top2011

avatar

Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski.
Info o mnie.

- przejechane: 173833.66 km
- w tym teren: 63048.10 km
- teren procentowo: 36.27 %
- v średnia: 22.72 km/h
- czas: 316d 22h 25m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156

Zrowerowane gminy



Archiwum 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

Wpisy archiwalne w kategorii

MTB Marathon

Dystans całkowity:2548.13 km (w terenie 2318.00 km; 90.97%)
Czas w ruchu:160:26
Średnia prędkość:15.88 km/h
Maksymalna prędkość:70.29 km/h
Liczba aktywności:31
Średnio na aktywność:82.20 km i 5h 10m
Więcej statystyk
  • dystans : 71.17 km
  • teren : 69.00 km
  • czas : 05:57 h
  • v średnia : 11.96 km/h
  • v max : 52.85 km/h
  • rower : TREK 8500
  • MTB Marathon Krynica Zdrój

    Sobota, 14 sierpnia 2010 • dodano: 16.08.2010 | Komentarze 18


    Czyli wpadając na metę bez łańcucha osiągnąłem najlepszy jak do tej pory golonkowy wynik w górach :)

    Mając w pamięci walkę ze skurczami w Głuszycy, na krynickim maratonie postanowiłem wystartować z głową :) Do tej fajnie położonej górskiej miejscowości przyjechałem na parodniowy urlop i dodatkowo zapoznałem się z częścią trasy (klik 1, klik 2, klik 3), do tego dodam że ubiegłoroczna Krynica, była dla mnie jednym z najcięższych giga …
    Trasa została mocno zmieniona w stosunku do ubiegłorocznej – w większości biegnąca przez świetne do MTB tereny – Beskidu Sądeckiego. Dzień przed zawodami trochę popadało i spodziewałem się trochę błota … a jednak było znacznie więcej :)
    Przed startem tradycyjnie rozgrzewka, przywitałem się ze znajomymi. Nie wszyscy się zjawili, Damian i Arek wybrali MP, a ja wierny golonkowemu cyklowi – jak się okazało po dotarciu na metę, ten maraton będę miło wspominał do końca życia … ale po kolei :)
    Stojąc w sektorze żadnego stresu nie czułem, te kilka dni tutejszego pobytu w górach dobrze mi zrobiły. Poza tym spotkałem megowca - Daniela. No i start. Ruszyłem całkiem spokojnie, bez żadnych wariactw. Po skręcie na czerwony szlak długi podjazd - gdzieś tam najpierw zauważyłem Mariusza który na chwilę zsiadł ze swojego ścigacza, a kawałek dalej do góry Adama, który również zaczął wprowadzać swojego fulla. Przez większość tegoż czerwonego szlaku jechałem tuż za slecem. Po pierwszym krótkim zjeździe, błotnym oczywiście nastąpił podjazd po niezwykle ciężkiej nawierzchni – trawie zmieszanej z błotem, aż do szczytu ciężko szło, dwa razy się potknąłem, dodam jeszcze że właśnie ten odcinek w zeszłym roku został pominięty z powodu … większej ilości błota ! :) Wreszcie jakiś zjazd – dość długi, szeroki i szutrowy – cisnąłem mocno. Po zjechaniu skręt w prawo i ponownie długa wspinaczka czerwonym na kulminacje trasy – Jaworzynę (1114m), stawka była już rozciągnięta, cały ten podjazd pokonałem równym tempem, starając się nie wysilać na maxa, byle udało się zachować siły na całą giga trasę. No i na tym podjeździe parę osób mnie wyprzedziło. Po wjechaniu na szczyt zaczęła się zabawa na nowej i w większości nieznanej mi trasie, gdy tylko nastąpił super stromy i arcybłotny zjazd – WSZYSCY, co mnie wyprzedzili na długim podjeździe sprowadzali, lub zaliczali upadki (stało tam dwóch ratowników) a ja jedyny zjechałem w dół – znów poczułem ogrom zadowolenia ze swojej techniki :) Po chwili kolejny i najbardziej błotny zjazd – koła zapadały na 10 cm, może więcej, opony osiągały gigantyczne szerokości, nie wspominając już o zapychaniu błotem napędu … :) Po zjechaniu i postoju przy bufecie (na każdym z czterech na giga się zatrzymywałem) kolejny podjazd – przez górski las, który zaprowadził do znajomego mi miejsca, jechałem tamtędy w większości samotnie. Potem szeroki, szutrowy zjazd i podjazd w okolice rozjazdu mega/giga. No i po skręcie na giga nastąpił niezwykle trudny zjazd czarnym szlakiem do Wierchomli. Zjazd był mocno techniczny – mieszanina korzeni, kamieni, płynących strumyków i błota, znów się potknąłem, raz uderzyłem łydką o ramę i lekką rankę zaliczyłem, którą wypłukałem w strumyku po zjechaniu. Przy tymże strumyku stał slec – mył napęd w swoim KTM-ie. Potem troszkę asfaltu w dół i początek jednego z długich i najcięższych u golonki kamienisto-błotnch podjazdów - na Halę Łabowską, wszystkim szło niezwykle ciężko, prędkość nie przekraczała 7 km/h, co jakiś czas ktoś się zatrzymywał i walczył z klejącym się od błota łańcuchem do najmniejszej tarczy korby, ja na razie nie miałem takich problemów – miesiąc temu założyłem na miejscu aluminowej stalową zębatkę 22, która ma mniejsze ząbki – pomogło częściowo. Po strasznie ciężkim i wyczerpującym wjechaniu na wspomnianą halę (momentami wprowadzałem) nastąpiła interwałowa i znana mi z objazdu trasa biegnąca czerwonym po grzbiecie z jednym solidnym podjazdem – na Runek, właśnie na tym podjeździe mocno wysuszony łańcuch zaczął się kleić, smaru nie zabrałem … :( Po osiągnięciu szczytu – połączenie z mega i długi, doskonale mi znany zjazd niebieskim w okolice Słotwin. Zjeżdżając tamtędy oczywiście zaszalałem, po drodze dublując masę Megowców :) Po zjechaniu w dół znów nowym odcinkiem nastąpił stromy podjazd w pobliżu kompleksu narciarskiego – z trudem (klejący się łańcuch) wjechałem na szczyt, a na górze sam Grzegorz Golonko mi nasmarował łańcuch ! Wielkie dzięki ! :) Potem zjazd po polance, do części Krynicy – Słotwin, po drodze zdublowałem Ryszarda z Rybczyńskich (chłop z M5 ciągle na mnie robi wrażenie). No i pozostały jeszcze do pokonania szczyt Huzary i kultowa Góra Parkowa. Sam podjazd żółtym szlakiem przebiegł pod dyktando ciągłego dublowania tych niebieskich, no i kilku Gigowców udało się wyprzedzić. Czułem się dobrze, siły na końcówkę miałem. Zjazd z Huzarego – techniczny i bez specjalnych emocji. Wreszcie słynna Góra Parkowa – wiedziałem że tam ilość błota będzie wielka, dzięki temu że dzień wcześniej tamtędy przejeżdżałem – udało się przejechać bez błotnych potknięć. Ostatni podjazd, stromy, z trawiastą końcówką – no właśnie dobijając ostatnie metry, po drodze nawet dwóch Gigowców wyprzedziłem … zerwał mi się łańcuch ! Widać ile trzeba było wkładać siły na takie podjazdy. Po raz drugi z rzędu ta kultowa góra okazała się pogromcą mojego sprzętu – w zeszłym roku na stromym zjeździe wyskoczyła linka tylnego hamulca (jechałem wtedy na v-brakach) Co zrobiłem po awarii ? – schowałem łańcuch do kieszonki i pobiegłem ze ścigaczem na początek zjazdu :) Bardzo stromy zjazd, który również świetnie znałem – sporo kibiców tam stało, zacząłem zjeżdżać odpowiednią techniką, gdy nagle gość poprzedzający mnie przyblokował i niezła gleba z koziołkiem zaliczona :) Szybko się pozbierałem i dalszą część trudnego zjazdu pokonałem bez kłopotów, i do tego kilku rywali walczących z utrzymaniem równowagi załatwiłem. Natomiast troche mniej stromy odcinek technicznej sekcji zmuszony byłem jechać „hulajnogą”, tracąc dwie pozycje, wreszcie ostatni zjazd, w tym po schodach i dalej wprost na metę – po wpadnięciu na deptak, dwóch rywali – Gigowiec i Megowiec zauważyli mnie bez łańcucha i sami poholowali do mety – i do tego pozwalając mi minąć linię mety przed Nimi – niezwykle miło mi było z ich strony :) Oczywiście mocno Im podziękowałem – będzie co wspominać, dlatego lubię startować u golonki :)

    53/113 - open GIGA
    20/41 - M3

    Czyli do tej pory najlepsze w górskiej edycji u golonki :)
    Do spełnienia tegorocznego marzenia – chociaż raz w 50-ce open zabrakło mi właśnie łańcucha :)
    To, że trasa w Krynicy była bardzo ciężka – świadczy że giga nie ukończyło 21 osób …
    Strata do zwycięzcy giga (jak i M3)- 1:57:45
    W generalce giga M3 skoczyłem już na dziesiąte miejsce !
    A team BIKEstats zajmuje po tej edycji 39 miejsce na 138 sklasyfikowanych drużyn

    Ten maraton zapiszę jako jeden z moich udanych na giga, zadowolony to jestem i to BARDZO !

