Info o mnie.
- przejechane: 192899.55 km
- w tym teren: 69687.25 km
- teren procentowo: 36.13 %
- v średnia: 22.49 km/h
- łączny czas: 355d 14h 27m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m
Kategorie
-
Bike Maraton - 42
bikestatsowe zawody - 8
CX - 7
do 100 km - 1259
do 50 km - 1261
do/z pracy - 278
dron - 73
dzień wyścigowy - 254
Etapówki MTB - 31
Festive 500 - 55
Gogol MTB - 62
Kaczmarek Electric - 21
maratony - 183
MTB Marathon - 31
na orientację - 6
nocne - 290
podium, te szerokie też - 37
podsumowanie - 11
pomiar czasu - 67
ponad 100 km - 260
ponad 200 km - 28
ponad 300 km - 4
poza PL - 120
Solid MTB - 30
sprzęt - 50
szoska - 474
Uphill race - 8
w górach - 341
w roli kibica - 10
w towarzystwie - 412
wyprawy - 80
wysokie szczyty - 35
XC - 32
z przyczepką - 4
-
Moja stajnia
w użyciu
Orbea Oiz M20

Black Peak

Accent Peak 29
Canyon Endurace
Sztywna Biria
archiwum
Scott Scale 740
TREK 8500
Kross Action
Accent Tormenta 1
Accent Tormenta 2
Accent Tormenta 3
Archiwum
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
-
2026, Wrzesień - 7 - 0
2026, Sierpień - 8 - 0
2026, Lipiec - 15 - 12
2026, Czerwiec - 11 - 2
2026, Maj - 12 - 0
2026, Kwiecień - 10 - 0
2026, Marzec - 9 - 0
2026, Luty - 8 - 0
2026, Styczeń - 8 - 0
2025, Grudzień - 8 - 0
2025, Listopad - 9 - 0
2025, Październik - 8 - 0
2025, Wrzesień - 8 - 0
2025, Sierpień - 13 - 23
2025, Lipiec - 12 - 22
2025, Czerwiec - 9 - 20
2025, Maj - 10 - 20
2025, Kwiecień - 8 - 21
2025, Marzec - 10 - 24
2025, Luty - 8 - 16
2025, Styczeń - 7 - 13
2024, Grudzień - 15 - 38
2024, Listopad - 7 - 15
2024, Październik - 9 - 21
2024, Wrzesień - 10 - 18
2024, Sierpień - 12 - 20
2024, Lipiec - 14 - 30
2024, Czerwiec - 18 - 40
2024, Maj - 10 - 24
2024, Kwiecień - 15 - 37
2024, Marzec - 12 - 29
2024, Luty - 9 - 27
2024, Styczeń - 9 - 25
2023, Grudzień - 12 - 34
2023, Listopad - 10 - 33
2023, Październik - 9 - 27
2023, Wrzesień - 11 - 28
2023, Sierpień - 8 - 16
2023, Lipiec - 16 - 43
2023, Czerwiec - 11 - 27
2023, Maj - 17 - 36
2023, Kwiecień - 12 - 45
2023, Marzec - 6 - 16
2023, Luty - 8 - 32
2023, Styczeń - 8 - 26
2022, Grudzień - 8 - 20
2022, Listopad - 8 - 25
2022, Październik - 9 - 31
2022, Wrzesień - 12 - 16
2022, Sierpień - 10 - 24
2022, Lipiec - 16 - 37
2022, Czerwiec - 12 - 26
2022, Maj - 16 - 32
2022, Kwiecień - 14 - 49
2022, Marzec - 9 - 30
2022, Luty - 8 - 18
2022, Styczeń - 10 - 27
2021, Grudzień - 10 - 25
2021, Listopad - 11 - 29
2021, Październik - 12 - 35
2021, Wrzesień - 15 - 30
2021, Sierpień - 16 - 24
2021, Lipiec - 20 - 34
2021, Czerwiec - 19 - 42
2021, Maj - 15 - 34
2021, Kwiecień - 15 - 30
2021, Marzec - 12 - 35
2021, Luty - 11 - 32
2021, Styczeń - 13 - 42
2020, Grudzień - 17 - 37
2020, Listopad - 13 - 51
2020, Październik - 14 - 40
2020, Wrzesień - 19 - 33
2020, Sierpień - 20 - 42
2020, Lipiec - 25 - 65
2020, Czerwiec - 21 - 77
2020, Maj - 21 - 75
2020, Kwiecień - 14 - 60
2020, Marzec - 7 - 21
2020, Luty - 15 - 34
2020, Styczeń - 13 - 46
2019, Grudzień - 20 - 76
2019, Listopad - 14 - 50
2019, Październik - 13 - 44
2019, Wrzesień - 24 - 46
2019, Sierpień - 23 - 25
2019, Lipiec - 23 - 31
2019, Czerwiec - 26 - 42
2019, Maj - 25 - 58
2019, Kwiecień - 24 - 75
2019, Marzec - 18 - 56
2019, Luty - 16 - 45
2019, Styczeń - 15 - 53
2018, Grudzień - 18 - 68
2018, Listopad - 10 - 36
2018, Październik - 20 - 42
2018, Wrzesień - 31 - 67
2018, Sierpień - 21 - 82
2018, Lipiec - 18 - 58
2018, Czerwiec - 14 - 55
2018, Maj - 19 - 55
2018, Kwiecień - 18 - 68
2018, Marzec - 14 - 55
2018, Luty - 10 - 52
2018, Styczeń - 10 - 52
2017, Grudzień - 10 - 42
2017, Listopad - 7 - 44
2017, Październik - 10 - 43
2017, Wrzesień - 17 - 46
2017, Sierpień - 19 - 43
2017, Lipiec - 19 - 83
2017, Czerwiec - 17 - 42
2017, Maj - 21 - 60
2017, Kwiecień - 19 - 47
2017, Marzec - 15 - 38
2017, Luty - 13 - 32
2017, Styczeń - 14 - 47
2016, Grudzień - 9 - 14
2016, Listopad - 9 - 24
2016, Październik - 14 - 19
2016, Wrzesień - 14 - 66
2016, Sierpień - 16 - 24
2016, Lipiec - 21 - 41
2016, Czerwiec - 15 - 26
2016, Maj - 24 - 77
2016, Kwiecień - 18 - 47
2016, Marzec - 18 - 42
2016, Luty - 13 - 26
2016, Styczeń - 14 - 39
2015, Grudzień - 14 - 72
2015, Listopad - 8 - 26
2015, Październik - 8 - 23
2015, Wrzesień - 12 - 27
2015, Sierpień - 18 - 31
2015, Lipiec - 16 - 59
2015, Czerwiec - 21 - 72
2015, Maj - 21 - 53
2015, Kwiecień - 20 - 88
2015, Marzec - 19 - 88
2015, Luty - 16 - 59
2015, Styczeń - 15 - 59
2014, Grudzień - 11 - 60
2014, Listopad - 19 - 34
2014, Październik - 12 - 22
2014, Wrzesień - 17 - 37
2014, Sierpień - 18 - 31
2014, Lipiec - 22 - 95
2014, Czerwiec - 18 - 73
2014, Maj - 16 - 76
2014, Kwiecień - 21 - 77
2014, Marzec - 20 - 73
2014, Luty - 16 - 80
2014, Styczeń - 7 - 31
2013, Grudzień - 18 - 87
2013, Listopad - 13 - 78
2013, Październik - 15 - 60
2013, Wrzesień - 16 - 65
2013, Sierpień - 15 - 76
2013, Lipiec - 26 - 161
2013, Czerwiec - 21 - 121
2013, Maj - 20 - 102
2013, Kwiecień - 20 - 116
2013, Marzec - 18 - 117
2013, Luty - 15 - 125
2013, Styczeń - 12 - 92
2012, Grudzień - 20 - 106
2012, Listopad - 10 - 82
2012, Październik - 13 - 46
2012, Wrzesień - 17 - 96
2012, Sierpień - 16 - 99
2012, Lipiec - 23 - 113
2012, Czerwiec - 17 - 97
2012, Maj - 18 - 61
2012, Kwiecień - 20 - 132
2012, Marzec - 20 - 130
2012, Luty - 9 - 57
2012, Styczeń - 10 - 55
2011, Grudzień - 11 - 84
2011, Listopad - 12 - 96
2011, Październik - 20 - 127
2011, Wrzesień - 17 - 170
2011, Sierpień - 23 - 109
2011, Lipiec - 11 - 116
2011, Czerwiec - 3 - 154
2011, Maj - 24 - 186
2011, Kwiecień - 15 - 255
2011, Marzec - 24 - 213
2011, Luty - 26 - 187
2011, Styczeń - 18 - 199
2010, Grudzień - 19 - 173
2010, Listopad - 13 - 106
2010, Październik - 14 - 118
2010, Wrzesień - 15 - 192
2010, Sierpień - 25 - 209
2010, Lipiec - 27 - 126
2010, Czerwiec - 28 - 191
2010, Maj - 20 - 255
2010, Kwiecień - 24 - 220
2010, Marzec - 18 - 196
2010, Luty - 9 - 138
2010, Styczeń - 11 - 134
2009, Grudzień - 12 - 142
2009, Listopad - 11 - 128
2009, Październik - 8 - 93
2009, Wrzesień - 24 - 158
2009, Sierpień - 22 - 118
2009, Lipiec - 19 - 143
2009, Czerwiec - 20 - 94
2009, Maj - 19 - 170
2009, Kwiecień - 25 - 178
2009, Marzec - 14 - 137
2009, Luty - 7 - 50
2009, Styczeń - 11 - 96
2008, Grudzień - 11 - 131
2008, Listopad - 13 - 56
2008, Październik - 17 - 64
2008, Wrzesień - 17 - 62
2008, Sierpień - 21 - 78
2008, Lipiec - 18 - 39
2008, Czerwiec - 24 - 74
2008, Maj - 15 - 23
2008, Kwiecień - 7 - 40
2008, Marzec - 6 - 14
Wpisy archiwalne w kategorii
dzień wyścigowy
| Dystans całkowity: | 15687.74 km (w terenie 14227.43 km; 90.69%) |
| Czas w ruchu: | 859:44 |
| Średnia prędkość: | 18.25 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 73.88 km/h |
| Suma podjazdów: | 211753 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 180 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (95 %) |
| Suma kalorii: | 15145 kcal |
| Liczba aktywności: | 254 |
| Średnio na aktywność: | 61.76 km i 3h 23m |
| Więcej statystyk | |
Niedziela, 30 września 2018 • dodano: 03.10.2018 | Komentarze 8
No i dla mnie nadszedł czas na finałowy wyścig w priorytetowym dla mojego teamu cyklu Kaczmarek Electric MTB - w Wolsztynie. Dla mnie była to ostatnia szansa na lepszy wynik, ponoć specjalnie do tego maratonu zawzięcie i z wyrzeczeniami zabrałem się do solidnego trenowania prawie codziennie przez półtora miesiąca - po minięciu linii mety wiem było warto wylać tyle potu, zresztą kto wychodzi na trening niewyspany po 10 godzinnej pracy fizycznej ten wie jak to jest :)
Dojazd, rozgrzewka i pogoda były spoczko. Ekipa fajnych chłopaków z Unit Martombike Teamu zjawiła się w komplecie - ja, Adrian, Dawid, Grzegorz, Krzysztof, Marcin, Przemysław, Stanisław i Wojtek.
Po udanej Zielonej Górze niewiele brakło bym awansował do 1 sektora, zatem ponownie ruszałem z dwójki. Tak się złożyło że wystartowałem z połowy owego sektora i skoro miałem świetne samopoczucie i już na rozgrzewce nogi miło podawały, to decyduję się od razu atakować i cisnąć na 100%, mimo że początkowe paręnaście km jest płaskie, nie moja specjalność. No to poszedłem do przodu pełną parą, wyprzedzałem każdego gdy tylko znalazło się miejsce, wybierałem nawet gorszy tor jazdy - szło mi tak dobrze jak nigdy że juz na 5 km trasy jechałem... jako lider 2 sektora, normalnie dla mnie szok :). Za mną m.in weteran Marek Witkiewicz i kilka mniej znanych wycinaków, wszyscy z mega. Jadąc dalej jako lokomotywa chwilami bawiłem się z rywalami - było trochę szarpania w moim wykonaniu że moje tempo ostatecznie wytrzymało kilka osób i tak powstała mała grupeczka, w której główną rolę grałem cały ja :). No i się zaczęły ciekawsze sekcje na trasie - singielki, wertepy, pagórki, troszkę szybkich prostych. Nadal dobrze mi się pomykało tędy, chłopaki z grupki widocznie usilnie się starali trzymać moich pleców - dali radę, najlepiej z nich radził sam Witkiewicz - tak fajnie i kadencyjnie pomykał na fullu że wziąłem go za wzór jak przejdę do kategorii M5 :). Dość szybko stopniowo doganiamy i z łatwością wyprzedzamy ostatnich z 1 sektora - nie powiem że trochę ich było, co oznaczało dla mnie kolejne miłe zaskoczenie :). Na drugiej połowie pętli mega poczułem że jadę za mocno i troszeczkę zwolniłem bo przede mną czekała do pokonania jeszcze jedna runda. Gdy tylko pętla mega się połączyła z mini to się zaczął chaos z wyprzedzaniem miniowców, grupka moja od razu się rozpadła, akurat pokonywaliśmy serię singli z przelotówkami - było trochę blokowania i czekania na dogodny moment do przebicia się naprzód, mi udało się tędy sprawnie i szybko przebić do przodu, ale łatwo nie było i trzeba było liczyć na wytrenowaną przez lata technikę. Po wjechaniu na drugą rundę to już byłem zdany na siebie samego, wreszcie bosko się zluzowało i cisnąłem z głową dalej. Dobrze się tędy pomykało, ale czuć było powolny klasyczny ubytek powera. Nie przeszkodziło mi to w dogonieniu stopniowo aż 4 sztuk rywali z giga, a za moimi plecami cały czas nikogo chętnego do pokonania mnie :) W końcu końcówka trasy, bagno sprawnie pokonane w siodle, na nadjeziornym singielku szybkość miałem taką że nie zmieściłem się wąsko między drzewami i zawadziłem barkiem o pień (szlify zaliczone). I tak dalej z radochą docieram do mety jako najlepszy gigowiec z drugiego sektora i wiedząc że to było moje najlepsze giga w sezonie :)
32/68 open giga
6/12 - M4
Wynik taki że pierwszy raz od dawien dawna zmieściłem się w pierwszej połowie stawki :)
Strata do zwycięzcy (Grzesiek Grabarek) - 26:14 min, do M4 (Tomek Jaworski) - 17:22 min
Strata do najlepszych z teamu - do Krzycha 12:04 min, do Staszka 7:04 min
WSZYSTKIE powyższe straty najmniejsze w sezonie - JESTEM DUMNY :)
W generalce M4 nie popisałem się - dopiero 9 miejsce przez słabe poprzednie wyniki.
W klasyfikacji drużynowej zdobyliśmy pierwsze dekorowane pudło - 5 miejsce na 94 ekip :)
Natomiast specjalne podziękowania należą się mojej mamie i Ani za trzymanie kciuków :)
Fotki by Janusz Zając, Przemysław Listewnik, Piotr Łabaziewicz i "ukradziona" od Marcina :)

Klimacik z wolsztyńskiej trasy (1) © JPbike

Trochę tłocznego chaosu w trakcie wyprzedzania miniowców © JPbike

Klimacik z wolsztyńskiej Trasy (2) © JPbike

Żeby osiągnąć dobry wynik, musiałem cisnąć nierzadko na 101% © JPbike

Podium M4 giga - ci rywale to górna półka :) © JPbike

No i w końcu doczekałem się drużynowego pudła :) © JPbike

Kompletne drużynowe podium. Nasza drużyna jest niewielka, ale waleczna :) © JPbike
Wirtualna re-transmisja z przebiegu trasy giga na Relive - KLIK.
Kategoria maratony, Kaczmarek Electric, dzień wyścigowy, podium, te szerokie też
Sobota, 22 września 2018 • dodano: 23.09.2018 | Komentarze 5
Kolejny treningowy start w ramach szykowania formy na kaczmarkowy finał (to już za tydzień). Początkowo myślałem o kolejnym starcie na Michałkach w Wieleniu - ich zapisy wyłącznie internetowe i niepewność czy sobotę będę miał wolną nie pozwoliły mi na ich 100 km maraton ze starej szkoły MTB. W tym sezonie na maratonach u Gogola nie startuję - tak się złożyło że w tym samym dniu co Michałki jest Łopuchowo, za którym raczej nie przepadam bo tamtejsza trasa jest za płaska i za szybka. Ale co tam, jechać trzeba, ponoć mawiają że najlepszym treningiem jest wyścig :)
Dojazd i rejestracja jak najbardziej spoczko. Ciepła pora roku właśnie się skończyła - na miejscu wita nas jesienna aura z chłodkiem na poziomie poniżej 15°C, no i wiało z zachodu. Po rozgrzewce czas na start - w stawce mega panuje pełny luz i nikt się nie pcha by startować jak najbliżej czuba. Pierwsze i wąskie km wokół boiska pokonuję bez spiny i z dalekiej pozycji (nie takiej dalekiej, bo na mega skusiło się mniej niż 50 luda). Wpadamy na kilometrową asfaltową dojazdówkę do lasu Puszczy Zielonki - tam od razu cisnę na maxa i sprawnie przebijam się do przodu w stronę swojego miejsca w stawce. Drobne problemy mam z napędem - łańcuch nie chce dobrze pracować na najtwardszym przełożeniu (po jakimś czasie było OK), przez co kręciłem korbą z kosmiczną kadencją i prędkościami powyżej 35 km/h :). Cisnąłem mocno, że udało się dogonić... czołową grupę :). Po 5 km takiego mocnego napierania wpadamy na właściwą 9 km rundę, na mega pokonywaną aż czterokrotnie. Owa runda niczym szczególnym się nie wyróżniała, same szerokie dukty z niemałą ilością pofałdowań, a z odcinków Pure MTB Wielkopolska znalazł się jeden dość krótki fragment. Wracając do rywalizacji - już na początku pierwszej rundy następuje powolna selekcja, konie z czuba uruchomili łydy. Jadąc na tyłach grupy najpierw mnie troszkę przyblokowywują, po czym podejmuję udane ataki, do tego na jedynym technicznym odcinku cisnę ile się da. Po krótkim czasie wyprzedzam stopniowo jeszcze trzy sztuki rywali i tak dalej wraz z gościem od Consdata zaczynam współpracować. Mija pierwsza runda. Na drugiej to od razu dane nam było zacząć wyprzedzać aż do mety tych z mini - nie sposób zliczyć ich wszystkich, różnica prędkości w trakcie manewrów wyprzedzaniowych spora, dobrze że szerokość duktów i kulturka ścigantów były na wysokim poziomie i nic nie traciłem. Na wspomnianym technicznym fragmenciku tak zaszalałem że na jakiś czas udało mi się urwać gościowi od Consdata i mocno starałem się utrzymać przewagę, półpłaski profil trasy nie ułatwiał mi sprawy, walka była godna, rywal doszedł mnie dopiero w połowie trzeciej rundy i od tego momentu ponownie cisnęliśmy razem. No, cisnęliśmy że dogoniliśmy kolejnego z mega, dołączył do nas. Na czwartej rundzie nadal szybko pomykaliśmy, ja już raczej siedziałem na ogonie bo znając swoje możliwości na takiej trasie wymagającej głównie ciągłego i mocnego deptania w pedały wiedziałem że niewiele zdziałam i nie myliłem się. No i małe zaskoczenie - dogonił nas niewiadomo skąd kolejny gość z Consdata i tak dalej już w czwórkę mieliśmy napieranie po długiej prostej z łukami w stronę mety. Na powrotnym asfalciku poczułem że nie mam już tyle mocy w nogach by z nimi powalczyć na finiszu. I tak dojechałem do mety parę sekund za współtowarzyszami. Udany mocny trening zrobiony.
