top2011

avatar

Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski.
Info o mnie.

- przejechane: 173200.92 km
- w tym teren: 62891.10 km
- teren procentowo: 36.31 %
- v średnia: 22.72 km/h
- czas: 315d 21h 19m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156

Zrowerowane gminy



Archiwum 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

Wpisy archiwalne w kategorii

Etapówki MTB

Dystans całkowity:1506.53 km (w terenie 1269.00 km; 84.23%)
Czas w ruchu:108:05
Średnia prędkość:13.94 km/h
Maksymalna prędkość:71.39 km/h
Suma podjazdów:45699 m
Maks. tętno maksymalne:179 (102 %)
Maks. tętno średnie:166 (94 %)
Liczba aktywności:27
Średnio na aktywność:55.80 km i 4h 00m
Więcej statystyk
  • dystans : 59.59 km
  • teren : 40.00 km
  • czas : 04:20 h
  • v średnia : 13.75 km/h
  • v max : 71.39 km/h
  • hr max : 171 bpm, 97%
  • hr avg : 149 bpm, 85%
  • podjazdy : 2410 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 2

    Piątek, 7 sierpnia 2020 • dodano: 12.08.2020 | Komentarze 2


    Po pobudce zaglądam zza okna - mgliste klimaty, które jednak z każdą minutą zaczynały znikać na rzecz słonecznej i upalnej pogody w Gorcach - w takich właśnie warunkach przyszło nam ścigać podczas drugiego dnia zmagań.
    Wspólny start dwóch dystansów (HARD i HELL) mieliśmy o 11-tej. Mając zapas czasu, spokojnie mogłem się ogarnąć do startu. Od tego etapu dostajemy lokalizatory gps - dzięki temu w internecie można było nas śledzić na żywo.
    Rozgrzewka krótka, bo tylko 4 km. No i poszli. Na początek ze 4 km lekki zjazd główną ulicą w Ochotnicy Dolnej - prędkości peletonu przekraczały ponad 50 km/h, u mnie przy kadencji max 129 rpm :)
    No i wpadamy w ciężki podjazdowy teren z dodatkiem betonowych płyt, błotka i kamieni - od razu solidne tasowanko i każdy z nas ląduje w swoim miejscu. Powolne przebijanie się do przodu idzie mi sprawnie, chociaż chciałoby się więcej, ale o siły na pozostałe etapy trzeba dbać. Pierwszy techniczny zjazd z błotkiem, strumyczkiem, kamieniami i koleinami zlatuje spoko, tasuję się z Anią Tomicą (wczoraj na uphillu była szybsza ode mnie o minutę). No i przekraczamy szeroki i piękny Dunajec, by po pokonaniu płaskiego asfaltowego odcinka wzdłuż rzeki (Ania z paroma gośćmi mnie tam załatwiła i dalej już jej nie dogoniłem) rozpocząć długi i konkretny podjazd na Koziarz (943m), gdzie znajduje się tytułowa wieża widokowa. Nie powiem jak na tym podjeździe było ciężko, nierzadko nachylenie sięgało 20% (!), do tego niełatwy teren, chociaż dość szeroki nie ułatwiał sprawy, mimo tego udaje mi się wyprzedzić ze 3 osoby, z którymi później przez spory czas się tasowaliśmy. Pierwsze butowania zaliczone - a to przez błotko, przydałby się oponki z klockami, bo moje Maxxisy Ikony buksowały. Po dokręceniu na szczyt (właściwie tuż obok) czas na długi zjazd, z elementami techniki MTB. Ów zjazd nie był w całości, bo poprzeplatany krótkimi podjeżdzikami i superszybkimi odcinkami po betonowej nawierzchni poprowadzonymi po grzbiecie i te super widoczki :)
    Kręcąc tędy nie wiedzieć czemu utworzyła się chyba 8 osobowa grupka - okazało się że wydawało im się że pogubili trasę, do tego spotykam Łukasza (nie miał dnia). Na trudnym zjeździe z masą kamieni grupka szybko się rozpadła, ja uciekłem im (technika, technika).
    Po zjechaniu ponownie pomykamy asfaltówką wzdłuż Dunajca z zaliczeniem bufetu i ponownym przekroczeniu rzeki. Po tym czas na kolejny długi i ciężki podjazd - kolejno asfalt, płyty i gorczański teren (widoczki, widoczki). Jedzie mi się pod górę całkiem, całkiem i tasuję się z dwoma wspomnianymi wcześniej gośćmi, wyprzedza nas lider królewskigo dystansu (Damian Bartoszek), ponoć miał defekt. Zaczynamy stopniowo wyprzedzać ostatnich zawodników z najkrótszego dystansu (FUN). W górnych partiach owego podjazdu zaczynam czuć pierwsze objawy narastającego zmęczenia, żele od Unit dają radę. Od tego momentu jadę już sam - jak się okazało, trwało to do samej mety. Techniczny zjazd do Ochotnicy Dolnej zlatuje sprawnie, trochę asfalcika, w miasteczku zawodów przekraczam matę, będącą zarazem metą dystansu HARD (w wynikach byłbym 16 open i 4 M4) i... przegapiam skręt na rundę HELL, zlatuje tak ze minutka, zaliczam bufet na zatankowanie i jazda pokonać ostatni odcinek z dwoma podjazdami. Na pierwszym (max 21%), w pełnym słońcu i 32°C trochę butuję, trochę jadę, no i udaje się dostrzec przede mną 2 osoby. Krótki zjazd i zaczynam ostatni i długi podjazd, początkowo po asfalcie, by następnie ponownie wpaść na wymagający gorczański teren. Ów podjazd do była potworna masakra, zmęczenie u mnie spore, nachylenie znów dochodziło do 20%, kilka butowań i sekundowych postojów na złapanie oddechu zaliczone. Jednego gościa (też walczył ze zmęczeniem i butował) prawie udaje mi się dojść. Po osiągnięciu 936m skręcamy na zjazd, szeroki i z dodatkiem kolein i błotka. Wspomniany gość zwiał mi w dół. Z profilu trasy pamiętałem że jakieś tam podjeżdziki jeszcze będą i były - jedne ciężkie, inne lżejsze, do tego znów te widoczki i fajna jazda po grzbiecie. No i łapie mnie skurcz mięśnia dwugłowego uda na stromym podjeździku. W końcu ostatni zjazd, porządny i techniczny, z masą kamieni, wpadam na asfalcik i tak już spoczko docieram do mety. W sumie ten etap to dla mnie było piekło podjazdowe.