    Zaraz po zawodach jedyne co zrobiłem – poleciałem podziękować Karolinie za kciuki i wsparcie duchowe, oraz opowiedzieć wrażenia z zawodów. Jeszcze raz wielkie dzięki :*

    Napieram ... :)
    MTB Marathon Krynica Zdrój 2010 © JPbike

    Szczyt Jaworzyny tuż, tuż ...
    MTB Marathon Krynica Zdrój 2010 © JPbike

    MTB Marathon Krynica Zdrój 2010 © JPbike

    Ciężki ten podjazd po stoku narciarskim
    MTB Marathon Krynica Zdrój 2010 © JPbike

    Tak wpadałem na metę :)
    MTB Marathon Krynica Zdrój 2010 © JPbike

    Puls – max 176, średni 153
    Przewyższenie – 2526 m



  • dystans : 86.39 km
  • teren : 82.00 km
  • czas : 06:47 h
  • v średnia : 12.74 km/h
  • v max : 64.47 km/h
  • rower : TREK 8500
  • MTB Marathon Głuszyca

    Niedziela, 1 sierpnia 2010 • dodano: 02.08.2010 | Komentarze 16


    Ten maraton w Głuszycy do tej pory zapisze się dla mnie jako rekordowy pod paroma względami:
    - pokonałem ponad 3000m w pionie
    - spędziłem na trasie 6 godz i 47 minut
    - około 10 razy złapały mnie skurcze nóg
    - zaliczyłem chyba największą ilość wprowadzania ścigacza do góry
    Te powyższe przykłady wskazują że do tej pory dla mnie był to najcięższy giga maraton …

    Dobra, zrelacjonuję trochę :)
    Do Głuszycy, a raczej do agro-noclegowni w pobliskiej Sierpnicy zajechałem dzień przed zawodami z Markiem. Po drodze zahaczyliśmy o biuro zawodów i w końcu udało mi się wymienić mój zniszczony numer startowy. Na miejscu byli już Krzysztof i Zbyszek, później zjawili się pozostali znajomi – DunPeal i Paweł z Kamilą.
    Ekipa mocnych ścigantów MTB z Wielkopolski :) © JPbike

    Po śniadaniu ruszyłem z Pawłem na krótką rozgrzewkę na pobliski podjazd i stamtąd 9 km w dół na miejsce startu w Głuszycy, gdzie spotkałem golonkowych znajomych – Izę, Adama, Arka, Damiana, Mariusza, Piotra i chyba kogoś jeszcze :)
    Przed tym maratonem nie trenowałem zbyt wiele, wolałem odpocząć i pogłębić głód solidnej dawki MTB :)
    Start troszkę opóźniono. Na początek jazda asfaltem do Łomnicy za samochodem organizatora i po skręcie w górski teren zaczęło się prawdziwe ściganie. Na pierwszym podjeździe szło mi całkiem nieźle, jechałem bez szaleństw i równym tempem, na ok. 5 km Damian, który kilka chwil wcześniej mnie wyprzedził i widocznie starał się poprawiać pozycje, na dość wąskim odcinku górskiego szlaku się zatrzymał (regulacja napędu). Ze spokojem mijałem Go i pomknąłem dalej, wiedząc że podczas pokonywania 3 km w pionie wszystko może się zdarzyć. Na pierwszym wąskim zjeździe tradycyjnie cisnąłem na maxa w dół, tak mocno że po zjechaniu z klocków hamulcowych wydobywał się charakterystyczny swąd, w sumie pierwszy raz na tarczówkach coś takiego doświadczyłem. Frajda z prawdziwie MTB-owskich zjazdów była i to jaka – wszystkie zjazdy na całej trasie to dla mnie bajka :) Dalsza jazda wschodnią pętlą przebiegła równo, nogi nieźle podawały na podjazdach – jest dobrze, pomyślałem :) Przez dłuższy czas miałem Arka w zasięgu wzroku. No i był pewien moment że dogoniłem późniejszą zwyciężczynię giga – Justynę Frączek, i po raz kolejny przez jakiś czas jechaliśmy we dwójkę i blisko siebie. Ewelinę Otyl też wyprzedzałem, kilka razy, za każdym razem na trudnych zjazdach. I wtedy, po 29 km (już ?) mocnej jazdy, podczas wnoszenia rowerka na dużej stromiźnie poczułem zbliżające się skurcze nóg. Będzie ciężko – pomyślałem, ale nie poddam się do mety ! Pierwszy skurcz złapał mnie podczas przejazdu przez trudny graniczny odcinek i od tamtej chwili powolutku zacząłem tracić ciężko wypracowane pozycje, nadzieję na dobry wynik, jak i pokonania Damiana … trudno. Wtedy każdy mocniejszy podjazd oznaczał dla mnie walkę ze zbliżającymi się skurczami, ilość wprowadzań była spora, ratunkiem okazały się zjazdy – na każdym szalałem, sporo ryzykując, wyprzedzając każdego, którego się dało i ciesząc się ze swojej techniki :) Po zjechaniu do Głuszycy i rozpoczęcia zachodniej pętli moje tempo było już słabsze, dogoniła mnie Ewelina i tak jakoś udało mi się przez pewien czas na półpłaskim odcinku jechać za Nią – do czasu kolejnego skurczu :( A dalej, było już tylko gorzej … Po dokręceniu pod niezły i stromy podjazd (na 50 km) który zacząłem pokonywać młynkując, złapał mnie kolejny … usiadłem na minutę na trawie i Damian mnie wtedy doszedł, następna tegoroczna porażka z rywalem zaliczona :( Po kolejnym wprowadzeniu na szczyt i zjechaniu po trawiastym stoku (v max trasy, 64 km/h) kolejny stromy i długi podjazd – całość znów z buta, z głową skierowaną w dół :( Potem fajny techniczny zjazd i podjazd w okolice Wielkiej Sowy – z trudem, wraz z pętlą z asfaltowym zjazdem udało mi się podjechać na ponad 1000 metrowy szczyt bez bike-walkingu, i to po drodze sporo Megowców zdublowałem. No i podczas wspinaczki po mocno kamienistym odcinku dogonił mnie Adam (po 70 km) który mnie wyprzedził podczas krótkiego postoju bo znów … Mocny, kamienisto-korzenny zjazd z Wielkiej Sowy – pewnie nie muszę nic pisać, kolejny poziom zadowolenia miałem :) Od tamtej chwili mknąłem do mety tak, jak mogłem, starając się nie złapać kolejnych skurczów. Po drodze zdublowałem Izę – zanim to zrobiłem, przez chwilę przyglądałem się jej technice i całkiem nieźle radziła :) W końcu trawiasto-polankowo-leśny zjazd do mety, która była nietypowo umiejscowiona – w innym miejscu niż start, a to dlatego by uniknąć kolizji przez główną ulicę w Głuszycy.
    Co do bufetów – było ich sporo, pominąłem dwa – pierwszy i przedostatni a na pozostałych się zatrzymywałem, by uzupełnić picie w bidonach, wciąć banana i coś tam :)
    Po dotarciu do mety honorowej nastąpiły pogaduszki i dzielenie się wrażeniami z całą masą znajomych, w tym z Dorotą i Arturem. Mamba tym razem nie wystartowała by doprowadzić do sprawności skręconą kostkę – słuszna decyzja.
    Z ekipy, z którą wspólnie mieszkaliśmy (większość to Megowcy) – największe emocje towarzyszyły Pawłowi, który na takie trudne giga wybrał się na semislickach … udało Mu się, dojechał do mety po ponad 8 godzinach – gratki za ukończenie !

    78/137 - open giga
    28/46 – M3

    Wynik dla mnie przeciętny, zadowolony to musze być, bardziej z przejechania bardzo wymagającej trasy i to bez gleb oraz żadnych defektów :)
    Tego ciężkiego giga nie ukończyło 28 osób …

    Strata do zwycięzcy open giga – 2:22:11, do M3 (Galiński) – 2:21:18, czyli do tej pory największe …
    Arek pokonał mnie o 32, Damian 23, Adam 7 minut
    A klosiu przyjechał 1 godz i 39 minut za mną
    W generalce M3 giga po 6 wyścigach zajmuję 13 pozycję :)

    Gdzieś na podjeździe ...
    Fotka z galerii Janka_2010
    MTB Marathon Głuszyca 2010 © JPbike

    Wytrawny technik :)
    MTB Marathon Głuszyca 2010 © JPbike

    Puls – max 184, średni 152 (na wschodniej pętli ponad 160)
    Przewyższenie – 3144 m !



  • dystans : 108.00 km
  • teren : 100.00 km
  • czas : 04:39 h
  • v średnia : 23.23 km/h
  • v max : 42.76 km/h
  • rower : TREK 8500
  • MTB Marathon Murowana Goślina

    Niedziela, 4 lipca 2010 • dodano: 04.07.2010 | Komentarze 20


    Dość słaby domowy wyścig.

    Startu w Murowanej Goślinie nie zamierzałem odpuścić, mimo że od ponad tygodnia kondycyjnie nie czułem się najlepiej. W końcu to domowa runda. Na tym dość płaskim maratonie nie miałem żadnych celów, tylko pojechać od startu do mety najlepiej jak się da. Na miejsce zajechałem rowerem krótko po 9-tej, udałem się wymienić (kolejny raz) swój niszczejący numer i znów Czesi gdzieś się zapodziali … Przed startem odpocząłem na wielkim parkingu wraz z Jarkiem i jego teamem, po czym udałem się do swojego sektora, oczywiście wcześniej i w trakcie oczekiwania na start przywitałem się ze znajomymi twarzami. Start o 10:10, ruszyłem bez wariactw, bo wiadomo – zaraz będzie wielka piaskownica. Sporo się tam działo – wszyscy rozjechali w przeróżne kierunki, by jak najszybciej pokonać ten ciężki odcinek, a ja już dzień wcześniej tutaj byłem i wybrałem sobie optymalny tor jazdy przez ten piach – więc przejechanie nie sprawiło mi większych problemów. No i zauważyłem że licznik nie działa – coś z nadajnikiem, to nic nie było czasu na sprawdzenie. Po przekroczeniu szosy natrafiłem na Damiana i tak przez kilka km jechałem za Nim. Po wkroczeniu do Puszczy Zielonki cała stawka wznieciła wielkie tymany kurzu, widoczność była słaba. Jechałem dość szybko i na środkowej tarczy, w pewnym momencie na piachu wyprzedziłem Damiana i cisnąłem dalej tak mocno, jak się dało. Do pewnego momentu – na siódmym kilometrze, po wjechaniu na patyczkowaty odcinek złapałem z tyłu kapcia i zjechałem na bok … Zresztą nie tylko ja ale inny gość też w tym samym miejscu złapał gumę. Pierwsze co zrobiłem po zatrzymaniu – ze smutkiem spojrzałem na Damiana mknącego dalej … Oznaczało to dla mnie koniec walki o dobry wynik na własnym terenie, jak i z najgroźniejszymi rywalami, zresztą doskonale wiedziałem że na płaskim maratonie odrabianie strat po defekcie na początku trasy to ciężka sprawa. Nie przejąłem się tym, ze spokojem wziąłem się do wymiany dętki – zabrało mi to ok. 10 min, w międzyczasie nadjechał facet od organizatora na quadzie – zapytałem czy zamyka stawkę Gigowców – jasne :) A drugiemu Gościowi podczas pompowania strzeliła opona – niezłą dziurę zrobił :)

