili wyprzedza mnie wspomniany gość. Po tym krótki zjazd i pokonujemy ciężki nawierzchniowo leśny podjazd, głównie po trawie - wiało nudą, ale jechać trzeba. Wpadamy na troszkę długi, półpłaski i szeroki szuter trawersujący zbocze gór, by po tym wjechać na fajny singiel zjazdowy - zaszalałem i wyprzedziłem wspomnianego gościa. Po zjechaniu czas na długi, szeroki szuter podjazdowy (średnio 6-8%) w stronę rozjazdu. Cisnę pod górę ile się da, nikogo przede i za mną. Na krótkim wypłaszczeniu łączymy się z classicem i znów podjazd na którym wyprzedza mnie z małą różnicą prędkości dwóch gości pewnie z czołówki tegoż krótkiego dystansu.
W końcu skręt na 2 rundę giga poprzedzony trawiastą ścianką podjazdową i jazda pokonać ponownie wyprofilowany singletrack, zaczynamy stopniowo wyprzedzać tych z mega, Tauron Duszniki Arena, zjazd do Dusznik Zdrój i zygzakowaty terenowy podjazd - zauważyłem że wspomniany Krystian i jeszcze jeden rywal z M4 doganiają mnie. Faktycznie, zacząłem czuć zmęczenie i kręciłem już ciut wolniej. Krystian mnie wyprzedził przed nudnym trawiastym podjazdem, z trudem udaje mi trzymać za nim kontakt wzrokowy. Na szerokim szutrze nic ciekawego, zjazd singlem spoko (poza wyprzedzaniem pojedynczych z mega), no i został jeszcze do pokonania najdłuższy podjazd - wspomniany szeroki szuter. Jakoś udaje mi się cały czas trzymać kontakt wzrokowy z Krystianem. W górnych partiach wpadamy na kolejny wyprofilowany singletrack - tym razem podjazdowy. Do tego zrobiło się tłoczno, bo wraz z nami ścigali się ci z classica - co chwila dawałem „uwaga lewa“, kulturka przepuszczania gigowców była. Krystian cały czas blisko przede mną, za to za plecami zauważam że goni mnie aż dwóch rywali z M4, pozamiatane? niezupełnie, powalczę do końca ile fabryka moja da mi mocy. Wjeżdżamy na ponad 1000m, singletrack ustępuje granicznemu singielkowi z ciężką nawierzchnią po grzbiecie z dodatkiem błotka i korzeni. Wyprzedza mnie mocny rywal z M4 (Przemysław ze Strefy Sportu) - prawdopodobnie był po defekcie. W końcu zjazd do Zieleńca, po wspomnianej na początku relacji nartostradzie i tak już wpadam na metę.
W sumie w stawce rywali M4 było tak ciasno że różnica na końcowej kresce między czwartym a ósmym (ja szósty) wyniosła ... 3 minuty, oj będzie ciężko o dobre miejsce w generalce - taki urok rywalizacji na wysokim poziomie :)
31/69 - open giga
6/21 - M4
Strata do zwycięzcy (Karol Rożek) - 51 min, do M4 (Andrzej Kaiser) - 29 min
Foto by Kasia Rokosz, Anka Ares Baran, Szymon Korzuch