    20/48 - open HELL
    7/19 - M4

    Strata do zwycięzcy open (Łukasz Klimaszewski) - 58:33 min, do M4 (Szymon Zacharski) - 40:49 min
    Generalka open - awans z 27 na 21 miejsce, w M4 - awans z 12 na 8 miejsce

    Technika zjazdowa (1)
    Technika zjazdowa (1) © JPbike

    Technika zjazdowa (2)
    Technika zjazdowa (2) © JPbike





  • dystans : 6.86 km
  • teren : 6.00 km
  • czas : 00:38 h
  • v średnia : 10.83 km/h
  • v max : 38.09 km/h
  • hr max : 179 bpm, 102%
  • hr avg : 166 bpm, 94%
  • podjazdy : 514 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 1

    Czwartek, 6 sierpnia 2020 • dodano: 10.08.2020 | Komentarze 2


    W tym sezonie jak wszyscy wiedzą - przez jakąś pandemię porobiło się z organizacją etapówek, jedni przełożyli na przyszły sezon, inni zmienili tegoroczne terminy. Na tytułową i czterodniową etapówkę MTB rozgrywaną w sercu pięknych Gorców zapisałem się jeszcze w zeszłym roku. Pierwotnie owa etapówka miała być rozegrana pod koniec maja - ostatecznie udało się zorganizować w pierwszej połowie sierpnia - idealnie by wpasować w mój wakacyjny urlop.

    Po dotarciu do Ochotnicy Dolnej by odebrać pakiet startowy - trzeba było przejść przez reżim sanitarny - prócz maseczek mierzyli temperaturę i wypełnialiśmy pismo związane z covidem.

    Pierwszy etap najdłuższego dystansu (HELL) to niespełna 7 km czasówka podjazdowa prowadząca na szczyt Magurki (1108m). Mój start zaplanowali na godz. 15:29 (co minutę puszczali nas), czyli najpóźniej w mej dotychczasowej karierze wyścigowej :)

    No to luz, panowała piękna słoneczna pogoda i po 14-tej ruszam na rozgrzewkę, na „lekki“ asfaltowy podjazd po jakimś czasie zauważyłem że tętno moje jest dość wysokie, do tego z przedniego koła zaczyna ubywać ciśnienia, a przedwczoraj dolewałem mleczka...
    Na szczęście, do wozu technicznego mam w dół i udaje mi się dotrzeć bez prowadzenia roweru. Od razu decyduję się na założenie dętki - trochę nerwów było, szybko się pobrudziłem mleczkiem, do tego okazuje się że wentyl jest wykrzywiony, a działo się to na niespełna pół godziny przed moim startem. Uff, w końcu udało się i można startować.
    Przed startem spotykam paru znajomych i nastała moja godzina startu. Jakoś na luzie ruszyłem, bo wiem że właściwe ściganie będzie od jutra. Na początek ze 600m asfaltu i wpadam w ciężki podjazdowy teren z porządnym nachyleniem dochodzącym do 20%, do tego po trawie. Jest ciężko, tętno moje wysokie, ale jakoś daję radę. Po chwili trasa biegnie szutrami przez dający miły cień gorczański las z co jakiś czas pojawiającymi się polankami i super widoczkami. Po ujechaniu ze 3.5 km dochodzę jednego z wcześniej startujących gości, a drugiego mam w zasięgu wzroku (nie dogoniłem go), natomiast za mną na razie nie widzę nikogo, czyli jest spoko. Trasa nadal jest ciężka podjazdowo, na fragmencie z luźnymi kamieniami potykam się i muszę zbutować, zresztą większość też tak miała. Doszedł mnie zdobywca 3 miejsca M4, a ja wyprzedzam z kolei trzeciego gościa. Kilka krótkich odcinków z wypłaszczeniami też się trafiało - można było odsapnąć. No i końcówka, kilka błotnych kałuż, wjeżdżamy na ponad 1000m po półpłaskim odcinku i jest meta tuż przy wieży widokowej na szczycie - byłem tam 2 lata temu.
    Całkiem udany uphill zaliczony, chociaż czułem że czegoś mi brakło by jechać na 100% swoich możliwości podjazdowych.

    27/55 - open HELL
    12/23 - M4

    Strata do zwycięzcy open, jak i M4 (Damian Bartoszek) - 9 min i 20 sek
    W stawce rywali z M4 jest ciasno - zapowiada się ciekawa walka ... :)

    Dajesz, dajesz, dajesz !!!
    Dajesz, dajesz, dajesz !!! © JPbike

    Ostatnie metry podjazdu. Pięknie tam w górach :)
    Ostatnie metry podjazdu. Pięknie tam w górach :) © JPbike

    Widoczek z wieży Magurki
    Widoczek z wieży Magurki © JPbike





  • dystans : 56.73 km
  • teren : 50.00 km
  • czas : 03:51 h
  • v średnia : 14.74 km/h
  • v max : 49.53 km/h
  • podjazdy : 2143 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Sudety MTB Challenge - etap 5

    Piątek, 2 sierpnia 2019 • dodano: 12.08.2019 | Komentarze 5


    Głuszyca - Łomnica "Nitro"

    No i nadszedł finałowy dzień pięciodniowej etapówki. Zatem pobudka, śniadanie i z dobrym samopoczuciem ruszam na parokilomertową rozgrzewkę, po tym czas na start ostatniego etapu, ponownie ze stadionu w Głuszycy.
    Po wystartowaniu mamy parokiometrowy łagodny asfaltowy podjazd - jadąc tędy stopniowo się rozkręcam i też stopniowo się przebijam do przodu, by po wjechaniu w teren i osiągnięciu granicznego zielonego szlaku (raz do góry, raz w dól) rozpocząć jazdę w swojej części stawki, ale okazuje się że jedzie mi się dość dobrze i w dalszym ciągu kogoś doganiam i wyprzedzam, zresztą na ten etap zabrałem aż 6 żeli Unit i pilnowałem siebie by w odpowiednim czasie je spożywać. Był tam dość długi super singiel po stromym zboczu i z bardzo stromą ścianą zjazdową - zaszalałem tam i kilka pozycji wyżej zdobyte. Po zjechaniu czas na podjazd (pokonany sprawnie) w stronę ruin zamku Rogowiec - głównie szeroki szuter. Po tym również szeroki i bardzo szybki zjazd do asfaltu w Rybnicy i kolejny podjazd, na którym stwierdzam że tegoż dnia jestem w dobrej dyspozycji, bo ciągle kogoś doganiam i wyprzedzam. Po podjechaniu i zjechaniu kawałka wpadamy na najlepszy odcinek całej trasy - długi singiel poprowadzony też po stromym zboczu (Rybnicki Grzbiet) - ponoć na majówce też tędy kręciłem z micorem, tyle że w przeciwnym kierunku. Ależ to była frajda MTB, ale i trzeba było się nieźle skupiać na tym krętym odcinku, by nie spaść w przepaść. Po zjechaniu pitstopik na zatankowanie i kolejna długa jazda pod górę, najpierw asfalcikiem przez Grzmiącą, po czym terenem - dogoniłem paroosobową grupkę i pocisnąłem dalej sam. Od czasu do czasu kontrolując sytuację za mną - pewien dobrze podjeżdżający, ale słabo zjeżdżający Czech mocno mnie naciskał na utrzymanie mocnego tempa. Trochę techniczny zjazd i wpadamy na podjazd na najwyższy punkt trasy - toczyłem tędy podjazdowy bój z wspomnianym Czechem - prawie do samego szczytu udało się wjechać przed nim i jeszcze dogoniłem 2 gości jadących w parze, ale i tak ów wysiłek sporo mnie musiał kosztować. Pora na stromy i arcytechniczny zjazd z ostrymi zakrętasami - dupa za siodełko, początkowy fragment zjeżdżam, po czym luźna kamienista nawierzchnia powoduje że zaliczam pełno uślizgów, jedną glebkę i resztę tego hardcora schodzę. Na dole bufet i czas na ostatni podjazd - jedzie mi się już ciężej, tracę kilka pozycji. Docieramy do powtarzalnego z początku trasy - fajnego singla po stromym zboczu ze stromą ścianą zjazdową - sprawnie pokonaną. Na koniec już tylko szybki asfaltowy myk w stronę mety, nie cisnąłem w trupa, bo znam doskonale moje miejsce w stawce, pozwoliłem się wyprzedzić zwycięskiej parze mixowej (z Nowej Zelandii), po czym z radochą wjeżdżam na końcową kreskę. Moja trzecia w karierze etapówka MTB ukończona :)

    34/121 - open solo
    8/35 - M3

    Tegoż dnia wypadłem najlepiej wynikowo, w generalce 40-latków uplasowałem się na 8 miejscu - zadowolony jestem :)
    Gdyby kompan Drogbas jechał ze mną w parze i tak jak ja to ... w generalce byłoby 2 miejsce w parach Mastersów ...

    Foto by Cykloza i BikeLIFE.
    Na finałowym etapie jechało mi się fajnie. Trasa również mi się bardzo podobała :)
    Na finałowym etapie jechało mi się fajnie. Trasa również mi się bardzo podobała :) © JPbike

    Jak widać - dla takich szczęśliwych chwil było WARTO się męczyć z pasją w górach :)
    Jak widać - dla takich szczęśliwych chwil WARTO się męczyć z pasją MTB w górach :) © JPbike





  • dystans : 58.26 km
  • teren : 54.00 km
  • czas : 03:54 h
  • v średnia : 14.94 km/h
  • v max : 53.59 km/h
  • podjazdy : 1980 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Sudety MTB Challenge - etap 4

    Czwartek, 1 sierpnia 2019 • dodano: 12.08.2019 | Komentarze 3


    Głuszyca - Głuszyca "Ultra"

    Po pobudce, śniadaniu, wskoku w kolarskie portki idę po rower i zauważam że w tylnym kole jest mało ciśnienia, zapewne w trakcie poprzedniego etapu (pełno ostrych kamieni na zjazdach) musiałem gdzieś dobić dętkę. Z racji tego że mam jedynie jedną zapasową to od czeskich mechaników kupuję dętkę - w założeniu i napompowaniu mnie wyręczyli - super chłopaki :)
    Przez ten defekcik na miejsce startu, na stadionie w Głuszycy zjawiam się na 15 minut przed odpaleniem stawki - oczywiście powoduje to że ruszam z końca stawki.
    Po wystartowaniu na moje szczęście mamy dość szeroki i długi podjazd, zatem sprawnie przebijam się do przodu w stronę swojego miejsca w stawce. Po drodze mijamy m.in jakieś betonowe konstrukcje z czasów ostatniej wojny. Pojawiają się również bardzo strome podjazdy - idzie mi ciężko, z trudem utrzymuję swoją pozycję, a w głowie mam jeszcze straszniejszy profil trasy jutrzejszego etapu - więc decyduję się tegoż dnia jak najbardziej zaoszczędzić trochę powera na finał, nieznacznie zwalniam na podjazdach i pilnuję siebie tak, by nie zajechać się, idzie mi sprawnie i niemal prawie nie tracę zbytnio swojego miejsca w stawce. Docieramy na szczyt Wielkiej Sowy (1015 m) i czas na hardcore dnia - zjazd niebieskim. Nie napiszę jak bardzo musiałem wykazać się swoimi umiejętnościami, by zjechać tamtędy - najpierw straszne korzonki, po czym wąska ścieżka w dół z kamieniami i na koniec długa ściana z nachyleniem... 39% w dół !!! Uff, udało mi się, nawet coś tam zyskałem :)
    Po tym następuje podjazdowa jazda po szerokim szuterku w stronę bufetu na Przełęczy Jugowskiej - całość pokonałem w samotności, tankuję bidon i czas na powtórkę z wczoraj - ponowny wjazd na Wielką Sowę żółtym i bardzo kamienistym szlakiem, z dodatkiem nowego odcinka, dość dzikiego fragmentu i znanego mi z majówki podjazdu po płytach w stronę Koziego Siodła. W trakcie podjeżdżania żółtym zaczął padać deszcz i po raz drugi tegoż dnia zdobywamy Wielką Sowę. Ze szczytu zjeżdżamy w mokrych warunkach zielonym do Sokolca - zjazd średnio trudny i bardo urozmaicony nawierzchniowo. Przestało padać i dokręcamy do Sierpnicy, na ciężki asfaltowy podjazd, kilka osób mnie wyprzedza, ostatni bufet i ponownie powtórka z wczoraj - leśne dukty w rejonie Masywu Włodarza, dopada nas chwilowy deszcz, po czym szybko się wypogadza i na koniec zjazd po szerokim szuterku do mety w Głuszycy.

    46
    /124 - open solo
    10/34 - M3

    Foto by BikeLIFE.
    Zjazd z Wielkiej Sowy (1) - hardcorowy niebieski szlak
    Zjazd z Wielkiej Sowy (1) - hardcorowy niebieski szlak © JPbike

    Zjazd z Wielkiej Sowy (2), (w deszczu) - zielony szlak
    Zjazd z Wielkiej Sowy (2), (w deszczu) - zielony szlak © JPbike



    KLIK do 5 etapu.




  • dystans : 57.01 km
  • teren : 52.00 km
  • czas : 03:45 h
  • v średnia : 15.20 km/h
  • v max : 57.79 km/h
  • podjazdy : 1950 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Sudety MTB Challenge - etap 3

    Środa, 31 lipca 2019 • dodano: 12.08.2019 | Komentarze 3


    Bardo - Głuszyca

    Trzeci dzień etapówki to dość wczesna pobudka, śniadanie i o 8 rano trzeba być gotowym do startu - z racji że ów etap rozpoczyna się w Bardzie to organizator zorganizował autokarowy transport ze Stronia Śląskiego na miejsce startu - podróż trwała godzinkę, odbiór roweru i sporo czasu mamy do startu, więc można powylegiwać się w pięknej pogodzie na przyszkolnym trawniku :)
    Trasa z Barda do Głuszycy jest mi dobrze znana z mego poprzedniego Challenge (3 lata temu). Zatem rozgrzewka, zamieniam kilka zdań z Ritą Malinkiewicz (też jest z drużyny Unit) i czas ustawić się w sektorze, tym razem startowałem z połowy stawki.
    Po ruszeniu najpierw przejazd przez centrum Barda i rozpoczyna się dość szybka jazda po asfalcie i lekko pod górę. Jedzie mi się dobrze, cały czas stopniowo przebijam się do przodu, by po skręcie w podjazdowy teren znaleźć swoje miejsce w stawce. Następuje dość szybkie pomykanie po leśnym i płaskim dukcie w stronę Srebrnej Góry, mijamy pierwszy bufet i czas podjechać w stronę atrakcji MTB - przejazd trasami enduro wokół Twierdzy Srebrnogórskiej. Ależ to była emocjonująca jazda zjazdowym odcinkiem C-line (w trakcie majówki z Dawidem też tędy pomykaliśmy), wiele fragmentów wymagało dobrej techniki i szybkiej reakcji. Po tym zafundowali nam super podjazd trasą E - utwardzony singiel, pełno zawijasów i zakrętasów. Wspinając się tędy cały czas trzymam się swojego miejsca w stawce, od czasu do czasu są malutkie tasowania.
    Po ponownym wjechaniu na czerwony i znany mi szlak poprowadzony po grzbietach gór to właściwie jadę swoje i kontroluję sytuację, bo wiem że ten długi odcinek typu góra-dół-góra-dół potrafi nieźle dać w kość, jak i technika zjazdowa też jest przydatna. Zaczęło się stopniowe wyprzedzanie ostatnich zawodników z krótszego dystansu, jak i mnie ze 3-5 osób wyprzedziło. Jedna i dość długa ściana z koleiną nie do podjechania też była - zbiorowe butowanie zaliczone. Super widoki też oczywiście były. Po dotarciu do bufetu na Przełęczy Jugowskiej tankuję bidon i czas na wspinaczkę w stronę Wielkiej Sowy, początkowo jest spoko z nawierzchnią, by po wjechaniu na żółty szlak zmierzyć się z najgorszym podłożem - same luźne kamienie, albo tuż obok pełno korzonków, oj było ciężko się skupiać na odpowiednim torze jazdy. No i szczyt zdobyty. Następuje hardcorowy zjazd żółtym (również obcykany podczas majówki). Po sprawnym zjechaniu czas na ostatni podjazd - w rejonie Masywu Włodarza, początkowo dość stromo, następnie łagodniej, po tym już tylko głównie szutrowy i szeroki zjazd wprost na metę w Głuszycy.

    38
    /130 - open solo
    9/35 - M3

    Foto by BikeLIFE.
    Na trasie Enduro Srebrna Góra - w 100% PURE MTB :)
    Na trasie Enduro Srebrna Góra - w 100% PURE MTB :) © JPbike



    KLIK do 4 etapu.




  • dystans : 67.31 km
  • teren : 57.00 km
  • czas : 04:23 h
  • v średnia : 15.36 km/h
  • v max : 58.88 km/h
  • hr max : 165 bpm, 93%
  • hr avg : 141 bpm, 80%
  • podjazdy : 2173 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Sudety MTB Challenge - etap 2

    Wtorek, 30 lipca 2019 • dodano: 12.08.2019 | Komentarze 3


    Stronie Śląskie - Stronie Śląskie

    Po pobudce i śniadaniu czas ruszać na najdłuższy etap. Start mamy o 10. No to rozgrzewka i wskok to tyłów sektora dla wszystkich - jest wesoło bo obok mnie sami znajomi :)
    Na krótko przed ruszeniem zaczęło padać. No to start, w deszczu oczywiście - mi to nie przeszkadza, bo trudne warunki to ja lubię. Na początek ponad 9 km podjazd asfaltowo - szutrowy na Czernicę (1083 m) - jadąc tamtędy, cały czas stopniowo przebijam się do przodu, czyli jest dobrze. Przestało padać i powoli się wypogadza. Końcówka na szczyt to strome podejście i techniczny zjazd żółtym - sprawnie zjechany, ale zbyt wolno bo byłem blokowany. Po tym następuje szybki szuter, od tego momentu znajduję swoje miejsce w stawce i czas na ciężkie wyzwanie - przejazd potwornie wyboistym zielonym szlakiem granicznym - wąski singielek, przeważnie podjazdowy, miliony kamieni i korzeni nie ułatwiały sprawy w szybkim przejeżdżaniu tędy, a szczególnie na hardtailu, że aż rozmarzyłem się o fullu :). Owe straszne nierówności często wybijały mnie z rytmu, zaliczam kilka potknięć i spadam kilka miejsc w dół. Było tam jedno solidne podejście - wszyscy butują, ku mojemu zaskoczeniu jedynie kolega z drużyny Unit - Bartek Mikler daje radę to podjechać (prawie do końca), później z Bartkiem, który w tej etapówce startuje w parze miałem okazję jeszcze parę razy się tasować.
    Po chwilowym postoju przy bufecie na granicznej Przełęczy Lądeckiej czas pokonać doskonale znany mi ciężki podjazd na Górę Borówkową (903 m) i stamtąd techniczny zjazd czerwonym - ilość kamieni, a szczególnie pokaźnych korzeni tak mną wytrzęsła że ręce i plecy zaczęły boleć - chyba jednak kupię tego fulla, najlepiej z regulowaną sztycą (jeden starszy ode mnie gość takiego miał i dosłownie szybko mnie porobił, właśnie na tym zjeździe) :)
    Po zjechaniu czas na nową atrakcję - utwardzony i kręty singielek zwany „Pętla Orłowiec“ - ale frajda była w trakcie szybkiego mknięcia tędy :) Po tym znany z maratonów w Złotym Stoku szeroki, szutrowy podjazd i zjazd do Lutyni, ciężki podjazd po trawie ponownie na Przełęcz Lądecką, bufet, kawałek asfalcika zjazdowego i kolejna wspinaczka po łące i zjazd leśnym duktem z poopadowymi koleinami. Kręcąc tamtędy cały czas utrzymuję się w swoim miejscu, aż tak dobrze nie jest, bo czuję że zostało mi jakieś 50% mocy w nogach do wykorzystania.
    Po pokonaniu 50 km jeszcze jeden długi podjazd z dwoma stromymi podejściami i też dwoma zjeżdżalnymi w połowie ściankami usianymi kamieniami z atrakcją w postaci ruin zamku Karpień. Na ostatniej ściance zjazdowej potykam się, zaliczam glebę z przekręceniem kierownicy o 180 stopni, przy tym zauważam że urwał się czujnik prędkości i zaginął w chaszczach, to nic - moja Sigma przełączyła się w tryb pomiaru prędkości GPS, a czujnik się kupi nowy.
    W końcu mamy szybki zjazdowy odcinek w stronę Stronia Śląskiego, skręt na polankowy i ostatni podjazd - tam wyprzedzam jednego, jak i ostatnich zawodników z krótszego dystansu, oraz mnie załatwia trzyosobowa grupka - czyli sporo sił już zużyłem, ale bez przesady. Na koniec już tylko zjazd ulicą wprost na metę. Udany i ciężki ten etap był.

    49/132 - open solo
    9/35 - M3

    Foto by BikeLIFE.
    Na Pętli Orłowiec. Takie super odcinki powodują że miłość do MTB jeszcze bardziej się pogłębia :)
    Na Pętli Orłowiec. Takie super odcinki powodują że miłość do MTB jeszcze bardziej się pogłębia :) © JPbike

    Profesjonalny transport rowerów na start kojejnego etapu - do Barda
    Pod wieczór następuje profesjonalny transport rowerów na start kolejnego etapu - do Barda © JPbike



    KLIK do 3 etapu.




  • dystans : 48.80 km
  • teren : 44.00 km
  • czas : 02:44 h
  • v średnia : 17.85 km/h
  • v max : 61.67 km/h
  • hr max : 172 bpm, 97%
  • hr avg : 137 bpm, 77%
  • podjazdy : 1298 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Sudety MTB Challenge - etap 1

    Poniedziałek, 29 lipca 2019 • dodano: 12.08.2019 | Komentarze 3


    Stronie Śląskie - Stronie Śląskie

    Się zaczęło moje wyzwanie sezonu - 5 dniowa etapówka Sudety MTB Challenge, corocznie organizowana przez znawcę prawdziwego Pure MTB - mego rówieśnika Grzegorza Golonko.

    Pierwotnie planowałem wystartować podobnie jak 3 lata temu w parze z Drogbasem - kompan jednak zrezygnował i pozostało mi przepisanie się na kategorię solo. Do bazy zawodów w Stroniu Śląskim dotarłem dzień przed startem, do tego wprost ze spontanicznego pobytu u stóp Tatr. Powitania ze znajomymi, pakiet startowy odebrany i ... zamiast zostać udałem się na jedną noc do przyjaciół, do Konradowa (80 km) - cóż, trzeba na maxa wykorzystać urlop i już :)

    Nazajutrz, jadąc autem na miejsce startu, dopadła mnie niezła ulewa - będzie ciekawie, jak na znane powiedzenie z czasów cyklu MTB Marathon - „golonokowa pogoda“ :)

    No to rozbiłem swoją bazę w szkole, okazało się że w sali nocuje również dawno nie widziany kolega z byłego wspólnego teamu - Maciej R. ale fajnie znów spotkać znajomych ze wspólną pasją. Dowiaduję się również że przez ulewną aurę start opóźnili o godzinę, do tego 63 km trasę skrócili do 48 km.

    Gdy czas na rozgrzewkę to ładnie się wypogodziło i tak już zostało do końca 1 etapu. Spotkałem kolejnych kumpli, bez spiny ustawiłem się na końcu stawki i punkt 11-ta czas wystartować.
    Na początek doskonale znany mi podjazd w stronę Siennej, skręt na długi i porządny podjazd po trochę podmytej nawierzchni z koleinami - w takim tłoku jest ciężko przebijać się do przodu, podjeżdżając tędy - połowa młynkuje, połowa butuje - trochę to trwa, by w wyższych partiach z niemałą ilością błota zluzować stawkę i nareszcie można jechać swoje, czyli tak jak lubię. Na krótkim i trawiastym zjeździe w stronę Przełęczy Puchaczówka, jadąc tuż za Pawłem. coś nawaliło mi w tylnej oponie, powietrze szybko zaczyna schodzić, znowu coś nie tak z uszczelnieniem mleczkiem. Staję, szybko dopompowuję, ruszam i znowu miękki mam tył. Trudno, na 7 km trasy, na przełęczy biorę się do założenia dętki, mam trochę szczęścia, bo od razu podszedła do mnie Niemka (kibic), ze swojego dostawczaka wyciąga sporych rozmiarów walizkę z częściami i narzędziami (!), do tego użycza mi profesjonalnej pompki - dzięki temu pit stop przebiega sprawnie, ale i tak (na mecie) okazuje się że przez defekt w sumie straciłem 12 minut i jeszcze go tego minęło mnie mnóstwo wiary że praktycznie spadam niemal na sam koniec stawki. W sumie nie przejmuję się tym, bo to dopiero początek etapówki i przede mną długa droga do mety i sporo może się wydarzyć.
    Po ruszeniu, na kolejny podjazd w stronę przekaźnika na Czarną Górę dość szybko łapię swój rytm i równie szybko zaczynam wyprzedzać kolejnych, w tym mijam i witam kolejnych fajnych znajomych :). W wysokich partiach pojawiają się same arcywidokowe odcinki. I tak dokręcamy do Hali pod Śnieżnikiem, po czym następuje skręt na nieznany mi odcinek, jak się okazało, to był najbardziej techniczny odcinek dnia - wąska ścieżka po zboczu Śnieżnika, pełno sporych kamieni i korzeni, w tym jedna stroma ścianka zjazdowa (przyblokowali mnie). Po tym odcinku Pure MTB mamy długi, szeroki zjazd do Kletna (bufet) i podjazd w stronę nowo powstałego singla „Pętla Rudka“ - jadąc tędy nadal kogoś doganiam i wyprzedzam, czyli z moją formą jest dobrze :) Po wjechaniu na wspomniany i kręty singiel najpierw podjazdowy po czym zjazdowy następuje przednia zabawa - frajda jest, cisnę tędy ile fabryka daje :) Co ciekawe, po drodze mijałem kilka osób co złapali kapcia - faktycznie, ów wyprofilowany singiel posiada małe hopki, które szczególnie na szybkich zjazdach potrafią nieźle wybić w powietrze i twardo wylądować... Po takiej przedniej zabawie to już tylko bardzo szybki asfaltowo - szutrowo - asfaltowy zjazd wprost na metę. Mimo defektu etap zaliczam do udanych.

    69/139 - open solo
    19/39 - M3

    Foto by BikeLIFE.
    Na super singlach tak właśnie wyglądało moje odrabianie strat :)
    Na super singlach tak właśnie wyglądało moje odrabianie strat :) © JPbike



    KLIK do 2 etapu.




  • dystans : 55.75 km
  • teren : 45.00 km
  • czas : 05:13 h
  • v średnia : 10.69 km/h
  • v max : 52.18 km/h
  • hr max : 154 bpm, 86%
  • hr avg : 132 bpm, 73%
  • podjazdy : 2131 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Sudety MTB Challenge - etap 5

    Piątek, 29 lipca 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 4


    Nastał ostatni dzień sześciodniowej etapówki MTB. Z jednej strony można się cieszyć, bo ciężka jazda po górach dzień po dniu dobiega końca i będzie ultra browarowanie, a z drugiej to szkoda że to już prawie koniec super przygody spędzanej w 100% z pasją :)

    Nazajutrz czułem już nogi, widocznie podczas wczorajszego etapu musiałem sporo z siebie wycisnąć, by nie zawieść kompana, a tu jeszcze do pokonania mamy 55 km i ponad 2100 m podjazdów na technicznej trasie, pokazującej prawdziwe oblicze kolarstwa górskiego. Dla mnie nic dziwnego - jeśli zliczyć wszystkie moje maratonowe starty w Karpaczu i parę tutejszych urlopowych pobytów to okaże się że te tereny to moje drugie „domowe“ podwórko :). Trasę, jej twórcę i poziom trudności oczywiście znałem, poza jednym nowym odcinkiem, ale po kolei.

    Stojąc w sektorze na głównym deptaku w centrum Karpacza, Jarek stanowczo mnie informuje że zamierza mocno kręcić i walczyć, zatem skąd on ma jeszcze siły na takie mocno górskie szaleństwa na rowerze ? Cóż, różnymi sposobami próbowałem mu wmówić że nie mam już tyle powera w nogach ... Poza tym naoglądałem się rowerów pozostałych uczestników obok mnie - same carbony, xtr-y, sramy z górnej półki, mnóstwo wypasionych fullów 29 za grubą kasę (min. 15000), po tym spojrzałem na swojego aluminowego Scotta - ma się wrażenie że przy tym to chyba rower z supermarketu, hehe :) No dobra, to nie sprzęt sam jeździ :) I jeszcze wspomnę że tuż przed odpaleniem stawki podszedł do nas Gogol i poza życzeniem powodzenia namawiał Drogbasa aby odłożył telefon, bo on ciągle klik klik i halo halo :)

    No to start. Na początek klasyczny i parokilometrowy asfaltowy podjazd do Karpacza Górnego. Kompan tak jak mówił - zwiał mi, nie zamierzał czekać i tyle go widziałem, do czasu. Ów podjazd średnio mi wszedł w nogi, kręciłem swoje i zauważyłem że tętno mam niskie (max 154), ale ogólnie z samopoczuciem nie było tak źle. Pierwszy zjazd i ciężki podjazd ponownie do Karpacza Górnego przebiegły bez rewelacji i trochę tasowania było. Po tym kultowy już zjazd zielonym do Borowic po kamieniach wielkości AGD - pokonany sprawnie poza dwoma momentami, gdzie zostałem przyblokowany. Dojeżdżamy do pierwszego bufetu, a tam czekał kompan i od razu mówi „5 minut“, jednak po krótkim posileniu się chyba zrozumiał moje zmęczenie ciężką etapówką. Od tego momentu kręcimy razem, nieznacznie oddalając się. Techniczny zjazd z Grabowca spoko, wypych na stromiźnie i trochę śliski zjazd, na którym Jarek zalicza glebę. Na półpłaskim fragmencie kompan znów był niezadowolony z mojego „zamulania“, raz dałem mu znać aby pognał sam i spotkamy się na bufecie - odmówił. Kolejny ciężki podjazd i docieramy do bardzo stromej ścianki zjazdowej - dla mnie sprawnie zjechanej. I tak dalej myk znanymi mi duktami do Przesieki, wizyta przy bufecie (coś tam pokropiło z nieba), kolejne miłe leśne dukty, troszkę asfaltu i czas zmierzyć się ze sławnym podjazdem na Przełęcz Karkonoską, nie całkowicie, bo w pewnym momencie skręciliśmy na zupełnie nowy odcinek - okazał się największą masakrą na całej etapówce. Niby tylko kilka km, to nawierzchnia z jaką przyszło nam pokonać przerastała możliwości chyba wszystkich uczestników - na przemian kamienie, głębokie błotne koleiny, setki kałuż, sporo pozrywkowych szkód, żadnego optymalnego toru jazdy, do tego trzeba było mnóstwo razy przenosić swoje rumaki (np. przez strumień z pokaźnymi skarpami). Przemieszczając się tędy Jarek powiedział że ma już dość, nie wiem tylko czy i jego dopadło zmęczenie, czy po prostu chęci siadły. Na jednej zjazdowej i błotnośliskiej ścieżce kompan zalicza kolejną glebę - tym razem jego sprzęt dostaje w kość, do tego z niewiadomego powodu niesprawna manetka xtr wrzuciła blacik (o tym jak Jarka ogarnęło !#$%!&! to pomińmy). Gdy wreszcie udało się wydostać z paskudnego odcinka to obaj nie ukrywaliśmy swojego niezadowolenia z tegoż fragmentu (po co to wymyślili, skoro większości nie dało się pokonać w siodle?). Pora pokonać sławny podjazd Chomontową. Najpierw z racji drogbasowego blacika robimy pitstop - odkręcam linkę przerzutki i kompan może młynkować pod górę. Porządny ten podjazd wszedł ani dobrze, ani żle, kilka osób nas (raczej mnie) wyprzedziło. Po tym bardzo trudny technicznie zjazd żółtym - najgorsze fragmenty odpuszczamy, resztę zjeżdżam i na dole chwilę czekam na Jarka. Wizyta przy ostatnim bufecie, pokonujemy trudną kondycyjnie sekcję XC. Było nam tędy już ciężko kręcić swoim rytmem, parę kolejnych osób nas pozałatwiało. O ile ja miałem w sobie sporo cierpliwości, to Drogbas (ponownie) mówił że to jego ostatnie Sudety MTB Challenge :). W końcu dojazd do sławnych agrafek - zmęczenie i dekoncentracja we mnie takie że odpuściłem to kamienno-korzenne hardcore w siodle, zjazd po trawie i jest META, na którą wjeżdżamy oczywiście równo :)

    Oj, to był bardzo ciężki etap, wszyscy uczestnicy to odczuli - sporo wiary (my też) notowało na mecie czas podobny do wczorajszego, prawie dwa razy dłuższego etapu !

    Mija minutka, uciski, gratulujemy sobie nawzajem, mija kilka minut - Jarek mówi mi szczerze „dziękuję“ i uciska tak mocno że prawie mnie udusił :) i jeszcze do tego szok, bo wydusił z siebie „za rok znowu tu jedziemy“ :). Cóż, po tym się poznaje prawdziwego mountain bikera :). Na koniec miła przejażdżka w stronę deptaka, na oficjalną metę - obaj wjeżdżamy radośnie i trzymając się rękoma uniesionymi do góry (może będzie foto). W końcu jeszcze jedna szczęśliwa chwila - dostajemy koszulki FINISHERA :)

    9/15 (+3 dnf) - team MAN
    18/37 (+6 dnf) - open team
    Generalka MAN - awans z 10 na 9 miejsce, gdyby nie kara z 3 etapu - byłoby 7 miejsce.


    Było warto się solidnie zmęczyć. Takie koszulki są moimi ulubionymi :)
    Było warto się solidnie zmęczyć. Takie koszulki są moimi ulubionymi :) © JPbike






  • dystans : 90.25 km
  • teren : 75.00 km
  • czas : 05:10 h
  • v średnia : 17.47 km/h
  • v max : 59.40 km/h
  • hr max : 157 bpm, 87%
  • hr avg : 137 bpm, 76%
  • podjazdy : 2719 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Sudety MTB Challenge - etap 4

    Czwartek, 28 lipca 2016 • dodano: 08.08.2016 | Komentarze 0


    Od jakiegoś czasu, zarówno ja i kompan na wieść o długości tegoż najdłuższego etapu z Głuszycy do Karpacza (90 km) mieliśmy sporo obaw, zastanawiań się i takich tam ... :). Poranna krzątanina poszła sprawnie, pogodę mieliśmy dobrą do ścigania po górskich duktach, szlakach i singlach. W oczekiwaniu na start trochę gadaniny, śmiechów, taka etapówka po prostu łączy ludzi ze wspólną pasją :). No to o 10 start. Na początek parokilometrowa, łagodna i asfaltowa wspinaczka, wraz z Jarkiem powolutku przesuwamy się coraz wyżej w stawce. Drogbas jest zadowolony bo dotrzymuję mu kroku na długiej wspinaczce. Pierwszy zjazd - szybki i luźno szutrowy, po tym przejazd miłą ulicą w Sokołowisku. Drugi i dość wymagający podjazd i zjazd, znów fragment asfaltowy i wpadliśmy na zielony szlak, ciekawy mtbowsko i dość urozmaicony. Kręcąc tędy, Drogbas zaczął mi się oddalać (wolał napierać w paroosobowej grupce, bo tak lubi). W pewnym momencie pojawił się bardzo trudny i podmyty deszczem zjazd, na którym tłoczno się zrobiło i zauważyłem moment jak kompan przy sprowadzaniu się wywalił na plecy (dziura w koszulce i szlify na plecach). Doganiam go przy bufecie, a on informuje że ma na oku konkurencyjną parę Austriaków, każe mi szybko się posilić i myk dalej. Ciężko mi idzie wtedy jazda na kole pod górę, czyli widocznie ogarniało mnie zmęczenie parodniową etapówką. W trakcie podjeżdżania na widokowym i szerokim szuterku zrobiło się troszeczkę tasowań w stawce, m.in dogoniła nas kolejna konkurencyjna para (Trybiki 68) - Drogbas siadł im na kole, a ja z wielkim trudem dotrzymywałem im kroku. Nastąpił fajny, wąski i graniczny odcinek, spoko przejechany. Nagle Trybiki stanęli (awaria), Jarek się ucieszył i pognaliśmy sami dalej długim i szybkim zjazdem w stronę Lubawki, po drodze wyprzedziliśmy kolejną parę - to Holendrzy z też piwnego teamu (Beerse Bikers 1) :). Wizyta w przedostatnim bufecie i nastąpiła długa asfaltowa jazda stopniowo pod górę (aż ponad 10 km) w stronę podjazdu na Okraj. Początkowo jedzie mi się OK, do momentu gdy wspomniani Holendrzy z jednym gościem nas dochodzą. Wtedy okazuje się że nie mam już tyle mocy w nogach, by usiąść im na kole - wtedy po raz pierwszy kompan mój był niezadowolony, ale co zrobić? zajechać się w trupa? bez sensu, bo jutro jeszcze jeden etap. Wreszcie skończył się ten nudny asfalt i zaczynamy ciekawą końcówkę etapu. Najpierw długa wspinaczka po szerokim dukcie, nachylenie stopniowo rosło (momentami 20%), młyneczki poszły w ruch, szło mi średnio (Jarkowi lepiej). Po podjechaniu czas na zjazd, znanym szlakiem ER2, przy ostatnim bufecie kibicowała mi Ania (żona Arka z Bydzi) i czekał na mnie (siedział na barierce) Drogbas, i tak zjechaliśmy do krzyżówki oznaczającej ostatni i ciężki podjazd prowadzący do Tabaczanej Ścieżki. Kompan wtedy cały czas widocznie daleko przede mną kontrolował sytuację, a ja robiłem co mogłem. Znów pojawiła się szansa by pokonać wspomnianych Holendrów (drobne defekty). Po wjechaniu czas na arcytechniczny zjazd Tabaczaną - na górnych i hardcorowych fragmencikach ze skałkami i kamieniami nie ryzykuję i schodzę, a resztę z radochą pokonuję w siodle :). Aha, zjeżdżając tędy doszedł mnie Andrzej Jackowski (na fullu 29) znany z dobrych wyników - co oznaczało że i my jesteśmy wysoko w stawce :). Po zjechaniu zaczekałem na kompana (nie dziwić się że na owym zjeździe go wyprzedziłem), a tam niespodzianka - są i Austriacy i Holendrzy - w obu przypadkach czekali na swoich kompanów, widocznie gorzej radzących w technice. No to przekazuję wieści Drogbasowi, ostatni krótki podjazd i pora na pełny ogień zjazdowy wprost na metę do Karpacza. Powiem że nie było łatwo - kompan był pozbawiony blacika, do tego luźna nawierzchnia wymagała 100% koncentracji, a Holendrzy widocznie próbowali nas dogonić. Aż do końcowej kreski ulokowanej na podjazdowej ulicy w Karpaczu nie byliśmy pewni wygranej z nimi - na ostatnich metrach musiałem dać z siebie wszystko. Udało się i po szalonej końcówce radośnie i z pełnym zadowoleniem obaj wjechaliśmy na metę. To był nasz najlepszy wynikowo etap :)

    6/14  (+4 dnf) - team MAN
    11/36 (+7 dnf) - open team
    Zarówno w kategorii, jak open wszystkich par to nasz THE BEST wynik :)
    Generalka MAN - awans z 12 na 10 miejsce.

    W 100% full zadowolenie na mecie - tak miało być :)
    W 100% full zadowolenie na mecie - tak miało być :) © JPbike

    Ślad gps niepełny - brakuje zjazdu Tabaczaną do mety, bo bateria w liczniku padła.





  • dystans : 52.35 km
  • teren : 49.00 km
  • czas : 03:53 h
  • v średnia : 13.48 km/h
  • v max : 51.22 km/h
  • hr max : 162 bpm, 90%
  • hr avg : 139 bpm, 77%
  • podjazdy : 1845 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Sudety MTB Challenge - etap 3

    Środa, 27 lipca 2016 • dodano: 04.08.2016 | Komentarze 2


    No to półmetek etapowki za nami. Pobudka, śniadanie, zwijanie szkolnego obozowiska i gotowość do startu poszły sprawnie. Pogoda początkowo dopisywała.
    Po ruszeniu najpierw przejazd przez klimatyczną uliczkę i ryneczek w Bardzie, po tym troszkę asfalciku i skręciliśmy na podjazdowy szuterek. Zanim tam wjechaliśmy to od razu zauważyłem że Jarek ma problemy z przednią manetką xtr - odmówiła posłuszeństwa i kompan kręcił przez całą resztę etapówki na małej tarczy w korbie xtr (26). Ów długi podjazd był przyjemny, przez las, troszkę kręty i szeroki. Stawka powoli się rozciągała. Drogbas kręcił jakieś 100-200 m przede mną. Po pokonaniu przyjemnego zjazdowego singla ponownie szutry, tym razem półpłaskie. I tak dojechaliśmy do atrakcji - przejazd po nieczynnym i wysokim akwedukcie, zaraz po tym mieliśmy do pokonania bardzo stromy zjazd - gdyby nie nagłe zakorkowanie (bo wąsko) to odważyłbym się zjechać, zatem wszyscy sprowadzali po dość wyrytej ziemi. A na dole niefajny widok - stał tam kompan z zakrwawioną nogą i niesprawnym rowerem (przy sprowadzaniu ktoś w niego walnął). No to krótki, acz stromy wypych i docieramy do bufetu, poza posileniem bierzemy się do serwisu. O ile krew na nodze to pryszcz (kilka szlifów), to z doprowadzeniem do sprawności Canyona mamy problem - udaje się poprawić rozlegulowaną linkę przerzutki, próba czy działa i coś tu nie gra, bo okazuje się że poprowadzony wewnątrz ramy pancerz tylnej przerzutki się przesunął i zakleszczył w ramie tak że nie dało się skręcić kierownicą w prawo, ani ręcznie przesunąć pancerza. No to przerąbane, zleciało sporo czasu, mnóstwo wiary nas wtedy minęło, Drogbas dwa razy mówił że DNF. Trudno, umawiamy że spotkamy się na mecie w Głuszycy i pojechałem dalej sam i myśląc coś w rodzaju „jak to wszystko wpłynie na nasz wynik ?“. Zaraz po tym kolejna atrakcja - przejazd singlem wokół Twierdzy Srebrnogórskiej i się zaczęło mozolne odrabianie strat w moim wykonaniu - na początek łyknąłem ze 10-15 osób, po tym ciężej było kogoś doganiać, bo teren stawał się trudny, ale w pełni mtb-owski - cały czas czerwonym szlakiem, na przemian podjazdy i zjazdy, m.in. widziałem sporo oznaczeń ścieżek strefy MTB Głuszyca, jak i mijaliśmy nowo powstały odcinek startowy trasy enduro „Romet Red Line“. Wtem zaczęło się chmurzyć i na jakiś czas spadł deszcz, oczywiście stopniowo mokłem. Po drodze był jeden chyba najstromszy wypych na etapówce, jak i mglisty przejazd wśród skał szczytu Kalenicy (964 m). I tak dotarłem do bufetu, a tam spotkałem Artura. Przemoczony i po uzupełnieniu węglowodanów owocami ruszyłem dalej, w stronę Wielkiej Sowy (1015 m). Ów podjazd okazał się po części masakrą nawierzchniową - mimo że dość szeroki, nachylenie znośne, to ilość luźnych i pokaźnych kamieni nie dała wybierać odpowiedniej linii przejazdu. Po osiągnięciu kulminacji wysokościowej pora na zjazd. Dosyć techniczny - nie mogłem zaszaleć na maxa, bo jeden masters na fullu mnie blokował, gdy się to udało to wyprzedziłem i Damiana. Po zjechaniu ostatni ciężki podjazd - po trawie i błotku. Ponownie zaczęło padać i tak już bez emocji, bez szaleństw zjechałem szerokimi szutrami wprost na metę, a tam Drogbasa nie było widać. No to myk na stadion posilić się i ustawiłem w kolejce do myjni, mineło trochę czasu i nagle ... dojechał kompan :) Oczywiście że ukończył - opowiedział że do bufetu, gdzie próbowaliśmy uporać się z defektem dojechali niesamowici czescy mechanicy i wymienili mu pancerz. Ta sytuacja spowodowała że tegoż dnia dostaliśmy od sędziów sporą karę czasową i w efekcie ostatnie miejsce w kategorii.
    Wieczorem pełna integracja na odreagowanie - na łebek poszły 3 browary i kielich żołądkowej z czeskimi mechanikami :)

    16/16 (+2 dnf) - team MAN
    37/37 (+6 dnf) - open team
    Gdyby nie defekt i kara czasowa to byłoby 7 - 8 miejsce w kategorii.
    Generalka MAN - spadek z 9 na 12 miejsce.

    Foto by Bikelife.
    Nasz serwis. Usilnie próbujemy uporać się z defektem
    Nasz serwis. Usilnie próbujemy uporać się z defektem © JPbike

    To już wysoko, tuż przed Wielką Sową
    To już wysoko, tuż przed Wielką Sową © JPbike