    MTB Marathon Murowana Goślina 2010 - kapeć © JPbike

    Po wymianie dętki i sprawdzeniu licznika (zadziałał) ruszyłem i to z ostatniej pozycji stawki Gigowców. Miałem przed sobą zupełnie pustą trasę – walkę z samym sobą też lubię. Pierwszą osobę doszedłem po 2 km, następnie stopniowo doganiałem pojedyncze osoby. Jedynym utrudnieniem były piaski, raz na głębszym fragmencie w który wpadłem z impetem przód ścigacza tak mocno wyhamował, że uderzyłem kolanem o ramę, zabolało. To nic, cisnąłem dalej. Krótko po wjechaniu na dodatkową pętlę giga znajdował się pierwszy bufet - zamierzałem ominąć, ale był tak zlokalizowany że znajdował się tam pomiar czasu i zatrzymałem się na banana i dali mi żel. Kawałek dalej dogoniłem Zbyszka jadącego nowym ścigaczem na giga, chwilę pogadaliśmy i pomknąłem dalej. Na asfaltowych fragmentach kładłem się na kierownicy jak czasowiec. Po dogonieniu i wyprzedzeniu kolejnych dwóch osób – jeden pewnie był zaskoczony i podjął próbę dogonienia mnie, nieudaną :) Wreszcie ujrzałem kilkuosobową grupkę, która zatrzymała się na drugim bufecie na popas, ja tamtejszy bufet ominąłem i cisnąłem dalej. We wspomnianej grupce znajdowali się kolejni znajomi – Marc i Maks. Dalsza jazda przez las do miejsca gdzie giga połączyła się z mega przebiegła szybko, kilka kolejnych osób załatwiłem. Po wjechaniu na mega powoli zacząłem dublować Megowców, jak i doganiać kolejnych Gigowców, jednym z Nich był Zabel, który również złapał gumę i tak dalej przez dłuższy czas jechaliśmy razem w trzyosobowej grupce. Na trzecim bufecie, który poprzedzony był pomiarem czasu zatrzymałem się, by zatankować Powerade do bidonu. Dalsza jazda do ostatniego bufetu, po drodze stopniowo dublując, m.in. Asię Jabłczyńską przebiegła we wspomnianej grupce, tyle że ten trzeci gość odpadł z sił i zastąpił go inny Gigowiec, którego dogoniliśmy. Przy bufecie znów zrobiłem postój i uzupełniłem kończący się w bukłaku zapas wody – do pełna w drugim bidonie nalał mi sam Grzegorz Golonko. Wreszcie nastał ciekawszy odcinek – runda typu XC po stokach Dziewiczej Góry (142m), po 90 km jazdy po płaskim dość ciężko się podjeżdżało ale i wszystko tamtejsze podjechałem i zjechałem bez problemów. W końcu końcówka, kilkunastokilometrowa, biegnąca obrzeżami Puszczy Zielonki, na tamtejszym dość ciężkim odcinku (masa piachu i nierównej nawierzchni) zacząłem powoli czuć że kolana dostają w kość od mocnego kręcenia i byłem już zmęczony ciągłą jazdą po płaskim, mimo tego udało mi się jeszcze sporo Megowców zdublować , jak i jeszcze kilku Gigowców wyprzedzić. Piaszczystą końcówkę pokonałem tym samym torem co na początku – było jeszcze ciężej, bo pod górę i w końcu już bez szaleństw po 4 godz i 39 minut jazdy wraz z postojami wpadłem na metę.
    Większość trasy oprócz fragmentów na dodatkowej pętli giga pokonałem na środkowej tarczy i to prawie w całości na zablokowanym amortyzatorze - odblokowałem jedynie na killerze.

    99/134 - open GIGA
    42/48 - M3

    Oznacza to że jadąc od defektu z ostatniej pozycji do mety wyprzedziłem 35 Gigowców, słabo ...
    Strata do zwycięzcy open (jak i M3) – 1:05:50
    O stratach do moich rywali nie wspomnę.
    Z osiągniętego wyniku na własnym terenie jestem NIEZADOWOLONY !

    Mknący samotnik w Puszczy :)
    MTB Marathon Murowana Goślina 2010 © JPbike

    Piach, piach ...
    MTB Marathon Murowana Goślina 2010 © JPbike

    Ten zawodnik za mną to mlodzik, tyle że ... nie znaliśmy się jeszcze wtedy :)
    MTB Marathon Murowana Goślina 2010 © JPbike

    Po zawodach, jak zwykle uzupełnianie kalorii, pogaduszki ze znajomymi i myk do domu.
    DunPeal, JPbike i klosiu :) © JPbike

    Ujechani Maks, JPbike, Rodman i Marc :) © JPbike

    Puls - max 175, średni 154
    Przewyższenie – 600 m



  • dystans : 77.92 km
  • teren : 75.00 km
  • czas : 05:00 h
  • v średnia : 15.58 km/h
  • v max : 63.90 km/h
  • rower : TREK 8500
  • MTB Marathon Międzygórze

    Sobota, 19 czerwca 2010 • dodano: 21.06.2010 | Komentarze 12


    Międzygórze - ściganie u stóp Śnieżnika

    Od czasu, gdy nie mam własnego auta (ten stan trochę potrwa) zaczęła się dla mnie pora na kombinowanie z dojazdami na poszczególne maratony. Tym razem z pomocą pospieszył się mój partner treningowy, czyli Jarek, nie tylko zafundował transport pakowną furą, ale i załatwił nocleg na cały weekend – wielkie dzięki zarówno dla Niego, jak i jego Agi :) Do noclegowni w Kozielnie oddalonej kilkadziesiąt km-ów od Międzygórza przybyli również dwaj Megowcy – Krzysztof i Zbyszek.
    Na miejsce startu zajechaliśmy po 9-tej. Po raz pierwszy się zjawiłem w Międzygórzu. Poskładaliśmy swoje rumaki i jazda z Jarkiem i Mariuszem na rozgrzewkę na podjazd i zjazd.
    Z powodu wypadku drogowego start giga opóźnił się o 30 min. Czekając na start spotkałem niemal wszystkie mi znajome twarze, spotykane na golonkowych edycjach - no dobra, wymienię: Izę, Adama, Arka, głównego rywala Damiana, Marka, Mateusza, Przemka i paru innych mniej znanych.
    Trasę zapowiadali jako łatwa technicznie, głównie szerokie szutrowe dukty, ale wymagającą kondycji, czyli ok. 2700 m przewyższenia. Było pochmurno z przejaśnieniami i kilkanaście st.C.
    No i start. Ustawiłem się dość blisko linii w trzecim sektorze. Na początek kilka km pod górę, jechałem swoje, dość szybko mnie wyprzedził Damian, a po chwili Arek i obaj powolutku mi znikali z zasięgu pola widzenia. To nic, to jest górskie ściganie i wszystko może się zdarzyć. No i nie zabrakło zaskoczenia – niespodziewanie wyprzedził mnie … Rodman - lekki szok ! Myślałem że ze mną coś nie tak … Po bezproblemowym zjechaniu ze szczytu pierwszego podjazdu, następny długi podjazd – znów byłem zaskoczony, przez moment się odwróciłem i zauważyłem zbliżającego się do mnie … klosia - znów lekki szok ! Rodmana pokonałem po wizycie w pierwszym bufecie, na którym się nie zatrzymałem, a facet z obsługi widząc mnie w ruchu z kubkiem wody wrzucił do mojej kieszonki banana. Na tym długim i dość szerokim podjeździe na najwyższy punkt trasy na którym ciut lepiej mi się podjeżdżało wyprzedził mnie klosiu, jak się okazało, był jedyną osobą, która mnie pokonała na tym podjeździe, dalej miałem Go cały czas w zasięgu wzroku. Im dłuższy podjazd, tym bardziej zaczęła mnie pobolewać dolna cześć pleców. Po wjechaniu na Halę Pod Śnieżnikiem (1275 m) nareszcie nastąpił zjazd czerwonym szlakiem pieszym. Już na samym początku technicznego zjazdu wśród masy kamieni stał sam Grzegorz Golonko i wśród grupki, która zaczęła zjeżdżać – ja byłem jedyny co odważył się zjechać trudny początkowy fragment i zjechałem bez najmniejszych problemów, klosia załatwiłem lekko i tak zostało do mety :) Dalej w dół, po kamieniach cisnąłem na maxa, dochodziłem kolejnych rywali i moim oczom ukazał się widok … Damiana :) Jasne pokonałem Go. W sumie na tym zjeździe załatwiłem kilkunastu osób. Gdy skończył się wąski odcinek, dalej mknąłem w dół po szutrze dość szybko i to bez okularów (max 63.90 km/h). Po zjechaniu kolejny długi podjazd, na początkowym fragmencie zbyt mocno naciskałem na pedały i poczułem zbliżający się skurcz prawego kolana – 30 sek postoju pomogło. Podjazd pokonałem przyzwoitym tempem, od czasu do czasu spoglądając na tył, czy nie jedzie za mną Damian, wiedziałem że na podjazdach jest mocny - zaczynał mnie dochodzić na końcówce tegoż podjazdu, gdzie na wysokości ponad 1000m znajdował się drugi bufet i rozjazd mega/giga. Przy bufecie na krótko stanąłem i szybko zwiałem bo stamtąd zaczynał się długi zjazd. Damianowi na tym dość wyboistym zjeździe odjechałem. Od tamtejszych wybojów ręce mi zesztywniały i z trudem przełączałem biegi. Całą dodatkową pętlę giga biegnącą po szerokich szutrowych duktach - do trzeciego bufetu przejechałem raz sam, raz mieszając się z gościem z M4, jechało mi się dobrze, no i dodatkowo w górnych patriach miałem porcję arcywidoków :) Gdzieś tam na kolejnym podjeździe na stromej serpentynie znów zauważyłem Damiana – od razu mi przyszło do głowy że będzie ciężko wygrać z Nim ten maraton. Ostatni bufet poprzedzony był niezbyt długim asfaltowym podjazdem, znów dolna część pleców dała o sobie znać, zrobiłem tam krótki postój (woda, banan i rodzynki) i dogonił mnie Damian, który wyprzedził mnie kawałek dalej podczas krótkiego rozciągania pleców. Dalej, na ostatnim długim podjeździe już nie kręciło mi się tak dobrze, nie wiem czemu. Aha, dokładnie podczas połączenia pętli giga z mega natrafiłem na Megowca – Zbyszka :) Ostatni, ponad 10 kilometrowy odcinek biegnący w okolicy kompleksu narciarskiego Czarna Góra był trochę ciężki, grząsko, trochę błota, powolutku dublowałem megowców, nie obyło się bez wprowadzania na nierównym i podmytym odcinku z kamieniami. Wreszcie zjazd, trochę błotnisty, tradycyjnie cisnąłem w dół, na koniec, bliziutko mety jeszcze jeden krótki i niezbyt stromy podjazd – znów łańcuch zaczął mi się kleić i kawałek zmuszony byłem wprowadzać, i w końcu zjeżdzik do samej mety, na którą wjechałem zbyt szybko – spiker dał mi znak, bym zwolnił :)
    Zaraz po minięciu linii mety spotkałem Dorotę, chwilę pogadaliśmy, mamba złapała 3 gumy …
    Później już tylko bufet, makaron, dzielenie się gratulacjami i wrażeniami ze ścigania, sprawdzenie wyników, czyszczenie rowerka w strumyku i myk do przyjemnej agroturystycznej noclegowni i … kilka browarów poszło :)

    58/146 - open GIGA
    20/54 - M3

    Strata do zwycięzcy open (jak i M3) – 1:16:26
    Spoglądając na tablicę wyników – byłem lekko i pozytywnie zaskoczony :)
    Nie zmartwiła mnie nawet 6 minutowa porażka z Damianem, który w tym sezonie w górach spisuje się nieźle.
    Do Arka strata wyniosła 9 min.
    Klosiu i Rodman stracili do mnie odpowiednio 7 i 37 min.

    Po czterech golonkowych wyścigach zajmuję w generalce giga M3-owców 14 miejsce – nieźle :)
    A team BIKEstats uplasowany jest na 39 miejscu na 121 sklasyfikowanych drużyn na giga.

    MTB Marathon Międzygórze 2010 © JPbike

    Puls – max 176, średni 153
    Przewyższenie – 2692 m



  • dystans : 78.09 km
  • teren : 75.00 km
  • czas : 06:00 h
  • v średnia : 13.02 km/h
  • v max : 59.62 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Złoty Stok

    Sobota, 15 maja 2010 • dodano: 17.05.2010 | Komentarze 22


    Błotna masakra w Górach Złotych – niestraszna dla mnie :)

    Na tą trzecią edycję golonkowego cyklu, rozgrywaną w Złotym Stoku, dla mnie po raz pierwszy w tamtych rejonach wybrałem się głównie w jednym celu – przejechać całą trasę najlepiej jak się da, zwłaszcza że po ostatnich zawirowaniach pogody nie miałem najmniejszych wątpliwości co do ilości błota.
    Na miejsce zajechałem wprost z Poznania przed 9-tą i od razu zabrałem się za krzątaninę sprzętową, zjadłem drugie śniadanie (bułka, serek solankowy, banan i jogurt) , przywitałem się z Krzysztofem i Zbyszkiem, oraz z Damianem - z tym ostatnim moja rywalizacja z maratonu na maraton staje się ciekawsza i fascynująca :)
    Po raz pierwszy zdecydowałem się ścigać w długich spodniach. Przed startem odbyłem kilkunastominutową rozgrzewkę i jazda do trzeciego sektora, w którym spotkałem Mariusza, Przemka, Arka i paru innych mniej znanych mi twarzy.
    Chyba po raz pierwszy w maratonowej karierze nie czułem żadnego stresu, więc mogę napisać że jestem już nieźle wkręcony w tego typu zawody, które dają mi dużo satysfakcji w pokonywaniu zarówno ciekawych tras, jak i rywali :)
    No i start. Od razu długi podjazd, ruszyłem ze średnim ciśnięciem, po chwili zaczęła się właściwa błotna masakra, by utrzymać równe tempo na błotnej nawierzchni - oznaczało to użycie większego wysiłku i stopniowo rosnące obawy o to czy starczy sił na przejechanie całej giga trasy w miarę równym tempem. Stawka powolutku się rozciągała, kręciłem równym i podobnym do poprzedzających mnie tempem. Przez Arka zostałem wyprzedzony po jakiś 3-4 km, a po 6 km zauważyłem wyraźnie słabnącego Damiana, który na krótkiej stromiźnie wprowadzał i po chwili się zatrzymał – był to jedyny moment, co widziałem Go na trasie :) Po wjechaniu na kulminacje pierwszego długiego podjazdu nastąpił błotnisty i stromy zjazd – czyli to na co czekałem, by w pełni wykazać się swoimi umiejętnościami jazdy w dół po błocie :) Przede mną sporo osób … sprowadzało, a ja jak szalony pognałem w dół po błocie :) i wtedy poziom zadowolenia ze swojej techniki wzrósł znacząco i od tamtej chwili wiedziałem że kolejne trudne i błotniste zjazdy pokonam bez większych problemów :) Dalsza jazda przebiegała głównie leśnymi i górskimi duktami, na przemian długimi podjazdami, jak i mniej, lub bardziej wymagającymi zjazdami. Kręciłem wtedy równym tempem, jak i swoją pozycję utrzymywałem. Po wjechaniu na dodatkową pętle giga, na której na pewnym odcinku ilość błota koszmarnie utrudniała podjechanie trzeba było wprowadzać. Dodam jeszcze że po raz drugi (po Szczawnicy’09) przyszło mi jechać przez jakiś czas wraz z Justyną Frączek. Dziewczyna na zjazdach wymiatała, a na podjazdach szło jej przeciętnie. Na podjeździe, na końcówce dodatkowej pętli giga pojawiły się spodziewane i znane mi z błotnych tras problemy z klejącym się do najmniejszej tarczy korby uwalonym błotem łańcuchem … trudno. Po połączeniu pętli z Megowcami tradycyjnie – bezustanne dublowanie do samej mety. No i był tam długi, niezły, wąski i stromy zjazd – znów zaszalałem, nie obyło się bez potknięć (kilka razy wpadłem w zbyt głębokie błoto) , Megowcy na całej trasie mnie wzorowo przepuszczali – dzięki wszystkim :) Jedną z pierwszych dublowanych osób był Maks, po chwili na zjeździe wyprzedziłem Asię Jabłczyńską, a następnie Zbyszka. W końcu długi i wymagający podjazd na najwyższy punkt trasy – Górę Borówkową. I w połowie tegoż podjazdu stało się to czego się obawiałem – ubyło mi sił i nie pozostało mi nic innego jak wprowadzanie na ciężkich stromiznach. Na szczęście większość też z buta pokonywała ciężkie podjazdy, więc nie było tak źle. Wreszcie znalazłem się na kulminacji wysokościowej trasy – po tym wiadomo: techniczny zjazd po kamieniach, korzeniach – cóż mam pisać :) Zjechałem tak szybko, nawet paru na tym trudnym zjeździe udało mi się wyprzedzić (w tym Izę) - mknąc po tych nierównościach bacznie wypatrywałem odpowiednich momentów do wyprzedzenia i wykorzystałem to – kolejny poziom zadowolenia :) Nie będę oszukiwał – na tymże zjeździe zaliczyłem niegrożny upadek przez śliski kamień. Po zjechaniu spojrzałem na licznik – coś z dystansem nie gra (na mecie okazało się że giga ma 78 km, a miało być 66 km) … Po ostatnim bufecie (na każdym się zatrzymywałem na ok. 10-15 sekund) kolejny długi podjazd, jak się okazało ciężki, sporo sił mi już ubyło, chwycił mnie lekki skurcz, minuta postoju, i dalej do samego szczytu znów wprowadzałem (inni też) i zacząłem się martwić o … wypracowaną przewagę nad Damianem :) W końcu końcówka – w pewnym momencie po spojrzeniu tabliczki z napisem „5 km do mety” zrobiło mi się lżej :) no tak … po kilku km ujrzałem następny napis: „5 km do mety” :) – po jakimś czasie zrozumiałem że to się nazywa nieobca mi golonkowa niespodzianka na końcówce i rzeczywiście były to niezłe ostatnie kilometry - coś podobnego do XC-u, czyli wąski, błotny przejazd po stromym zboczu zalesionej góry – na tamtejszym stromym zjeździe doznałem kolejnej frajdy z błotnej jazdy :) W końcu nastąpił szybki zjazd do mety najpierw szerokim szutrem, a następnie ulicą wprost na tamtejszy Rynek. Czy zadowolony wpadłem na metę – oczywiście, a najbardziej z frajdy z błotnej jazdy po tamtejszych trudnych odcinkach :)

    96/176 - open GIGA
    34/64 - M3

    Strata do zwycięzcy giga (jak i M3) – 1:59:43
    Damian przyjechał 16 minut za mną – to mnie cieszy, wracam do gry :)
    Rodman i klosiu stracili do mnie odpowiednio: 16 i 32min.
    Arek pokonał mnie aż o 25 min – z Nim już raczej nie mam szans.

    Z osiągniętego wyniku całkiem zadowolony jestem, mimo że przez postępujący ubytek sił i zmęczenie na kilkanaście km przed metą straciłem aż 10 pozycji w open (po analizie ostatniego międzyczasu) … to nic, będę walczył do finału w Istebnej :)

    Po osiągnięciu mety spotkałem się z Jarkiem i jego Agą, poznałem Roberta (Zabel), oraz jeszcze jeden Megowiec, którego dublowałem składał mi gratulacje - był to Marek (Marc) :)
    Kolejka do myjni spora, poszedłem się najpierw przebrać i wróciłem, by zmyć z rowerka masę błota, czekając w kolejce wraz z Maksem i Zbyszkiem pogadaliśmy sobie, oraz spotkałem się z Dorotą i Arturem.

    Na pierwszym długim podjeździe ...
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Błotny zjazd, technika jazdy górą :)
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Tu lepiej widać ilość błota podczas zjeżdżania w dół ...
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Coraz bardziej uwalony JPbike po niezłym zjechaniu z Borówkowej :)
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Pomykanie do mety na końcówce typu XC :)
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Uwaleni bikerzy na mecie. JPbike, Rodman i Damian :)
    MTB Marathon Złoty Stok 2010 © JPbike

    Tej fotki mojego amorka nie trzeba komentować :)
    Reba po zawodach ... © JPbike

    Puls – max 180, średni 152
    Przewyższenie – 2592 m



  • dystans : 84.21 km
  • teren : 78.00 km
  • czas : 05:31 h
  • v średnia : 15.26 km/h
  • v max : 56.23 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Karpacz

    Sobota, 1 maja 2010 • dodano: 02.05.2010 | Komentarze 30


    Maraton w Karkonoszach – główną rolę grała: SUPER TRASA !

    Ten maraton, a właściwie to właśnie trasa kandyduje do jednej z moich najlepszych :)
    Po tym co ostatnio sporo napisali na golonkowym forum na temat zmodyfikowanej trasy na moich ulubionych górskich terenach - wiedziałem że będzie ciekawie i tak było :)

    Do Karpacza zajechałem wraz z dwoma pełnymi humoru Bikestatowiczami – Krzysztofem (Maks) i Zbyszkiem (toadi69) dokładnie o północy, a właściwie do pobliskiej wioski – Ściegny, gdzie mieliśmy zapewniony tani nocleg w … szkole :)
    Pobudka oczywiście wczesna, udaliśmy się o 6:40 na rozgrzewkę do biura zawodów i wróciliśmy na solidne śniadanie. Pochmurno było, karkonoskie szczyty spowite były warstwą chmur. No i jazda na start. Na stadionie poznałem Izę (lemuriza1972), spotkaliśmy się z Jarkiem (Jarekdrogbas) i jego Agą, udałem się do drugiego sektora, który wywalczyłem w Dolsku. W sektorze wypatrywałem Damiana – ustawił się tuż przy linii - właśnie ten facet, po tym że zarówno w Dolsku, jak i w Zgierzu nieźle mu poszło - nie dawał mi spokoju :) Wiedziałem że trzeba będzie cisnąć i wykorzystać swoją przewagę na technicznych odcinkach … :)
    No i start, punktualnie o 10-tej. Pierwsze ponad 4 km tradycyjnie biegły główną asfaltową ulicą do Karpacza Górnego – cisnąłem oczywiście ile fabryka dała, tętno waliło niemal swoje maximum (ponad 180), doszedłem najpierw Mariusza (klosiu), a po chwili … Damiana i oczywiście wyprzedziłem Go :) Po tej asfaltówce zaczął się górski i niemal prawie w całości leśny teren - czyli bezustanna jazda raz do góry, raz w dół :)
    Tyle się działo na tej super, niezwykle trudnej i ułożonej przez znawcę tamtejszych terenów, że trudno mi dokładnie opisać wszystko … :) Skoncentruję się więc na tych ciekawych dla mnie momentach.
    Więc … na jednym z pierwszych, leśnym podjeździe wyprzedził mnie Damian, a chwile później na technicznym, kamienistym zjeździe ja Jego :) gdzieś tam się potknąłem i zaliczyłem JEDYNĄ na całej trasie glebkę, na bok. Momentami tłoku wśród Gigowców nie brakowało, generalnie nie było tak źle. No i zacząłem szaleć właśnie na technicznych zjazdach usianymi masą sporych kamieni, korzeni – moje szaleństwo na tych trudnych odcinkach trwało do samego końca, na widok każdego technicznego zjazdu się … cieszyłem :) Gdzieś, jeszcze przed rozjazdem na dodatkową pętlę giga pojawił się dość stromy podjazd – nieźle mi poszło. Po jakimś czasie wyprzedził mnie Arek – wtedy dotarło do mnie że moja tegoroczna forma jest podobna do zeszłorocznej, a może odrobinę lepsza (zobaczymy):) Damiana za plecami nie widziałem. Z innych ciekawych, przedrozjazdowych odcinków była jazda po … muldach :) Na ok. 30 km nastąpił rozjazd mega/giga – cała dodatkowa pętla w dalszym ciągu niezwykle ciekawie została poprowadzona (raz do góry, raz w dół, czasem stromo) ale i dla mnie zaczęły się drobne problemy … otóż w pewnym momencie podczas redukcji biegu przednia przerzutka nie zadziałała – po spojrzeniu na nią … pękła zewnętrzna blaszka (foto) :( Trudno, zdecydowałem się na ciężką próbę przejechania całej reszty trasy na środkowej tarczy korby (dobrze że przed zawodami zamontowałem kasetę 11-34), na stromych podjazdach ciężko szło, nie brakowało wprowadzania (kołki w SPD-ach znacznie ułatwiały podchodzenie), ale i tak większość rywali też wprowadzała. Drugi problem – skurcze w nogach :( Często próba wjeżdżania na stromy podjazd na twardszym przełożeniu właśnie to powodowała, nie poddałem się, ostatecznie postanowiłem że będę korzystał na ciężkich podjazdach z najmniejszej tarczy korby – by zmienić przełożenie, kosztowało mnie to w sumie kilka, może ze 10 kilkusekundowych postojów. No i zacząłem mieć obawy o to – czy dam radę utrzymać ciężko wypracowaną przewagę nad Damianem – nie udało się :( Po przejechaniu dodatkowej pętli giga, po 60 km zatrzymałem się przy bufecie (na giga było 7 bufetów, skorzystałem z trzech) i właśnie DMK77 mnie dogonił i powolutku, acz systematycznie się oddalał, z powodu obaw o ponowne skurcze nie dałem rady już cisnąc do góry :(
    Wtedy kręciliśmy już z Megowcami i zabawa zaczęła się na nowo, czyli bezustanne dublowanie. Niektórzy na podjazdach odpoczywali, podziwiając widoki :) a po wjechaniu na długi, ciężki i szutrowy podjazd (Droga Chomontowa) na początkowym i stromym fragmencie moim oczom ukazał się widok … grupowego bike walkingu :) Ja oczywiście wjeżdżałem do góry na najwyższy punkt trasy (955m). A na tradycyjnie już technicznym zjeździe z tegoż punktu więcej traciłem, niż zyskałem (wiadomo, tłok Megowców). Końcówka trasy była mi dobrze znana i gdzieś tam, wciąż dublując, rozpoznałem Kingę (karotti). Ostatnie kilometry do mety pokonałem na miarę swoich możliwości, ale bardzo zadowolony z pokonania takiej trudnej, w pełni MTB-owskiej trasy i to niemal bez upadków (oczywiście poza wspomnianą jedyną glebką) :)

    101/244 - open GIGA
    40/87 - M3

    Strata do zwycięzcy open – 1:34:45, M3 – 1:33:14
    Arek i Damian przyjechali odpowiednio 7 i 6 minut przede mną.
    Team BIKEstats (jednoosobowy !) zajmuje 49 miejsce na 99 drużyn – nieźle :)

    Gdyby nie częste skurcze i problem z przerzutką … byłoby lepiej :)
    Ogólnie z osiągniętego wyniku na takiej świetnej i trudnej trasie i do tego przy dużej ilości startujących na giga jestem zadowolony i … czekam już na przyszłoroczny Karpacz :)

    Po maratonie, czekając z Jarkiem w kolejce do myjni poznałem Dototę (czarnaMAMBA), chwilę pogadaliśmy :)
    A po posileniu się makaronem z sosem i Powerade’m pozostało mi czekanie na Zbyszka i Maksa – ten ostatni debiutował na górskim giga i dojechał do mety po … ponad 8 godzinach jazdy :)
    Spotkałem również Przemka i Wojtka.

    Na starcie ... zaraz trzeba będzie cisnąć do góry :)
    Fotka z galerii hobas.team'u
    MTB Marathon Karpacz 2010 © JPbike

    JPbike vs DMK77 - rywalizacja staje się zacięta :)
    MTB Marathon Karpacz 2010 © JPbike

    Pełne skupienie na kamienistym zjeździe
    MTB Matathon Karpacz 2010 © JPbike

    Ostre parcie na górskim terenie, czyli w swoim żywiole :)
    MTB Marathon Karpacz 2010 © JPbike

    No ... tyle się działo że przednia przerzutka nie wytrzymała ...
    No i ... XT padł © JPbike

    Puls – max 182, średni 152
    Przewyższenie – 2646 m



  • dystans : 90.92 km
  • teren : 70.00 km
  • czas : 03:29 h
  • v średnia : 26.10 km/h
  • v max : 51.40 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Dolsk

    Sobota, 10 kwietnia 2010 • dodano: 10.04.2010 | Komentarze 28


    W końcu nadszedł długo oczekiwany czas na rozpoczęcie kolejnego sezonu maratonowego – dla mnie drugiego pełnego. Już po pobudce ogarnął mnie lekki stres przedstartowy, na szczęście minął podczas 60 kilometrowej podróży autem do Dolska. Na miejsce zajechałem o 8-mej, złożyłem rower i po chwili przyjechał Damian, obaj byliśmy w humorach i mocno ciekawi swojej formy, ciężko przepracowanej przez zimę. Oprócz Niego przywitałem się z Mariuszem (klosiu) i Zbyszkiem (toadi69).
    Pogoda nieciekawa, ledwo 10 stopni, raz słońce, raz spore chmury i do tego nieźle wiało z północy, mimo tego odważyłem się założyć krótkie spodenki i bluzę, oczywiście BIKEstatsową :)
    Na godzinę przed startem udałem się na kilkukilometrową rozgrzewkę, i stwierdziłem że końcówka trasy po polnej szosie zrobiła się piaszczysta. Na krótko przed wjazdem do sektora startowego spotkałem debiutanta na giga – Krzysztofa (Maks), przywitałem się z Jarkiem i całym jego teamem, z którym nie raz mam okazję potrenować.
    No i start … paręnaście minut po 10-tej. Pierwszy kilometr to podjazd typowo wielkopolski, znając dobrze trasę początkowo zdecydowałem się do wjazdu na dłuższy asfalt kręcić bez szaleństw … ale i tak musiałem trochę przycisnąć, bo większość Gigowców przez leśną szosę jechała dość szybko, a szczególnie Damian zaczął mi się oddalać :) No, to zwiększyłem tempo, tętno osiągnęło wtedy spore wartości, doszedłem Go, i tak jechałem za Nim do wspomnianego wyjazdu na dłuższe fragmenty asfaltowe. Wspomnę jeszcze że trochę się zdziwiłem że mała pętelka, z którą się już zapoznałem wcześniej, została poprowadzona odwrotnie, niż myślałem, ale i tak tamtędy jechało się fajnie, raz pojawiło się niezłe błotko – Damian zszedł z rowerka, a ja przejechałem :) Po chwili wiadomo – nastąpił w większości asfaltowy, północny odcinek trasy, i do tego wmordewind, w takich warunkach najważniejsza jest jazda w grupie i też tak się stało. Gdzieś tam się troszkę zmartwiłem bo Damian mi odjechał i złapał się na ogon pewnej grupy, a ja doczepiłem się do właśnie utworzonej następnej grupy, i tak przez całą północną pętlę kręciliśmy szybko, wspólnie, wzorowo współpracując :) Dodam jeszcze że był taki moment że przez pewien czas z nami jechali zawodowi szosowcy (oczywiście na góralach) z teamu Mróz … na asfalcie narzucili szalone tempo, nie wytrzymaliśmy i „moja” grupa się rozpadła na dwie części. Damiana już nie było widać … no cóż muszę coś z tym zrobić :D Po ponownym wjechaniu w teren, który od tej chwili prawie w całości prowadził do mety, grupka z którą kręciłem zaczęła się kurczyć. Po 50 km zacząłem dublować tych z dystansu mini. Jadąc przez las, odstępy pomiędzy rywalami zrobiły się spore, co jakiś czas kogoś dochodziłem, jak i mnie inni dochodzili, po wyjechaniu na otwartą polną przestrzeń złapał nas przelotny wmordedeszcz, ścigaliśmy się wtedy po piachu, ciężko było. Po przejechaniu przez wiadukt … niezły podjazd i po tym zjazd. I nareszcie końcówka, sorki, nie dla mnie tylko dla Mini i Megowców – znów tam czołowo wiało, opory jazdy były duże, a piach, po którym się rozgrzewałem stwardniał :) Po 65 km – skręt dla Gigowców na dodatkową rundę – tym razem była to Mini. Wtedy moje tempo jazdy nie było już takie, jakbym chciał, jakoś dawałem radę trzymać się komuś na kole, jak i od czasu do czasu kręciłem sam. Na 70 km nastąpiło połączenie trasy z Megowcami – zaczął się wtedy chaos na trasie, znów zrobiło się trochę tłoczno, starałem się utrzymać swoje tempo i często mi się udawało. Natomiast na 77 km w momencie, gdy wyprzedzałem prawidłowo z lewej strony jednego gościa – nagle inny gość nadjechał z mojej lewej … skutek: zderzyłem się z wyprzedzanym zawodnikiem i zaliczyliśmy glebę … kolejna rana na mojej lewej łydce zaliczona … oprócz tego kierownica z mostkiem się obróciła i pół minuty pitstopu. W tym czasie nadjechał Megowiec Krzysiek (Winq), zwolnił i dałem Mu znak że jest OK. Od tego czasu przestałem już szaleć i średnim tempem zmierzałem w kierunku mety. Po ponownym wyjechaniu na otwartą przestrzeń (przejeżdżaną dwukrotnie) dopadł nas … grad ! A później, na kilka km przed metą ciemne chmury i w końcu deszcz, który w połączeniu z wmordewindem i polną szosą okazał się masakryczny. W końcu już bez wariactw i w deszczu dotarłem do mety. Rower nieźle uwaliłem :)
    Co do bufetów, zatrzymałem się na dwóch – w obu przypadkach po banana, a picia miałem pod dostatkiem, na mecie spojrzałem zawartość bidonów – drugi był prawie pełny :)

    122/201 - open GIGA
    40/68 - M3

    Strata do zwycięzcy giga (jak i M3, czyli Galińskiego) – 00:36:27
    Wynik dla mnie przeciętny, pocieszające jest to, że różnice czasowe były małe.

    Damian przyjechał ponad 12 minut wcześniej ode mnie, Mariusz (klosiu) 4 i pół minuty, również przede mną – no cóż, szczerze napiszę - nie przepadam za płaskimi maratonami, sezon dopiero się zaczął i wiele może się zdarzyć, szczególnie na górskich i technicznych trasach, na które czekam :)
    A Krzysztof (maks) – nie ukończył maratonu, trudno, następnym razem widzę Go na mecie :)
    W bufecie, gdzie serwowali całkiem dobry makaron z sosem, spotkałem również Kingę, oprócz tego niespodziewanie przyjechali moi rodzice :)

    O katastrofie prezydenckiego samolotu dowiedziałem się po zawodach, właśnie od rodziców, a to dlatego, bo jestem niesłyszący, zresztą nie wszyscy czytający mojego bloga o tym wiedzą.

    Z Damianem przed startem, i w swoim nowym BIKEstatsowym stroju :)


    Myk, myk przez las ... :)
    MTB Marathon Dolsk 2010 © JPbike

    Puls – max 178, średni 156



  • dystans : 75.73 km
  • teren : 70.00 km
  • czas : 06:19 h
  • v średnia : 11.99 km/h
  • v max : 60.22 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Krynica Zdrój

    Sobota, 4 lipca 2009 • dodano: 05.07.2009 | Komentarze 10


    Kolejny start w golonkowym cyklu … pełna nazwa tej edycji brzmiała: Krynica Adventure Race – to wypadało wystartować, koniecznie na giga po przygodę :)
    Motywacja była większa bo na te zawody zjechała ekipa Dampersów na górski debiut, czyli Damian i Czarek, oraz wraz z Nimi Arek – więc okazja do porównania formy … :)
    Pobudka o 7-mej, krzątanina śniadaniowo – sprzętowa i po 9-tej i zjechaliśmy z noclegowni na miejsce startu … Damian zaliczył glebę na mokrym asfalcie … W sektorze (trzecim) wszyscy ustawiliśmy się spokojnie i w połowie. Start nastąpił krótko po 10-tej, początkowo kręciliśmy lekko w dół po ulicy, by po chwili skręcić na podjazd (czerwony szlak) … tak jak myślałem – tam zaczęła się powolna selekcja. Zarówno Damiana, Czarka miałem tam w zasięgu wzroku, nie było sensu od razu atakować, zresztą całą trasę już przejechałem (klik1, klik2) :) Na tym pierwszym podjeździe jakoś nie mogłem złapać swojego rytmu … Po chwili wyprzedziłem Czarka, a następnie na pierwszym zjeździe Damiana … i tak już zostało do mety :) Nastapił trudny, błotnisty zjazd, zaszalałem trochę, parę osób wyprzedziłem i gdzieś Arka minąłem. Po chwili okazało się że pętla została skrócona w stosunku do tej co była naszkicowana na mapie (pewnie przez ilość błota – w nocy padało i na dwie godziny przed startem też na krótko spadł deszcz). Po zjeździe nastąpił początek długiego podjazdu na najwyższy punkt trasy: Jaworzynę (1114m). Arek mnie tam wyprzedził. Na tym podjeździe złapałem swój rytm i bez większego zmęczenia wjechałem na szczyt. Potem krótki zjazd do krzyżówki czerwonego z niebieskim i zaczął się długi, leśny zjazd, najpierw spoczko, a następnie … mega błotnisty, koła zapadały na 10 cm głębokości … o dziwo nieźle tam mi poszło i kilku na takiej trudnej nawierzchni wyprzedziłem. Po chwili był krótki, acz stromy podjazd i pojawił się żółty szlak, który biegł przez górne patrie … gdzieś tam na krótkim zjeździe znów Arka wyprzedziłem. W momencie, gdzie zaczynał się zjazd do Krynicy – pętla giga łączyła się z … mini i zacząłem ostre dublowanie Mini-owców. I stało się coś na szczęście niegroźnego - na zjeździe wpadłem w koleinę i lot przez kierownicę (chyba przy 35 km/h), wylądowałem wprost twarzą w błoto, na moim nosie pojawiła się ryska :) Po chwili jeszcze jedną błotną glebkę zaliczyłem. Po zjechaniu do Krynicy nastąpił początek kolejnego podjazdu biegnącego żółtym szlakiem na 864 metrowy szczyt (Huzary), gdzie znajduje się rozjazd giga, mega i mini. Zanim tam dotarłem (błotniście oczywiście), zaczęły się problemy z klejącym się do najmniejszej zębatki korby łańcuchem, nauczony doświadczeniem ze Szczawnicy, zabrałem ze sobą smar – w sumie trzykrotnie na całej trasie powtarzałem tą czynność … Podczas króciutkiego postoju i pierwszego smarowania znów (i po raz ostatni) Arek mnie wyprzedził. Techniczny zjazd do Tylicza pokonałem bez szaleństw. Jadąc przez Tylicz asfaltem uformowała się pięcioosobowa grupka i tak zajechaliśmy do skrętu na drogę z betonowych płyt. Natomiast szutrową drogę, po której była masa przejazdów przez strumyki (w tym jeden o głębokości ponad suport) pokonywaliśmy w pojedynkę – wszyscy swoim tempem. Przed kulminacją kolejnego podjazdu (pobliże Ostrego Wierchu, 938m) nastąpiła niesamowita, kamienista stromizna i wszyscy wprowadzali tam swoje rumaki. Ja niosłem swojego na plecach :) Kolejny techniczny zjazd - bez szarżowania pokonałem i dotarłem do wschodniego krańca całej trasy. Wtedy zacząłem powoli czuć, że ubywa mi sił. Dobrze, że na giga były cztery bufety – na każdym się zatrzymywałem i wcinałem coś, co się dało. Kolejny długi podjazd biegnący czerwonym szlakiem pokonywałem już wolnym tempem, byle by mi starczyło mocy na osiągnięcie mety na przyzwoitym wyniku. Po wjechaniu pojawił się długi zjazd, szeroki i szutrowy – zjechałem prawie bez kręcenia korbą. I znalazłem się w Izbach wraz z innym Dampersem (Łukaszem), który mi przez jakiś czas towarzyszył. Znów podjazd – tym razem kamienisty i tradycyjnie już błotnisty, w górnej części tegoż podjazdu przez błoto, które powodowało ciągły uślizg tylnego koła – wprowadzałem bika. Po zjeździe bez szaleństw do Mochnaczki Niżnej kolejny podjazd, asfaltowy i dość stromy. Potem skręt na żółty szlak – ten sam, biegnący do miejsca rozjazdu. Po wjechaniu na szczyt - zjazd w kierunku Góry Parkowej. Ja, przywyknięty do tych golonkowych końcówek spodziewałem się kolejnych niespodzianek – i też tak się stało :)
    Organizator urządził tam niezłą pętelkę typu XC, a ja w nogach miałem tyle długich wspinaczek i jechałem już na resztkach sił. Właśnie na stokach Góry Parkowej sporo ze mną się działo - pierwszy tamtejszy bardzo stromy zjeżdzik zjechałem bez problemów, następnie był podjazd po torze saneczkowym – znów przez błotko i zmęczenie fragment wprowadzałem, i wreszcie zjazd do mety, na niesamowicie stromym, trawiastym i śliskim downhillu wyskoczyła mi z mocowania do ramy linka tylnego hamulca … i od razu efektowne OTB :) Po chwili jeszcze trzy wywrotki zaliczyłem – bilans: kolejne rysy na nogach i łokciach. W końcu osiągnąłem metę :)
    Po mecie chwilę odpocząłem, udałem się na spotkanie z Karoliną i Darkiem – Oni widząc mnie i mój rower totalnie uwalonych byli pod giga wrażeniem :)
    Po tradycyjnym, serwowanym przez organizatora makaronie to już jazda do noclegowni i mycie rowerów z masy błota.

    83/142 - open GIGA
    28/54 - M3

    Wynik dla mnie całkiem przyzwoity i prawie identyczny jak w Szczawnicy :)
    Podsumowując – dla mnie był to jak do tej pory najcięższy giga maraton, tyle długich podjazdów, masa błota, dużo technicznych zjazdów …
    Jednym zdaniem: na całej trasie wszystko było, by w pełni poczuć się prawdziwym MTB-owcem :)

    Sektor trzeci, luzik w oczekiwaniu na start


    Na jednym z pierwszych zjazdów - jak widać korzennym :)


    To już w górnych patriach w drodze na Jaworzynkę ...


    Impresja zjazdowa :)


    Damian, Arek, Ja i Czarek twardziele po zawodach :)




  • dystans : 71.54 km
  • teren : 68.00 km
  • czas : 05:48 h
  • v średnia : 12.33 km/h
  • v max : 60.43 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Szczawnica

    Sobota, 30 maja 2009 • dodano: 30.05.2009 | Komentarze 21


    Moje pierwsze w pełni górskie GIGA i zwieńczenie wspaniałego tygodniowego urlopu w Szczawnicy :)

    Dzień przed maratonem nie jeździłem, wyczyściłem bika, założyłem oponki z klockami. Pobudka o 6:30, solidne śniadanko i poszedłem zamocować numerek startowy. Wyruszyłem z noclegowni po 8 i udałem się na rozgrzewkę do Jaworek, troszkę zimno było o tej porze. Na miejsce startu zjawiłem się o 9:30, strasznie błotniście tam było. Pogoda zaczęła się poprawiać, słońce też od czasu do czasu wychodziło zza chmur. W sektorze (trzecim) ustawiłem się bez pośpiechu i gdzieś w połowie. Ruszyliśmy o 10, wszyscy Gigowcy bez szaleństw kręcili pierwsze kilometry po szczawnickiej ulicy. No i skręciliśmy na długi, szeroki i szutrowy podjazd o znośnym nachyleniu prowadzący w okolice Przechyby (1175m) i wtedy zaczęła się powolna selekcja, każdy jechał swoim tempem. A Ja ? oczywiście brnąłem do góry, kręciłem tak, jak mogłem, niewielu udało mi się wyprzedzić, jak i mnie też raptem kilku wyprzedziło, spoczko, bo to moje pierwsze górskie giga. Po 7 km zaczęło się robić błotniście i … leżał śnieg. Po 11 km następuje pierwszy, dość krótki zjazd, przez coraz większą ilość błota i śniegu zaczęło mi zarzucać, zjeżdżałem ostrożnie by nie wpaść w błotne koleiny. Później do 21 kilometra trasy, gdzie był pierwszy bufet to seria kilku średniej długości niezłych podjazdo-zjazdów, ciężko się kręciło po miękkim błotku i byłem już solidnie uwalony, zdjąłem i schowałem przezroczyste okularki, które zbyt szybko parowały na podjazdach a na zjazdach chlap, chlap. Przy bufecie chwyciłem tylko Powerade i jazda, wtedy łańcuch zaczął się stopniowo zaciągać na młynku, na szczęście nie było aż tak źle. Na kolejnym długim podjeździe stwierdziłem, że klocki hamulcowe niesamowicie szybko się ścierały, napiąłem linki, nie zsiadając z rowerka. Ciekawie, czy dotrwają do końca trasy … Na około 28 km nastąpił rozjazd mega/giga (skręt na czerwony szlak pieszy), potem kamienisty i już tradycyjnie błotnisty podjazd, a dokładnie na 30 kilometrze wpadłem w koleinę i zaliczyłem glebę całym prawym bokiem w błotną kałużę, zażywając kąpieli, przynajmniej część potu zmyłem :) Po chwili trzeba było wnosić rowerki na plecach, jakieś 200 metrów do góry po wielkich kamieniach, nie pisząc już o ilości błota. Gdy pojawił się przejezdny odcinek, strasznie wysoko było, nastąpił skręt z czerwonego na niebieski szlak, który już znałem dzięki wypadzie z GraLo. Ten wąski, kamienisty zjazd zaczął się robić arcytrudny, arcytechniczny, błotko i spływająca woda spowodowały że kilkukilometrowy bardzo stromy zjazd zamienił się w błotną ślizgawkę. Co się ze mną działo ? :) Ilość zsiadania przekroczyła ze 10 razy, kilka potknięć, kolano znowu obtarłem, zaliczyłem niegroźne OTB w krzaki, klocki hamulcowe szybko kończyły swój żywot. Słowem: masakra, ale przeżyłem i jestem bogatszy o kolejne doświadczenie :) Wspomnę jeszcze, że na tym zjeździe wyprzedziły mnie dwie bikerki, w tym Justyna Frączek, którą miałem okazję jeszcze kilka razy spotkać na trasie, ale po kolei. Następnie to już szybki szutrowo-asfaltowy zjazd do Rytra (najniższy punkt trasy) i tam nagle nawrót i początek najdłuższego podjazdu na całej giga trasie, ponad 11 km non stop do góry w okolice Wielkiego Rogacza (1182m). Zanim procenty nachylenia zaczęły rosnąć, po 40 km pojawił się drugi bufet, zatrzymałem się na banana, ciastka, i Powerade, stała tam wspomniana Justyna, polewała wodą mocno rozgrzane tarcze. Ten długi, szeroki i szutrowy podjazd okazał się najcięższym na całej trasie, w większości dało się jechać na najmniejszej tarczy korby. Oczywiście wjechałem, nawet trzech bikerów dogoniłem i wyprzedziłem. Niestety tuż przy szczycie znów był koszmarny i bardzo stromy podjazd, więc wszyscy, wraz ze mną wprowadzali swoje rumaki. W końcu znalazłem się ponownie bardzo wysoko, pięknie widać było stamtąd Tatry, słowem: arcywidokowo :) No dobra, wróćmy do ścigania – po 55 km pętla giga łączyła się ponownie z mega i zaczęło się dublowanie wolniejszych Megowców, którzy startowali godzinę później od Gigowców. Nastąpił dość długi i kamienisty zjazd w większości biegnący przez otwartą przestrzeń, dość szybko zjechałem, choć z obawami o zużyte okładziny, czułem wtedy swąd palonych klocków, a klamki już prawie dotykały chwytów. I tak zjechałem tak do Jaworek, gdzie się rankiem rozgrzewałem. Na 60 km ostatni bufet, też postój zaliczyłem i wciąłem banana, rodzynki i picie, znów tam spotkałem Justynę i ponownie polewającą wodą tarcze hamulcowe – musiała dać niezły wycisk na zjazdach. Nie pamiętam już gdzie mnie znów wyprzedziła, pewnie dużo miałem wrażeń :) Zaraz za tym ostatnim bufecie nastąpił dość stromy drobno kamienisty solidny podjazd, na dwóch ostrych stromiznach niestety po raz kolejny zsiadłem z rowerka i tak większość taszczyła swoje maszyny do góry, aż do polany za schroniskiem „Pod Durbaszką” (850m). Od tamtej chwili już tylko szybki zjazd (v max) po polanie wprost do Szczawnicy. Oj, to nie koniec, pojawił się stromy zjazd, po którym płynął błotny strumyk – tam zaliczyłem ostatnią glebę i po raz ostatni wyprzedziła mnie Justyna (uśmiechnęliśmy się nawzajem) :) Po zjechaniu do Szczawnicy kolejna niespodzianka – naprawdę ostatni podjazd po spływającym błocie, jedynym sposobem na wjechanie było pchanie. Nareszcie ostatni zjazd, znów zaskoczenie bo biegł po stromej nartostradzie, a ja już prawie kompletnie bez hamulców, uff, zjechałem :) Na koniec, tuż przed metą ostatnia przeprawa – czyli przejazd przez szeroki na ok. 15 m Grajcarek (górski potok) o głębokości ponad suport, fajnie :) I w końcu wpadłem na błotnistą metę nieźle uwalony i już bez hamulców.
    Pokonana suma podjazdów: 2655 m !

    87/155 – open GIGA
    32/60 – M3

    Co do zadowolenia z pierwszego górskiego Giga – najbardziej mnie cieszy ukończenie takiej arcytrudnej (średnia mówi sama za siebie), błotnej przeprawy przez góry Beskidu Sądeckiego. A wynik to sprawa drugorzędna, ale i tak biorąc pod uwagę ilość zsiadania, pchania, zaliczonych gleb, potknięć ... to zadowolony jestem :)

    Podczas porannej rozgrzewki ...


    Czyściutki mój rowerek :)


    Błotnista strefa startu i mety


    To właśnie ta opisana przeprawa przez potok tuż przed metą


    Na pierwszych kilometrach po starcie wzdłuż Grajcarka


    Nawet z pozoru takie niewielkie błoto sprawiało trudności w manewrowaniu


    Błotny problemik z zaciągającym się łańcuchem na rozjeździe mega/giga
    Nooo ... i troszkę śniegu widać !


    Na ostatnim długim i stromym podjeździe ... arcywidokowym :)


    Latać i lądować na rowerku też potrafię ... i lubię :)))


    Super impresja aerodynamicznej pozycji mountainbikera i z Tartami w tle :)


    Po zawodach. Widok ścigacza z przodu ...


    ... i od tyłu :)




  • dystans : 46.39 km
  • teren : 40.00 km
  • czas : 02:45 h
  • v średnia : 16.87 km/h
  • v max : 59.68 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Karpacz

    Piątek, 1 maja 2009 • dodano: 03.05.2009 | Komentarze 11


    Nadszedł w końcu oczekiwany przeze mnie czas na prawdziwie górski maraton. Wyjechałem z domu o 5-tej i zajechałem do Karpacza o 9-tej. Po zaparkowaniu auta poszedłem na miejsce zawodów sprawdzić klasyfikację sektorową – znalazłem siebie w drugim sektorze (z trzech) więc będę startował bliziutko czołówki – pierwszy raz w wyższym sektorze :) Poza tym zauważyłem sporą kolejkę na zapisy – większość właśnie tutaj zaczynała golonkowy cykl i z powodu zbyt dużej kolejki start dystansu Giga opóźnił się o 30 min. Kręcąc się po stadionie (świetne miejsce startu) jeszcze w cywilnym stroju dostałem smsika od Jarka typu: gdzie jesteś ... napotkałem Go rozgrzewającego się na ulicy, gdy wracałem do auta się przebrać i po swojego wyścigowego górala. Po wskoczeniu w kolarskie ciuszki wraz z Jarkiem pokręciłem się rozgrzać kilka km typu: podjeździk – zjazd – podjazd. Piękna słoneczna pogoda panowała, kilkanaście stopni Celsjusza, a w noc poprzedzającą dzień maratonu w Karpaczu troszkę napadało – ciekawiło mnie to czy trasa będzie błotnista ... Zjawiło się około 820 zawodniczek i zawodników. Po ustawieniu się w drugim sektorze stanąłem przy samej linii - nie było tam zbyt wielu, raptem kilkadziesiąt – a pierwszy sektor przez długi czas tkwił pusty – gdzie się podziali liderzy ? W końcu się pojawili – było ich znacznie mniej, niż nas. A trzeci sektor, gdzie tkwił widoczny na pierwszym planie Jarek zdawał się nie mieć końca. Nooo i ... START – wszystkie sektory wystartowały wspólnie (oczywiście odpowiednio poustawiane) i zaczął się doskonale mi znany ponad pięciokilometrowy asfaltowy podjazd do Karpacza Górnego – czołówka odjechała, a mi szło do góry raczej przeciętnie, niezbyt dużo traciłem – widocznie ciągle mi za mało górskiego kręcenia ... ostatni raz jeździłem w górach podczas wrześniowego bikemaratonu u Grabka, zresztą mi, na co dzień ciężko pracującemu fizycznie facetowi niełatwo znaleźć czas na górskie treningi ...
    Gdy skończył się asfalt to nastąpił trudny technicznie zjazd, było tłoczno, ciasno, ciężko o wyprzedzanie, raz wznieciliśmy wielką tymanę kurzu – przez chwilę prawie nic nie widziałem ... emocje rosły do pewnej chwili – a mianowicie po przejechaniu ok. 9 km na bardzo kamienistym zjeździe chciałem paru zawodników wyprzedzić – zjechałem na prawo i nagle widzę wystające spod ziemi 20 cm kamienie, próbowałem je przeskoczyć, nic z tego i niezła GLEBA przy ok. 30-35 km/h, gdy upadłem to jeszcze jeden zawodnik o mnie się potknął, szybko się pozbierał i uciekł, a ja wstałem i sprawdziłem szkody: obtarte lewe kolano, lekkie ranki na nodze i lewym łokciu – a rower cały, oprócz przesuniętego pionowo do góry lewego rogu na kierownicy ... Kręciłem dalej, próbując przez 2 km w czasie jazdy przesunąć do właściwej pozycji lewy róg – nie dało się i zatrzymałem się na kamienistym podjeździe, sięgnąłem do kieszonki po imbusa i po 30 sekundach własnego pit stopu pojechałem dalej. Trochę już straciłem, ale co tam, nie poddawałem się. Rana na kolanie zaczęła szczypać – zrezygnowałem wtedy z wycisku i od tej chwili cel był jeden – dojechać do mety najlepiej, jak się da. W dalszym ciągu na trasie czyhały przeróżne techniczne odcinki – cała masa sporych kamieni, sporo trzęsło kierownicą, seria stromych podjazdo - zjazdów, czasem niesamowicie stromych, no takich że nieraz trzeba było pchać rowerki, a najbardziej mi utknęły w pamięci te trudne, kamieniste zjazdy – łatwo było wtedy o wywrotkę przez przednie koło. Były również przeprawy przez strumyki – tam właśnie leżało najwięcej błotka, zaraz za jednym potokiem zaliczyłem glebę – znów przez duże kamienie, bilans: prawa ręka zażyła kąpieli w czarnym błocie :) Na pierwszych dwóch bufetach zatrzymywałem się – w obu przypadkach brałem pół banana i dwa kubki: z Powerade i z wodą – tym z wodą polewałem ranę na kolanie, a na trzecim bufecie, już bez postoju i tylko kubek z wodą – pół łyka i resztę na ranę. Zaraz za ostatnim bufecie (po 33 km) zaczął się najdłuższy podjazd tegoż maratonu – dobrze mi znaną Drogą Chomontową na najwyższy punkt trasy (955 m) – cały czas ledwo 10 km/h ... udało mi się kilku wyprzedzić na tym ciężkim podjeździe. Po dość długim, szybkim i kamienistym zjeździe z tegoż punktu podążałem już bez większych szaleństw do mety, gdzie tuż przy stadionie zamiast prosto zjechać trzeba było przejechać po trawniku kilka ostrych zakrętów typu XC ...
    Po przekroczeniu mety chwilkę odpocząłem i udałem się do ambulansu – zmyli mi ranę na kolanie, poszedłem zjeść makaron z sosem chyba pomidorowym – całkiem mi smakował.
    Po jakimś czasie spotkałem się z Jarkiem i jego dziewczyną, pozamienialiśmy się wrażeniami z maratonu – Jarek zajął trzecie miejsce w swojej kat. M2 na dystansie Mini (4-te w open) – wielkie gratulacje !!!

    I jeszcze coś odnośnie całej trasy – facet (znawca karkonoskich terenów), który układał tą trasę doskonale wiedział co robi – spore podjazdy, masa przeróżnej wielkości kamieni, ostre zjazdy pełne kolein, korzeni, kamieni, przeprawy przez górskie strumyki – zupełnie jak na wzór esencji maratonów MTB. Ci którzy przejechali po raz pierwszy taką trudną trasę mieli okazję w pełni poczuć się prawdziwym zawodnikiem MTB-u – mnie również to cieszy

    110/531 – open MEGA
    31/176 – M3

    Co tu pisać na temat moich wyników – jak na trudną górską trasę, jazdę przez większość trasy z obtartym kolanem, postojem serwisowym … jestem MEGA zadowolony :)))

    Stadion sportowy w Karpaczu – miejsce startu i mety


    Za chwilę wybieramy się na swoje sektory startowe


    Podczas pierwszego zjazdu ... tuż przed wspomnianą glebą


    Na długim podjeździe na Drodze Chomontowej


    Dawaj JPbike !!! :)


    Widać moje obtarte kolano ...


    Na ostatnim długim zjeździe


    Ostatni podjazd na kilkaset metrów przed metą


    Moje obtarte kolano po wizycie w przymaratonowym ambulansie, wcześniej wyglądało gorzej


    Pamiątkowa fotka z Andrzejem Kaiserem :)


    Już po dekoracji ... Jarek z medalem :)


    Puls – max … 210 ? (pulsometr coś nawalił), średni 159