Cały urok prawdziwego MTB :) © JPbike

W akcji na końcowych kilometrach, walka trwa do końcowej kreski © JPbike

Niezłe te podkłady trawiastego błotka na nartostradzie :) © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Niedziela, 16 sierpnia 2020 • dodano: 18.08.2020 | Komentarze 3
Po udanej Szklarskiej Porębie postanowiłem że powalczę o generalkę u Grabka. Kowary to nowa miejscówka na mapie górskich maratonów.
Dojazd spoko, bo z pobliskiego Karpacza, gdzie nocowałem. Pogoda na miejscu również fantastyczna. Po etapówce w Gorcach odbyłem w tygodniu jedynie 2h tlenik - zatem ciekaw byłem czy jestem w miarę wypoczęty na dalszą część wyścigowego sezonu, który przez covida został wydłużony prawie do końca października.
No to krótka rozgrzewka (1.5 km) i wskok do sektora giga, niezbyt licznego bo liczącego 65 osób, ponoć krajowa czołówka tegoż dnia walczyła o Mistrzostwo Polski XC, w Mrągowie.
No i poszli. Na początek spod deptaku kierujemy w stronę Rudaw Janowickich, by od razu rozpocząć ponad 5 km podjazd po starym asfalcie i później szutrze. Jedzie mi się całkiem dobrze, szybko znajduję się w swoim miejscu, pewnie w top 30 open i równie szybko stawka się porozciągała. Po wjechaniu krótki, acz techniczny zjazd - wyprzedzam 3 gości słabo radzących z techniką, a Ci z kolei mnie na następnym podjeździe załatwili, ciekawie tylko czy dobrze rozłożyli siły na resztę giga. Kręcąc pod górę cosik długo nie mogę załapać swojego górskiego samopoczucia, przez co kolejny rywal mnie wyprzedza, ale i tak utrzymuję niezłe tempo pozwalające kontrolować sytuację. Jadąc dalej, raz zjazdowo, raz podjazdowo trasa okazuje się dla mnie przyjemna, nie to co na wymagających poszczególnych etapach w Gorcach sprzed tygodnia. Przeważają głównie szerokie szutry, trawiaste fragmenty po zapomnianych duktach, co jakiś czas się pojawiają się i widoczki, jedynie kilka porządnie technicznych zjazdów robiło wrażenie pure MTB (stromo w dół, kamienie i korzenie). Gdy tylko dotarliśmy do najstromszego podjazdu zwanym „łopatą“ (22% po asfalciku) i znanym mi z jeleniogórskiego bike maratonu to złapałem swój rytm, zacząłem jechać swoje i bez problemu wyprzedziłem wspomnianych rywali (prócz jednego). W pewnym momencie trasa łączyła się z dystansem Classic - tłoczno się zrobio i wyprzedając jednego za drugim mogłem się poczuć jak prawdziwy PRO :)
Raz, na podjeździe spadł mi łańcuch z korby - okazuje się że użytkowany od początku zeszłego sezonu „blacik“ 32 jest na sporym zużyciu. No i wpadamy na 2 rundę giga - w dalszym ciągu jedzie mi się dobrze, cały czas w swoim miejscu i zaczynamy stopniowo wyprzedzać tych z mega. Po wjechaniu na odcinek prowadzący do mety to w dalszym ciągu rywalizacja przebiegła bez zmian, jedynie mijałem prowadzącą rower pod górę Marlenę Droździok - zerwała łańcuch, ale i tak na mecie wygrała open kobiet. Po przekroczeniu Przełęczy Kowarskiej został jeszcze do pokonania nieznany mi terenowy podjazd w stronę drogi na Okraj. Ów podjazd dość ciężki był, ale podjechany sprawnie, co chwila łykałem kogoś z mega, jak i tych z classica. Po tym kawałek znanego asfaltu i skręt na znany mi szybki i szutrowy zjazd do mety poprzeplatany kilkoma nowymi fragmentami. Zjezdżając tędy jeden gość (z mega) za nic nie chciał przegrać ze mną i zapewnie myślał że też jestem z mega. No i tak już docieram do mety ulokowanej na szybkim zjeżdzie. Udany giga maraton zaliczony.
16/51 - open giga
4/20 - M4
Strata do zwycięzcy (Karol Rożek) - 1h 8min , do M4 (Dawid Duława) - 29min
Wynik oczywiście fajny dla mnie, co z tego że czwarte to „najgorsze miejsce dla sportowca“ :)

Na pierwszym podjeździe. Wszyscy cisną pod górę © JPbike

W akcji gdzieś wysoko w Rudawach Janowickich © JPbike

Dla mnie ta trasa była przyjemna, widoczki też się trafiały :) © JPbike
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach