top2011

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski
Info o mnie.

- przejechane: 192899.55 km
- w tym teren: 69687.25 km
- teren procentowo: 36.13 %
- v średnia: 22.49 km/h
- łączny czas: 355d 14h 27m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156 TN-IMG-2156 tn-IMG-6357 south poland

Zrowerowane gminy



Archiwum 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

Wpisy archiwalne w kategorii

maratony

Dystans całkowity:13117.90 km (w terenie 12052.88 km; 91.88%)
Czas w ruchu:688:15
Średnia prędkość:19.06 km/h
Maksymalna prędkość:73.88 km/h
Suma podjazdów:147538 m
Maks. tętno maksymalne:177 (101 %)
Maks. tętno średnie:160 (90 %)
Suma kalorii:12445 kcal
Liczba aktywności:183
Średnio na aktywność:71.68 km i 3h 45m
Więcej statystyk
  • dystans : 77.77 km
  • teren : 73.00 km
  • czas : 03:41 h
  • v średnia : 21.11 km/h
  • v max : 43.79 km/h
  • hr max : 175 bpm, 98%
  • hr avg : 155 bpm, 87%
  • podjazdy : 1179 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Kaczmarek Electric Rydzyna

    Niedziela, 2 kwietnia 2017 • dodano: 02.04.2017 | Komentarze 10


    Ano, właśnie zaczął się mój dziesiąty z rzędu sezon wyścigowy.

    W tym sezonie starzy, świetni i sprawdzeni kumple zwerbowali mnie do nowo powstałego teamu - Unit Martombike Team. Ustalono że priorytetem są starty w cyklu Kaczmarek Electric wliczając w to walkę o jak najlepsze miejsce w drużynowej generalce.

    Ostatnio w tym cyklu startowałem pod koniec sezonu 2013 (Wolsztyn). Od dawna nie przepadam za wspólnym startem wszystkich dystansów i by nie startować z samego końca licznej kaczmarkowej stawki załatwiono mi 1 sektor. Dojazd na miejsce, przy okazałym zamku w Rydzynie (byłem tam turystycznie) i odbiór pakietu startowego poszły spoko. Pogoda w pełni dopisała - piękne słońce i przyjemne ciepełko że można kręcić odzianym na krótko, jedynie zachodni wiatr troszkę dawał znać.

    Z teamowych kumpli zjawili się prócz mnie (jadę giga), Krzychu (mega), David (mega), Wojtek (mega) i Przemek (mega). No to start. Krzychu stojący obok mnie w połowie 1 sektora pognał jak pocisk i tyle go widziałem tegoż dnia. Po pokonaniu ze 200 m ostre hamowanie - ktoś nie poradził w piachu. I tak następuje bardzo długie napieranie po płaskim i szerokim - wyprzedza mnie David. Nie daję rady dospawać się do licznej poprzedzającej grupy i jadę dalej swoje z paroma osobnikami aż 13 km - tyle liczyła znienawidzona przeze mnie płaska dojazdówka do dużo ciekawszej sekcji z góreczkami. No i się zaczęło prawdziwe pure mtb Wielkopolska - cały czas na przemian góra - dół, kilka(naście?) fajnych, krętych i wertepiastych sekcji XC, niektóre dość techniczne - w sam raz dla mnie :). Pomykając tędy raz robiło się tłoczno, raz luzowano, raz ktoś gorszy technicznie mnie blokował, no i tędy cały czas jechał blisko za mną Wojtek, czyli formę tradycyjnie mamy podobną :). Był taki moment że jeden gość w stroju CCC przede mną wywinął orła (przez korzeń). Na kilka km przed rozjazdem mega/giga Wojtek przyspieszył i wraz z paroma gośćmi powolutku mi zwiewali z pola widzenia, w sumie nic dziwnego, bo mnie czekało jeszcze jedno pokonanie ze 25 kilometrowej sekcji MTB. Faktycznie, na rozjeździe, w mojej części stawki tak na oko ze 95% (!) kolarskiej wiary skręciło na mega i od tego momentu miałem full luz i w 100% mogłem robić swoje bez presji, bez stresu :). Generalnie całą drugą rundę pokonałem sam, bez większych problemów, nowy napęd 1x10 doskonale się spisywał, nawet na ściankach 18%. Początkowo przez długi czas miałem jednego gościa przede mną w zasięgu wzroku, a następnie narastające zmęczenie spowodowało że na końcówce sekcji MTB doszło mnie dwóch. I tak pozostała mi jeszcze do pokonania ta strasznie długa i strasznie płaska powrotówka do mety. O dziwo kręciło mi się tędy nie najgorzej, jednego rywala załatwiłem i tak już mając bezpieczną przewagę dotarłem bez kryzysu do mety. Ogólnie to była spoko inauguracja maratonowa w moim giga wykonaniu :)

    40/69 - open giga
    9/18 - M4

    Strata do zwycięzcy giga (Adam Adamkiewicz) - 42:49 min, do M4 (Mariusz Chyła) - 28:15 min
    Poziom u Kaczmarka wysoki. W drużynowej generalce od razu wskoczyliśmy do top 10 :)

    W akcji na sekcji XC. Coś dla mnie :)
    W akcji na sekcji XC. Coś dla mnie :) © JPbike





  • dystans : 42.73 km
  • teren : 42.00 km
  • czas : 01:52 h
  • v średnia : 22.89 km/h
  • v max : 40.44 km/h
  • podjazdy : 96 m
  • rower : Scott Scale 740
  • MTB Wiórek

    Sobota, 1 października 2016 • dodano: 02.10.2016 | Komentarze 4


    Nieplanowany start. Kilka dni temu mąż kuzynki (Suwik) postanowił zadebiutować w wyścigu MTB i zapytał mnie czy będę we Wiórku, nie wypada odmówić i skusiłem się na taki kameralny maratonik poprowadzony przez nadwarciańskie dukty i okoliczny las.
    Dojazd na miejsce rowerowy, spoko rejestracja, powitania i pogaduszki ze znajomymi, m.in. Asia i Marcin z córkami, Rafał z Erki, Daniel z GKKG, Ryszard nie tylko od Rybek i jeszcze paru innych.
    Po tym zapoznanie z Suwikiem początku trasy i można startować.
    Ustawienie w sektorze trochę chaotyczne - nie wiem kto nakazał nam pokręcić tam i skręcić w stronę linii startu/mety, przez to wylądowałem gdzieś w drugiej połowie stawki, no to chyba mam pozamiatane, bo na trasie leży pełno piaszczystych odcinków i będzie ciężko się przebijać.
    No to start. Jeszcze przed minięciem kreski startowej bezsensownie przyblokowali mnie i faktycznie zauważam że mam pełno roboty by znaleźć się w swoim miejscu stawki. Już na pierwszym zakręcie po długiej prostej widzę że sporo straciłem. Nie mam wyjścia i zmuszony jestem pruć do przodu z pełną mocą i atakować gdzie się da. Pomykając tędy niemało luda zalicza potknięcia w piachu. Zbytnio nie przejmuję się tym że taka ostra jazda zapewne spowoduje ubytek powera w drugiej części trasy (doświadczenie w tym mam). I tak kolejno wyprzedzam, wyprzedzam. Po pokonaniu 15 km trasy, po samopoczuciu czuję że więcej nie zdziałam - w tym momencie wyprzedziłem trzech z krótszej pętli (wszyscy stanęli na pudle). Płaska trasa z mini interwałami, masą piaszczystych odcinków i setką wertepów nie ułatwiała mi sprawy w szybkim pomykaniu i odrabianiu strat. Przyznam nawet że ostatni raz byłem na rowerze we wtorek w ... Karkonoszach i zdążyłem zapomnieć o piachach :). Pierwszą rundę mijam z czasem dającym na krótszej pętli ... 6 miejsce open :). Już na początku drugiej pętli dogania i wyprzedza mnie dwóch, w tym znany mi kolega z mojego rocznika, to nic, jadę dalej swoje. Jak się okazuje - całą drugą pętlę pokonuję całkiem nieźle i całkiem sprawnie, do tego dwóch rywali udaje się pokonać bez problemów, nie pisząc o tym że praktycznie przez cały czas mam przede mną na oku 3 osoby, tym wspomniany kolega z mojego rocznika (z MedBike). Na kilka km przed metą niespodziewanie wyprzedza mnie Daniel z GKKG, ten to wyraźnie ma dobry dzień. I tak już bez spiny docieram do końcowej kreski. 

    13/66 - open
    2/14 - M50

    Strata do zwycięzcy (Wojtek Polcyn) - lekko ponad 10 minut.
    Do zwycięstwa w kategorii straciłem ... 37 sekund.
    Jak na nienastawienie bojowe i ciężkie przebijanie się - poszło mi nieźle :)

    Foto by Joanna Horemska, MedBike.
    Dyskusja przedstartowa z Suwikiem :)
    Dyskusja przedstartowa z Suwikiem :) © JPbike

    Start niestety z tyłów i cała naprzód !
    Start niestety z tyłów i cała naprzód ! © JPbike

    Tak sobie napieram w lesie :)
    Tak sobie napieram w lesie :) © JPbike

    Miłe chwile :) Stautetka w postaci srebrnej szprychy bardzo oryginalna :)
    Miłe chwile :) Statuetka w postaci srebrnej szprychy bardzo oryginalna :) © JPbike






  • dystans : 48.07 km
  • teren : 40.00 km
  • czas : 02:26 h
  • v średnia : 19.75 km/h
  • v max : 68.02 km/h
  • podjazdy : 1463 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Rowerem przez Karkonosze, Szklarska Poręba - Karpacz

    Niedziela, 25 września 2016 • dodano: 25.09.2016 | Komentarze 9


    Planując starty w sezonie 2016 jakoś tak wyszło że nie udało mi się zapisać na wrześniowy Uphill na Śnieżkę organizowany przez Rotary Club, zamiast tego bez wahania skusiłem się na ich kolejną imprezę rowerową „Rowerem przez Karkonosze“ z trasą ze startem w Szklarskiej Porębie a metą w Karpaczu (50 km).

    Z logistyką, by dojechać w rześki poranek na miejsce startu z noclegowni w Karpaczu nie miałem najmniejszego problemu - towarzyszyli mi rodzice :)

    Rejestracja, przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę przebiegła sprawnie i szybko, wskok w teamowe portki, krótka rozgrzewka (czuję że nóżki mam wypoczęte i głodne podjazdów) i w oczekiwaniu na odpalenie niespełna 140 osobowej stawki znalazłem jeszcze czas na cappuccino :)

    W sektorze i na pełnym luzie ustawiam się w drugim rzędzie. Rozpoznaję ledwo kilka znanych twarzy, no to myślę sobie że będzie szansa na wynik w górach :) No i o 10 start. Od razu nogi podają, co mnie trochę dziwi (w tygodniu zrobiłem tylko jeden tlenik). Dość szybko, na pierwszym podjeździe przede mną formuje się kilkuosobowa czołowa grupka, a za mną jedzie dwóch i spora przestrzeń :) Na pierwszym zjeździe z dużą ilością ostrych kamieni mijam pierwszego defekciarza, kolejnego parę km dalej (obaj problemy z ogumieniem). I tak dalej zasuwam zarówno pod górę, jak i w dół po przyjemnych karkonoskich szuterkach wraz z dwoma gośćmi - po jakimś czasie, na długim podjeździe obaj nie wytrzymują mojego tempa i jadę dalej sam. Zaczął się kolejny i długi podjazd w stronę Petrowki (na 1044m) - jedzie mi się tedy bardzo dobrze, z tą różnicą że dogania mnie znana kobieca twarz (Aleksandra Podgórska) i jeden kolega z którym chwilę gadam (na temat niezłego tempa Oli, miejsca w stawce open i długości trasy). Pora na najdłuższy zjazd, szeroki i dość wymagający przez ilość kamieni i wysokich na 10 cm progów odwadniających - dla mnie spoko, wyprzedzam wspomnianego kolegę, a na dole przybliżam się do Oli. Po tym trochę półpłaskich szutrów i kolejne uphilowanie - kolega i Ola widocznie mają lepsze możliwości podjazdowe ode mnie i powolutku, na znanej Drodze na Dwa Mosty mi uciekają. Podjeżdżając tędy zaczynam kontrolować sytuację - za mną i ze sporej odległości dostrzegam jednego rywala, no to spoko, bo wiem że od startu jadę w top 10 open. Po szybkim zjechaniu wpadam na doskonale mi znane z tutejszych maratonów odcinki - całość przejeżdżam szybko i sprawnie, po drodze mijam wesołą i głośno kibicującą mi grupę emerytów :) Po (ponownym) wjechaniu na Drogę Sudecką to został do pokonania jeszcze jeden ciężki i o zgrozo asfaltowy podjazd w stronę górnych partii sławnej Drogi Chomontowej - pokonany sprawnie i z bezpieczną przewagą nad rywalem. Na Chomontowej jeszcze kawałek podjazdu i stamtąd już tylko zjazd tejże drogą w stronę mety, w Karpaczu Górnym, przy DW Stokrotka. Gdy tylko przekroczyłem kreskę to po pierwsze - zdziwił mnie czas przejazdu (poniżej 2:30h, a myślałem że będą okolice 3h), po drugie - dowiaduję się z szokiem że jestem TRZECI OPEN wśród facetów, o wygranej w kategorii ponad czterdziestolatków nie wspominając :)

    4/134 - open (sami faceci - 3/127)
    1/48 - M40

    Strata do zwycięzcy open (Filip Helta) - 22:05 min
    Trasa była przyjemna, głównie kondycyjna i bez technicznych fajerwerków rodem z Golonki :)

    Start oczywiście mam z czuba
    Start oczywiście mam z czuba © JPbike

    Właśnie i radośnie mijam metę :)
    Właśnie i radośnie mijam metę :) © JPbike

    Historyczna chwila w moim życiorysie - TRZECI OPEN !
    Historyczna chwila w moim życiorysie - TRZECI OPEN ! © JPbike

    To też trzeba pokazać - druga w sezonie wygrana w kategorii :)
    To też trzeba pokazać - druga w sezonie wygrana w kategorii :) © JPbike



    Na koniec przyznaję że znając siebie - po prostu miałem dobry dzień na solidne ściganie :)




  • dystans : 87.57 km
  • teren : 65.00 km
  • czas : 06:06 h
  • v średnia : 14.36 km/h
  • v max : 49.88 km/h
  • hr max : 166 bpm, 92%
  • hr avg : 142 bpm, 79%
  • podjazdy : 2635 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Bike Maraton Jelenia Góra

    Niedziela, 11 września 2016 • dodano: 13.09.2016 | Komentarze 5


    Mistrzostwa Polski w maratonie, zatem będzie okazja, by sprawdzić siebie w porównaniu z nie tylko krajową czołówką MTB, bo ów maraton, organizowany przez Grabka został wpisany do prestiżowej UCI Marathon Series.

    Po pobudce na kempingu (średnio się wyspałem), śniadaniu i zwinięciu obozowiska wraz z Dawidem udałem się do Jeleniej Góry, a Drogbas (nie startował) postanowił że pokręci sobie po oznakowanej trasie i przy tym popatrzy, pokibicuje i pofoci.

    Start mieliśmy spod samego centrum - na Plac Ratuszowy dojechaliśmy na 20 min przed startem i od razu zaskakuje nas pokaźny tłum, przeszło 1300 kolarskiej wiary :). Grabek przydzielił mi tradycyjnie 2 sektor - okazuje się że bardzo szybko się zapełnił i będę musiał startować z poza barierek (prócz mnie jeszcze sporo ścigantów tędy zaczynało wyścig).
    Krótkie przemówienie miejscowych włodarzy i samej Mai, lekkie opóźnienie i można ruszać. Najpierw Elita, po krótkim czasie odpalili 1 sektor (z micorem) i w końcu czas na tłoczny 2 sektor - gdy wreszcie wjechałem wewnątrz barierek to Ci z przodu byli już daleko, no to pozamiatane. Mijam pierwszą kraksę. Pierwsze kilometry pokonujemy po ulicach Jeleniej Góry w stronę Karpacza i po chwili wpadamy na asfaltową ścieżkę rowerową. Gnając tamtędy powolutku wyprzedzam kolejnych, póki starczy miejsca na takie manewry. Pierwsze 15 km to jazda asfaltami i szutrami wśród widokowych pól i wiosek. Jedzie mi się spoko, w dalszym ciągu powoli, acz stopniowo wyprzedzam kolejnych (m.in. micora). Jedynie co mnie zastanawia, to nie wiem gdzie znajduję się w stawce, bo w tym ogólnopolskim cyklu ciężko kogoś znajomego rozpoznać. Zanim wjechaliśmy w porządne góry (Rudawy Janowickie) to raz się zakorkowało - przez banalną przeszkodę o szerokości na jeden rower :). Tuż przed najstromszym podjazdem („łopata“, momentami 20%) dwukrotnie mijam focącego Drogbasa. Ów podjazd wszedł mi sprawnie i bez utraty pozycji, zapewne dlatego że go zapamiętałem z zeszłego roku. W końcu się zaczęła prawdziwa górska jazda, rozkręciłem się na dobre. Na 26 km rozjazd mega/giga i nareszcie miło się zluzowało na trasie. Pierwsze km na dodatkowej pętli giga to najpierw wspinaczka na ponad 800 m, wyprzedzam dwóch i następuje długi zjazd, oczywiście z dodatkiem techniki - zaszalałem i kolejne dwie sztuki rywali załatwione. Myślę sobie że jest dobrze, dużo piję na trasie, ale obawy i są, bo doświadczenie i mój niemal bezzmienny poziom wytrenowania podpowiadają mi że wraz z upływem mocno pokonywanych górskich terenowych km-ów w każdej chwili może nastąpić nagły ubytek powera. Dalsza jazda po fajnie poprowadzonej trasie (raz podjazd, raz zjazd, czasem single, czasem trudne kamieniste zjazdy, czasem wypych na stromych fragmentach) przebiega dla mnie spoko, kilka kolejnych osób wyprzedzam, aż na półmetku giga (po 45 km) czuję wcześniejsze obawy i faktycznie zaczyna mi się ciężej kręcić, czyli następuje dla mnie koniec dobrej jazdy, a szkoda ... W pewnym momencie bidony mam puste, a chce mi się pić - nie czekając aż dotrę do kolejnego bufetu, przy strumyku poprzedzonym niezjeżdżalną ścianką tankuję bidon (prócz mnie jeszcze kilka osób robi to samo). Poczynając od drugi raz pokonywanej „łopaty“ (uff, wjechałem) to ze smutkiem zaczynam powoli i stopniowo tracić ładnie zdobyte wcześniej pozycje :(. Im dalej, tym gorzej ze mną, postoje przy ostatnich bufetach nie pomagają, a ciężkie podjazdy jeszcze nie skończyły się, do tego zmęczenie utrudnia mi sprawne zjeżdżanie z odpowiednią techniką (kilka potknięć zaliczyłem). Były takie myślowe momenty że gdzieś tam napotkam na Drogbasa, co mnie podratuje np. browarem :), a ten wolał oglądać czołówkę giga i ich wyczyny na zjazdach, po czym zwiał wraz z nimi w stronę mety. Włócząc się dalej siłą woli, okazuje się jednak, że nie jestem sam co walczy z sobą - było kilka tasowań z niedobitkami, jak i parę osób się zatrzymało na poboczu. W końcu, na jakieś 10 km przed metą górska jazda ustąpiła półpłaskiej dojazdówce w stronę Parku Paulinum - nadal słabo tędy jechałem, kolejne kilka miejsc w dół i tak po ponad 6 godzinach spędzonych na godnej Mistrzostw Polski trasie dojeżdżam do mety - a tam ani Drogbas, ani Micor nie czekali na mnie przy końcowej kresce, tylko sączyli sobie w miłym miejscu kolejne piwko i właśnie trwała dekoracja najlepszych ...

    146/182 - open giga
    19/24 - M4

    Strata do zwycięzcy open ... ponad 2 godziny, do M4 - ponad godzinę ...
    Znając siebie - można było się spodziewać takiego słabego wyniku przy takiej silnej obsadzie.
    Analizowałem wyniki na giga i wiem że nawet bez kryzysu osiągnąłbym ledwo 100 pozycję ...

    Tylko jedna fotka - cyknął Drogbas, a na dalszej pętli giga do mety nie spotkałem żadnego fotografa ...
    Zaraz się zacznie ta osławiona i stroma
    Zaraz się zacznie ta osławiona i stroma "łopata" :) © JPbike



    Mimo wszystko - te dwa dni zaliczam do tych fajnie spędzonych w górach - dzięki chłopaki :)




  • dystans : 63.01 km
  • teren : 58.00 km
  • czas : 02:49 h
  • v średnia : 22.37 km/h
  • v max : 47.97 km/h
  • hr max : 170 bpm, 94%
  • hr avg : 156 bpm, 87%
  • podjazdy : 607 m
  • rower : Scott Scale 740
  • Klęka MTB Maraton

    Sobota, 3 września 2016 • dodano: 05.09.2016 | Komentarze 13


    Do Klęki, na maraton organizowany przez znajomą mi rowerową parę - Bożenę i Piotra Łąckich i ich przyjaciół wybrałem się tak po prostu, by miło zaliczyć kolejny wyścig :)

    Po dotarciu od razu zaskoczyła mnie świetna organizacja i miła obsługa. Powitania, pogaduszki ze znajomymi, wskok w kolarskie portki i czas na rozgrzewkę - sprawdzałem początek i koniec trasy. Z teamowej paczki - prócz mnie zjawili się Asia (kibic i fotograf) i Marcin (mini).

    Przed wpadnięciem do sektora wypatruję znanych mi rywali z M4 - zauważam Przemysława Mikołajczyka (ex pro-szosowiec), który jednak skusił się na mini, no to od razu czuję że mam szansę na pudło :). Oczekiwanie na odpalenie dość kameralnej stawki mega (mniej niż 50 osób), przybijanie żółwików z kolegami od Erki, przyglądanie się ilości znanych kolarsko osobistości i można ruszać. Na początek długa szutrowa prosta. Zaczyna się produkcja kurzu spod kół :). Znani mocarze szybko tworzą czołową grupę, przez 2 km mam ich dość blisko przede mną, po czym mądrze postanawiam jechać swoje i już przed pierwszym skrętem w konkretny teren z dużą ilością piachu tworzymy pięcioosobową grupkę - jednego rozpoznaję (Jerzy Kaźmierczak z M5), dwóch ze Strefasportu.pl i jeden mi nieznany. Pierwsza część pętli - leśny, interwałowy, kręty, z dodatkiem fajnych singli i wąwozów odcinek miło mnie zaskakuje - jedzie mi się tędy dobrze, pomijając jedynie walkę o jak najlepszą przyczepność w piachu. Ten nieznany mi gość dość szybko nie wytrzymuje naszego tempa na solidnych wertepach i odpada. Postanawiam że przez całą pierwszą rundę nie będę podejmował żadnych ataków i kontrolował sytuację, póki ktoś z mega nas nie dogoni (nie dogonił nikt :)). Na 16 km wyprzedza nas zwycięzca mini (Michał Górniak, startowali 5 min po mega), a następnych dwóch (wspomniany Mikołajczyk i jeden z Greenbike) zrobili to dopiero po 25 km, czyli dobrym tempem zasuwaliśmy. Druga część pętli była nie mniej ciekawa krajobrazowo - zawierała przelotówki, jazdę po nadwarciańskim wale (wiało z przedniego boku), jak i miły fragment kręciliśmy tuż przy brzegu Warty. Duże wrażenie zrobiła na mnie praca organizatorów szykujących trasę - zarośnięte chaszczami i trawą fragmenty tak pięknie i szeroko wykosili, normalnie miły szok :). No dobra, wróćmy do ścigania. Zatem w okolicach 30 km, tuż przed wpadnięciem na 2 rundę mega, na szerokim szuterku naszej grupce przyszło pomykać wśród licznej stawki uczestników Parady Rodzinnej - fajny widok :). No to ponownie pokonujemy najfajniejszą mtbowsko część pętli. Zaczynam wyczuwać że dość wymagająca trasa wyraźnie dała w kość moim współtowarzyszom, szczególnie na podjazdach i tych trudniejszych zjazdach to ja wysuwam się na czoło grupki - oczywiście wykorzystuję to, ale bez przesady. W końcu kolega ze Strefasportu.pl (zastanawiałem się czy z jest M4 czy z M5 - z tej drugiej) słabnie i gubimy go. Na bufecie, przed ponownym wjazdem na wały muszę stanąć, by zatankować pusty i jedyny bidon, po czym bez problemu doganiam pozostałych dwóch współtowarzyszy. Po ujechaniu paru km, drugi kolarz ze Strefasportu.pl (M3) zwalnia (dopadły go skurcze, po wyścigu pogadałem z nim), i tak zostałem z Jerzym, który wyraźnie zachował więcej sił i na kilka km przed metą zaczął powolutku mi się oddalać. W końcu i mnie dopada stopniowe zmęczenie, ale bez tragedii i z pełną kontrolą dojeżdżam do mety, a tam od razu dowiaduję że jestem 8 open. SZOK ! :)

    8/42 - open mega
    1/9 - M4

    Strata do zwycięzcy (Maciej Kasprzak) - 17:49 min
    Zatem po 125 dniach wyścigowych w końcu coś tam wygrałem, fajne to uczucie :)

    Fotki by Joanna Horemska, Grażyna Kaźmierczak.
    Moja grupka w akcji. Początek 2 rundy mega
    Moja grupka w akcji. Początek 2 rundy mega © JPbike

    Ósmy zawodnik open - zadowolenie jest :)
    Ósmy zawodnik open - zadowolenie JEST :) © JPbike

    Cierpliwie czekałem kilka lat na taki moment i doczekałem się :)
    Cierpliwie czekałem kilka lat na taki moment i doczekałem się :) © JPbike

    Dumny JPbike z pucharkiem zawierającym cyferkę PIERWSZY :)
    Dumny JPbike z pucharkiem zawierającym cyferkę PIERWSZY :) © JPbike





  • dystans : 63.25 km
  • teren : 58.00 km
  • czas : 02:18 h
  • v średnia : 27.50 km/h
  • v max : 57.97 km/h
  • hr max : 172 bpm, 96%
  • hr avg : 157 bpm, 87%
  • podjazdy : 528 m
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Stęszew

    Niedziela, 28 sierpnia 2016 • dodano: 28.08.2016 | Komentarze 6


    Maraton w Stęszewie, czyli ponownie (po Mosinie) na moim podwórku treningowym (WPN). Dla mnie to już ostatni w sezonie start u Gogola i ostatnia szansa na jakąś tam zdobycz punktową do generalki.

    Po zajechaniu na miejsce wita nas upalna temperatura, nie moje klimaty, ale jechać trzeba. Rozgrzewkę robię solidną (30 min) i wpadam do sektora na kilkanaście minut przed odpaleniem stawki megowców. Chęci do mocnego parcia mam słabsze, zapewne przez wysoką temperaturę i pół-płaską trasę. Z teamowej paczki prócz mnie zjawił się josip (ustawił się w czubie), startował również jacgol (mini).

    No i poszli. Od razu ogień, tumany kurzu, szuter, piach, tarka, itp. Idzie mi średnio, sporo znanych mi twarzy mnie wyprzedza, ale wszystko mam pod kontrolą. Z ciekawych zdarzeń - pomykając tędy, Bartosz Kołodziejczyk (2 open) ze 2-3 razy stawał by poprawić coś z napędem, po czym łatwo nas wszystkich załatwiał - taki to ma nogę. Po wjechaniu na ścieżkę prowadzącą w rejon Jarosławieckiego uformowała się spora grupka z dwoma fajnymi kolegami w składzie (Mateusz z Erki i Daniel z GKKG) - na razie jadę na ogonie. Na autostradzie do Wir wchłaniamy starego znajomego - to Arek Suś. Po złapaniu swojego rytmu uruchomiłem łydy i po skręceniu na długi odcinek w stronę Pojnik przesuwam się na czoło grupy i przez spory czas robię za lokomotywę, chyba z lekkim turbo, skoro widocznie zbliżaliśmy się do poprzedzającej nas grupy z josipem w składzie. Po dotarciu w rejon Osowej Góry, na strasznie wybijającej z rytmu polnej nawierzchni dopada mnie lekki ubytek mocy i spadam na ogon grupy. Na ciężkim terenowym podjeździe pod Wodociągi wyprzedzamy Artura Zarańskiego, grupa moja nieznacznie się oddaliła, po tym zjazd Spacerową i podjazd Pożegowską - uphillowanie w wysokiej temperaturze idzie mi średnio. Zjazd po bruku i piachu, skręt w stronę Janosika, uphill tędy sprawny, zjazd i miły przejazd obok uroczego Kociołka, po czym następuje długie napieranie szlakiem Pierścienia wprost do Stęszewa. Grupa z którą jechałem mi uciekła, zatem początkowo napierałem tędy sam, po krótkim czasie doszło mnie trzech (w tym dwóch mocnych z Agrochestu), bez problemu łapię ich mocne tempo, po drodze doganiamy josipa i w takim pięcioosobowym składzie kończymy pierwszą rundę. Ci z Agrochestu (W. Czajka i H. Spławski) nadal mocno cisną, tak mocno że josip znika za plecami i doganiamy porozciąganą już wspomnianą moją grupę, którą wyprzedzam i uciekam póki nogi podają. W Trzebawiu doganiamy jednego z Thule, a H. Spławski odpada, zatem dalej wraz z W. Czajką (też z M4) cisnę tak że ponownie pojawia się szansa na dogonienie poprzedzającej nas grupy z dobrymi zawodnikami. I niestety na tym następuje koniec mojej dobrej jazdy, bo czuję że to jeszcze nie moje progi (szkoda), kryzys murowany, zatem minimalnie zwalniam i znów napieram sam kolejno przez rejon Jarosławieckiego, autostradę w stronę Wir, długą prostą do Pojnik i zółty szlak. Przy tym kontrolując sytuację za mną - faktycznie, na ścieżce wzdłuż asfaltowej drogi dogania mnie kilka kolegów, z którymi wcześniej się tasowałem i podczepiam się ogona. Podjeżdżając pod Wodociągi dopadają mnie mikroskurcze. Odcinek po stokach Osowej Góry, wraz z Janosikiem pokonuję już samotnie i następuje dublowanie ostatnich miniowców. Został jeszcze długi i nudny przelot Pierścieniem. Na jakieś 4-5 km przed metą coraz ciężej mi się jedzie, na otwartej przestrzeni dogania mnie kolejna 4-osobowa grupka z Hałajczakową w składzie, no ładnie. I tak dalej bez przygód docieram do mety, którą mimo wszystko przekraczam z uniesionymi rękoma :)

    Można w wielkim skrócie napisać tak że mój przejazd na stęszewskim maratonie był pełnym odzwierciedleniem mojej formy w obecnym sezonie na takich pół-płaskich trasach.

    39/103 - open mega
    13/30 - M4

    Strata do zwycięzcy (Hubert Semczuk) - 17:03 min, do M4 (Przemysław Mikołajczak) - 14:01 min

    Foto by Hania Marczak.
    Janosik, janosik, czyli porządne górki mi służą :)
    Janosik, janosik, czyli porządne górki mi służą :) © JPbike





  • dystans : 66.00 km
  • teren : 65.00 km
  • czas : 03:01 h
  • v średnia : 21.88 km/h
  • podjazdy : 654 m
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Czerwonak

    Niedziela, 21 sierpnia 2016 • dodano: 22.08.2016 | Komentarze 8


    Czerwonak, ósmy z kolei maraton u Gogola. Lokalizacja niby nowa, a tereny doskonale znane maratończykom - Puszcza Zielonka i Dziewicza Góra. Od kilku dni prognozy pogody zapowiadały deszczowy dzień i faktycznie, po zbudzeniu się zza oknem mokro i nadal pada. No to będzie ciekawy i błotny wyścig, coś dla mnie, bo trudne warunki to ja lubię :).

    A to że podczas takich ciężkich wyścigów trzeba liczyć się ze stratami, niewiadomo czy to w ludziach, czy w sprzęcie, to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia - ponoć parokrotnie już to przerabiałem, a szczególnie najbardziej pamiętam ultra błotny maraton w Krakowie u GG. Zatem doświadczenie podpowiedziało mi abym tegoż dnia zrezygnował z nowych butów spd, wybajerowanego licznika, okularów i założył na siebie starsze teamowe ciuchy - tak zrobiłem i po minięciu linii mety to była jak najbardziej słuszna decyzja. Cóż, stary ze mnie maratonowy wyjadacz, ponoć redaktor Kurek już mnie dobrze rozpoznaje, ostatnio zapytał ile mam lat :).

    Po dojechaniu na miejsce rezygnuję z rozgrzewki w deszczyku, wpadam do namiotu Rafała Przybylskiego i pora pogaworzyć z wieloma znajomymi. Z teamowej paczki to zjawiło się nas dwóch - ja i duda. Z niewiadomego mi powodu start mega opóźnili o 15 min. No to stojąc w sektorze blisko czuba ucinałem pogawędkę z micorem. Na dystans mega skusiła się niespełna setka kolarskiej wiary.

    Po ruszeniu od razu spore błotno - kałużowe chlapowisko. Pierwsze, dość szerokie i szybkie kilometry trasy powodują że szybko formuje się ze 10 osobowa grupa (druga, zaraz po czubie). W mojej grupie po paru km następuje selekcja typu lokomotywa - wagoniki, w czubie napierają najczęściej Andrzej Jackowski i młody z teamu Gogola, kolejno mniej znane mi twarze i niestety na końcu ja. Tempo jest niezłe, wielokrotnie muszę się spinać i sporo z siebie wyciskać. Do tego mocno dostaję w kość z powodu bezustannego opryskiwania mnie spod poprzedzających rywali, jak i przedniego koła wszelakiej maści błotną maseczką zmieszaną z piaskiem, szczególnie oczy cierpią (nie sądzę że w okularach byłoby lepiej, bo czym je bez przerwy wycierać ?). Gdzieś w połowie pierwszej pętli doganiamy dwie sztuki z czołówki, jak i dwóch do nas dochodzi. I tak powiększona grupa nadal mocno napiera po mokrym szutrze, piasku, trawie, miękkim i półtwardym błocie, jak i lawiruje na lewo i prawo między kałużami. Gdy tylko zbliżaliśmy się do Dziewiczej Góry to czuję że dłużej takim mocnym tempem które nadawał głównie Andrzej (11 open) nie pociągnę i tuż przed pierwszym podjazdem mądrze zwolniłem. A tam miła niespodzianka - hucznie kibicowali i cykali fotki Asia i Marcin :). Widząc taki teamowy doping dostałem dawkę motywacji do dalszego parcia w tym błocie. Ów przejazd po stokach Dziewiczej to klasyczna pętelka XC - dla mnie wraz z killerem sprawnie pokonana i po drodze dwóch rywali załatwiłem. Aha, na mijance zauważyłem dudę - krzyknąłem „dajesz Mariusz“ i przy tym zapomniałem wrzucić młynka w korbie, chwilowy pitstopik, z3waza pomógł (dzięki). Po wyjechaniu ze sławnego wielkopolskiego mountaina to już samotny myk fajnie poprowadzoną trasą w stronę rozjazdu. Z grupy, z której wcześniej odpadłem to przez kilkanaście minut mam w zasięgu wzroku dwie sylwetki, jak i za mną jechało dwóch, tych co na Dziewiczej wyprzedziłem. Tuż przed rozjazdem mini/mega potwierdzają się moje obawy - power w nogach już słabszy, dwóch wspomnianych mnie wyprzedziło i na drugiej pętli powolutku zaczęli się oddalać. To nic, jadę dalej swoje. No i przestało padać. Owa druga pętla, dodatkowo konkretnie porozjeżdżana przez miniowców okazała się sporą przeprawą wysysającą ogromne zapasy sił - ilość miękkich błotnych śladów po oponach na całej szerokości duktu spowodowała że prędkość nierzadko spadała do 10-15 km/h, pomyśleć że w normalnych warunkach tędy się pomyka ze 25-30 km/h :). Jadąc samotnie tędy, cały czas myślałem że zaraz seryjnie będą mnie doganiać kolejni, a tu niemałe zaskoczenie - na całej drugiej pętli dogonił mnie tylko JEDEN, i to ktoś wycieniowany. Czyli kręciłem całkiem nieźle i widocznie wszyscy mieli te same błotne problemy :). Gdy zbliżałem się po raz drugi do Dziewiczej to kolejne zaskoczenie - widzę przede mną trzy sztuki rywali - pierwszy latwo wyprzedzony (z teamu Gogola) chyba jechał na oparach. Sekcja XC na Dziewiczej ponownie sprawnie pokonana, na podjeździe przed killerem łyknąłem drugiego wspomnianego rywala, a stojący tam Pawlak (szef Shimano Polska) mówił coś w rodzaju „o jezu, ale umorusany“ :). O tym jak zjeżdżałem killera to odsyłam do zdania autorstwa kibicującej Asi „Jacek pięknie zjeżdżał razem z resztą czołówki“ :). Po wyjechaniu ze stoków kolarskiej góry to jakoś trochę odżywam, zaczynam dublować ostatnich miniowców, jak i bez problemu wyprzedzam trzeciego rywala (zwycięzca M1). I tak dalej, będąc całkiem zadowolonym i niezagrożonym docieram ładnie uświniony do mety. Trochę dzielenia wrażeń z kolegami i po 15 minutach zbieram się do auta, szybkie mycie, zakupy, wizyta na myjni i myk domu by obejrzeć olimpijskie XC.

    20/76 (+16 dnf) - open mega
    6/17 (+5 dnf) - M4

    Jak dotąd, to mój najlepszy wynik w sezonie na maratonach u Gogola.
    Strata do zwycięzcy (Bartosz Kołodziejczyk) - 28:26 min, do M4 (Piotr Cibart) - 20:07 min
    Strata do pudła M4 - równe 10 min, gdybym miał więcej wolnego czasu i chęci na trenowanie to ... :)
    Dystans i czas wyścigu wg orga, a przewyższenie na mega uzyskane dzięki Dawidowi.

    Fotki by Asia i Marcin Horemscy, Arek Hamny, Paweł Bober.
    Widać że zadowolony, tak ma być :)
    Widać że zadowolony, tak ma być :) © JPbike

    Killera jak zwykle biorę najszybszym i najtrudniejszym wariantem
    Killera jak zwykle biorę najszybszym i najtrudniejszym wariantem © JPbike

    Takie tam w akcji na sekcji XC. Nowy kolor koszulki mam :)
    Takie tam w akcji na sekcji XC. Nowy kolor koszulki mam :) © JPbike

    Drugi zjazd killerem - chyba za szybko pomknąłem :)
    Drugi zjazd killerem - chyba za szybko pomknąłem :) © JPbike





  • dystans : 60.89 km
  • teren : 57.00 km
  • czas : 02:30 h
  • v średnia : 24.36 km/h
  • v max : 47.97 km/h
  • hr max : 170 bpm, 94%
  • hr avg : 154 bpm, 86%
  • podjazdy : 527 m
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Binduga

    Niedziela, 10 lipca 2016 • dodano: 10.07.2016 | Komentarze 3


    Kolejny w sezonie maraton u Gogola i zarazem sprawdzian wyścigowej dyspozycji przed wyzwaniem sezonu - etapówki Sudety MTB Challenge, która startuje już za 2 tygodnie - napięcie rośnie :)

    Pogoda tegoż dnia zrobiła się jakaś dziwna jak na lipiec - po zajechaniu na miejsce panowała pochmurna aura, przez to zdecydowałem się pościgać w przezroczystych okularkach - to nie był dobry pomysł, bo później wyszło letnie słońce, temperatura skoczyła i raziło mnie to na wyścigu. Błędem było zbyt późne dotarcie do Mściszewa, przez to udało się zrobić zaledwie 2 km rozgrzewkę, do tego lipną, bo stojąc w sektorze nie czułem większych chęci do mocnego parcia po nadwarciańskich terenach. Z teamowej paczki ProGoggli - prócz mnie zjawili się tylko Asia (mini), Michał i Mariusz. Start mega organizatorzy opóźnili o 15 min.

    Tegoroczna trasa na Bindudze została zmieniona - po modyfikacjach mieliśmy do pokonania 3 rundy po 20 km, dla mnie spoko i nareszcie konkretny dystans będzie. No i start. Pozycję startową w pierwszym sektorze miałem bardzo dobrą i blisko czuba. Z racji braku rundy rozciągającej spodziewałem się nerwów i chaosu na pierwszych km - a tu szok, nic takiego nie stało się, wręcz przeciwnie - wszyscy dostojnie ruszyli i bez szarpań, zupełnie jak na golonkowym giga :). Pierwsze kilometry po nadwarciańskim rollercoasterze nie sprawiły mi większych problemów - kręciłem swoje, ale ani nogi, ani tętno, ani samopoczucie nie pracowały jak należy, czyli wiedziałem że to nie będzie mój dzień i po części tak się stało. I tak pomykając dalej, było trochę tasowań w stawce. Na dłuższych podjazdach słabo mi szło i traciłem to co wcześniej zyskałem. Gdzieś w drugiej połowie pierwszej rundy doszedł mnie micor, który tegoż dnia był wyraźnie w lepszej dyspozycji, zresztą dałem radę jechać za nim zaledwie kilka km i odpadłem. No i lipa, po tym przez długi czas nie mogłem wejść na swoje obroty i zastanawiałem się jak mam zrobić w 2 tygodnie niby super formę na Challenge, chyba wyślę smsa do Drogbasa o treści: „Jarek, przepisujemy się na kategorię Solo Man“ :). No nic, pomykamy dalej. Kolejnego doła łapię na długim zjeździe w stronę Trojanki - doszła mnie kilkuosobowa grupa, do której nie daje rady się podczepić, kolejna lipa i teraz już jest fatalnie. Na pierwszym przejeździe przez rzeczkę o głębokości ponad suport zdołowany i zdekoncentrowany potykam się o coś na dnie wody, wyskakuje mi but z spd i muszę popchać. Po wydostaniu się z piaszczystej przeszkody zauważyłem że kilku kolegów z poprzedzającej mnie grupki popełniło tam błędy taktyczno-techniczne i przez to przesunąłem się o kilka miejsc do przodu, dobre i to :). I tak kończymy pierwszą rundę. Nadal nie szło mi tak jak chciałbym, pomykałem po owym krętym odcinku z dwoma przeciętnymi gośćmi. No i zaczęło się wielkie dublowanie licznej stawki miniowców (m.in. Asi). Po opuszczeniu nadwarciańskiego rollercoastera jakoś minimalnie udaje mi się uciec współtowarzyszom, niestety nie na długo, bo ów odcinek obfitował w łatwe i szybkie dukty, co spowodowało że znowu jakaś kilkuosobowa grupa mnie doszła, całe szczęście że właśnie dopiero (!) zacząłem łapać swój wyścigowy rytm i podczepiłem się na ogon grupy. Trojanka pokonywana w bród po raz drugi poszła mi sprawnie, znowu koledzy z grupy popełnili tam błędy i znowu zyskuję parę oczek w górę :). Druga runda zakończona, została jeszcze jedna do pokonania, uff. Z radochą zauważyłem że za kreską bardzo hucznie dopinguje mnie sam Drogbas, od razu wymazuję z głowy wspomniany smsik i pruję cały rollercoaster nad Wartą tak mocno póki fabryka daje :). Poza wyprzedzaniem zarówno w lewo, jak i prawo coraz liczniejszej stawki miniowców udaje mi się załatwić kilku z mega. W pewnym momencie czuję chwilowe osłabienie mocy, przez to dochodzi mnie dwóch rywali i pomykamy razem szybko w stronę Trojanki. No i znowu ci rywale popełniają poważne błędy zarówno w rzeczce, jak i w piaskownicy, a mi całość udaje się pokonać w siodle, zresztą przez fragment piaskownicy zostałem wspomożony drogbasowym pchaniem (dzięki kompanie, wiszę browara :)). Kawałek dalej Jarek każe mi iść w trupa, spróbowałem i spowodowało to że od Trojanki do końcowej kreski zyskałem ze 3 oczka open w górę :). Po tym mógłbym ... pokonać jeszcze jedno okrążenie :)

    32/103 - open mega
    11/25 - M4

    Strata do zwycięzcy (Hubert Semczuk) - 21:53, do M4 (Przemysław Mikołajczyk) - 11:17
    Kończąc pisanie tej relacji to nadal nie wiem czy ów maraton zaliczyć do udanych czy nie ... :)

    Foto by Hania Marczak.
    Wyjazd z rzeczki, a w głowie taktyka przejazdu przez piaskownicę :)
    Wyjazd z rzeczki, a w głowie taktyka przejazdu przez piaskownicę :) © JPbike





  • dystans : 54.99 km
  • teren : 52.00 km
  • czas : 01:54 h
  • v średnia : 28.94 km/h
  • v max : 46.65 km/h
  • hr max : 172 bpm, 96%
  • hr avg : 154 bpm, 86%
  • podjazdy : 463 m
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Mosina

    Niedziela, 19 czerwca 2016 • dodano: 19.06.2016 | Komentarze 8


    Maraton na własnym podwórku treningowym, więc trzeba być. Po zajechaniu na miejsce okazało się że zabrakło mi czasu na solidną rozgrzewkę, to nic, bo perfekcyjna znajomosć dość płaskiej trasy podpowiadała mi że rozgrzeję się w trakcie pierwszej pętli - tak się stało :). Po dobrym wyniku w Wyrzysku odzyskałem należny mi 1 sektor. Po ruszeniu na odcinek rozciągający stawkę i skręceniu na sławny podjazd (ul. Pożegowska) dość słabo mi poszło na ostrej wspinaczce i w połowie podjazdu znalazłem się gdzieś w drugiej połowie stawki mega. Ta niefajna sytuacja szybko mnie pobudziła do mocnego pedałowania i na szczycie udało się sporo wiary powyprzedzać. Po skręcie na pierwszy długi i prosty odcinek gnam po szutrze, piachu, dołeczkach i kałużach jak szalony, tak mocno że wyprzedzam paru kolejnych (m.in. Jaskółkę) i szybko dochodzę micora (mieliśmy super ekcytujący moment - centralnie przejechaliśmy przez wielką kałużę i przy tym zażywając błotnej ochłody :)). Na kolejnym superszybkim odcinku przyspieszyłem i utworzyła się kilkuosobowa grupa, w której prócz mnie znalazł się i josip. I tak od tego momentu wspólnie napieraliśmy, tyle że ja wtedy siedziałem na ogonie, bo koledzy przede mną mocno parli do przodu, a ja nie byłem jeszcze odpowiednio rozgrzany. W rejonie Górki doszło do nas dwóch i grupa moja się powiększyła. Dopiero od odcinka w okolicy Jeziora Góreckiego zacząłem bardziej aktywnie jechać i częściej przesuwałem się na czub grupy. Do janosikowej ścianki dojeżdżam pierwszy, tyle że rozpędzony za mną kolega nagle mnie wyprzedza i blokuje, na szczęście nie wybiło mnie to z rytmu i ów podjazd pokonuję sprawnie. Zdziwiło mnie to że większość kolegów z grupy zdecydowała się na butowanie, czyżby miłośnicy nudnych płaskaczy ? :) Wypada również wspomnieć że na Janosiku mijaliśmy Krzycha (okazało się że glebnął i przednie koło rozcentrowane). Natomiast na podjeżdzie w stronę Osowej Góry trochę się porozciągało - Krzychu szybko nas doszedł i zaczął uciekać, josip też uruchomił solidnie zapasy powera, a mi poszło tak że po minięciu kreski końca pierwszej rundy utrzymałem się w grupie. Dalsza jazda to powoli zaczęło się w mojej grupie coś ciekawego dziać - tempo raz wzrastało, raz spadało, raz zaatakowałem i dzięki temu doszliśmy Krzycha i josipa. Po tym pozostało nam wspólnie gnać przez cały półpłaski i długi odcinek drugiej pętli i tak właśnie było. Pomykając tędy, najbardziej aktywny był Krzychu - jak był na czubie to jechał tak mocno że każdy z nas pozostałych musiał mocno się sprężać, chyba dwóch kolegów nie wytrzymało takiego tempa i odpadło. Po ponownym dojechaniu w rejon Góreckiego zacząłem czuć ubytek powera i na 3 km przed metą odpuszczam mocne parcie w trupa, bo wiedziałem że już raczej nie mam szans na dekorowaną generalkę, o wymarzonym pudle w jakimkolwiek maratonie u Gogola nie wspominając, za silną mam konkurencję w M4, no i ... jeszcze tego samego dnia czeka mnie ponad 100 km szosowanie. I tak dalej Janosik sprawnie podjechany, końcowy podjazd wszedł na miarę możliwości, zdziwiło mnie to że mimo zwolnienia mojego tempa koledzy z grupy wcale nie oddalali się, co spowodowało że zanim minąłem metę to wyprzedziłem dwóch, dobre i to :).

    39/124 - open mega
    9/33 - M4

    Strata do zwycięzcy, jak i M4 (Przemek Mikołajczyk) - 8:32 min
    Wynik może dobry - na tyle mnie było stać na tym dość płaskim ścigu.

    Fotki by Hania Marczak.
    Podjazd Pożegowska słabo mi wszedł - element do poprawienia
    Podjazd Pożegowska słabo mi wszedł - element do poprawienia © JPbike

    Jedni to mają dobry humor, inni walczą na całego :)
    Jedni to mają dobry humor, inni walczą na całego :) © JPbike

    Janosik 2x podjechany - zdecydowanie wolę solidne przewyższenia
    Janosik 2x podjechany - zdecydowanie wolę solidne przewyższenia © JPbike





  • dystans : 54.44 km
  • teren : 50.00 km
  • czas : 02:22 h
  • v średnia : 23.00 km/h
  • v max : 52.58 km/h
  • hr max : 172 bpm, 96%
  • hr avg : 154 bpm, 86%
  • podjazdy : 1016 m
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Wyrzysk

    Niedziela, 5 czerwca 2016 • dodano: 05.06.2016 | Komentarze 11


    Po miesięcznej przerwie spowodowanej "natłokiem" startów w XC organizowanych również przez Gogola czas wrócić na maratonowe trasy. Po nieudanych wynikowo wyścigach w Dolsku i Chodzieży, oraz oddaleniu się szansy na dekorowaną generalkę (silna konkurencja w M4) tym razem do Wyrzyska wybrałem się na luzie i by przejechać jedną z najlepszych tras w Wielkopolsce najlepiej jak się da - napiszę teraz że założenia się spełniły :)

    Już podczas rozgrzewki stwierdziłem że tętno i samopoczucie bardzo dobrze się zgrały, zatem liczyłem na udane napieranie na wyscigu i faktycznie tak było :)

    Teamowa paczka ProGoggli średnio dopisała liczebnie - prócz mnie zjawili się Dawid (mini), Marcin, Michał i Wojtek. Powitania z masą  znajomych twarzy, oczekiwanie na start w 2 sektorze i można ruszać. Pierwszy podjazd, asfaltowy, poszedł mi lepiej niż się spodziewałem - nogi podawały tak że na szczycie podjazdu znalazłem się w ogonie sporej czołowej grupy. Po skręcie w teren i w trakcie bardzo fajnego i krętego napierania w stronę Dębowej Góry stawka powoli się rozciągała - znalazłem się wtedy w komfortowej pozycji, czyli nikt mnie nie blokował, kilka wyprzedzań zaliczyłem i w 100% mogłem kręcić swoje. Szczególnie na owych krętych zjazdach zarówno ja i mój Scale 740 z przydługawą geometrią byliśmy w swoich żywiołach :). I tak utworzyła się czteroosobowa grupka w składzie: Arek Suś, Adam Lutoborski, Adrian i ja, która napierała wspólnie przez bardzo długi czas. Nie powiem, w owej grupce dość często zdarzały się ataki za atakami - wszystkie nieudane, do czasu... Tegoroczna trasa była trochę zmieniona - wszystko na wielki plus i w stronę prawdziwego MTB, czyli mniej płaskiej jazdy na kole i przez pola, a więcej podjazdów i kręcenia w lesie. Mi jak najbardziej pasowały te zmiany :). No dobra, po skręceniu w stronę powtarzalnej pętli mega zaskoczyła nas kręta, mocno interwałowa i z kulminacją wysokościową trasy dojazdówka - to było Pure MTB Wielkopolska :). Natomiast na powtarzalnym odcinku dogoniliśmy jednego i postanowiłem zaatakować na krętym zjeździe - w efekcie grupka moja się rozpadła, Adrian znikł za plecami (bomba? ubytek ciśnienia w oponie?), tylko Adam nie zamierzał odpuścić, faktycznie, na najdłuższym i szutrowym podjeździe okazał się lepszy ode mnie i powoli zaczął się oddalać, a u mnie zaczęło się odzywać zmęczenie i ubytek powera, mimo tego kręciłem całkiem, całkiem. Dublowanie miniowców się zaczęło. Dogonił mnie i Arek, a po kilku minutach pięcioosobowa grupa, walczyłem dalej tak jak mogłem. Na technicznym zjeździku tuż przed ostatnią prostą do mety musiałem ostro przyhamować - jednego gościa wynosili na noszach... I tak dalej dotarłem niezagrożony do końcowej kreski. Udany maraton, chociaż chciałoby się więcej :)

    49/165 - open mega
    16/49 - M4

    Strata do zwycięzcy, jak i o zgrozo M4 (Andrzej Kaiser) - 24:13
    Cieszy mnie to że w tym cyklu stopniowo pnę się w górę, ciekaw jak pójdzie w podwórkowej Mosinie :)
     
    Fotki by Julian Król.
    Startujemy
    Startujemy... © JPbike

    Dobrze się bawimy
    Dobrze się bawimy :) © JPbike

    Finiszujemy
    Finiszujemy © JPbike