12/45 - open mega
4/13 - M4
Strata do zwycięzcy (Mateusz Mróz) - 5:30 min, do M4 (Michał Gawiński) - 45 sekund... :)
Foto by Tomasz Szwajkowski.

W akcji. Takie płaskacze nie są moją domeną, dałem jednak radę mocno pocisnąć :) © JPbike
Wirtualna re-transmisja z przebiegu trasy na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Gogol MTB, maratony
Sobota, 15 września 2018 • dodano: 16.09.2018 | Komentarze 9
Finał cyklu Solid MTB Maraton. Lubię ich, bo robią niezłe trasy jak na MTB przystało. Pierwotnie planowałem w tym cyklu zrobić generalkę - odpuściłem już po dwóch startach (Mchy i Śrem), na których szło mi poniżej oczekiwań, albo to konkurencja w kategorii M4 doszła do kosmicznego poziomu ...
Zatem na dwa ostatnie ścigi (Bodzyniewo i ten o którym tu mowa) wybrałem się czysto treningowo i ... na obu szło mi troszkę powyżej oczekiwań :) Cóż, takie mi życie wyścigowe zafundowano ... :)
Dojazd do Sławy solo. Nigdy w tym miasteczku nad okazałym jeziorem nie byłem - centrum mnie zaskoczyło bo... wyglądem nie różni się od nadbałtyckiego kurortu :) Parking ulokowali w ośrodku wypoczynkowym... od razu poczułem że przyjechałem na wakacje z rowerem :)
Powitania, pogaduszki z kolegami i można ruszać. Z teamowych kumpli to prócz mnie niespodziewanie zjawił się Dawid, który po minięciu mety (mega) zdobył 2 miejsce wśród wojaków :)
Po Bodzyniewie awansowałem z 3 do 2 sektora, czyli wróciłem na swoje tegoroczne miejsce startowe, od razu poczułem się w dwójce jak u siebie :)
Przed startem zagadałem się z micorem że jedziemy razem to giga, ponoć biker z Gniezna walczył o generalkę, a ja przyjechałem tu zrobić porządny trening.
No to start. Na początek parkowe alejki, obrzeże Sławy, singielek (zakotłowało się) i wpadamy na nudnawą polną dojazdówkę do lasu z pagórami. Zarówno mi, jak i micorowi współpraca idzie dobrze - ciśniemy nieźle, dużo wyprzedzamy, to cieszy. Po wpadnięciu na właściwą leśną rundę, na giga dwukrotnie pokonywaną się zaczęła zabawa MTB. Trasa nas miło zaskakuje - non stop miły las z całą masą świeżych zapachów po opadach, pełno fajnych i krętych singli, dużo odcinków podjazdowo-zjazdowych, no i niewiele szybkich fragmentów. W sam raz dla mnie, MTBowca z krwi i kości :)
Wracając do rywalizacji - na pierwszej rundzie, szczególnie na singielkach wymagających techniki za każdym razem robiły się korki wymagające cierpliwości i czekania na dogodny moment do przebicia się naprzód. Widocznie większość tutejszej wiary z 2 sektora chyba jeszcze nie zaznała smaku prawdziwego kolarstwa górskiego. I tak dalej wraz z Dawidem mocno cisnę, szczególnie na trudniejszych odcinkach pokazuję mu jak się tędy szybko pomyka, a na łatwiejszych fragmentach... zwalniam, byśmy zrównali tempo jazdy, zresztą ja sam nie jestem specem od pomykania po płaskim na wysokim poziomie. Raz, jadąc z przodu i goniąc kolejnego rywala do wyprzedzenia przegapiamy skręt - w porę micor to zauważył. Na drugiej części pierwszej rundy to znaleźliśmy swoje miejsce w stawce i tak wraz z jednym gościem który mocno walczył by utrzymać się z nami dojeżdżamy do rozjazdu i czas na powtórkę z rozrywki MTB - tym razem z pełną swobodą na trasie, bo giga to dystans dla twardych :). Kręcąc dalej, na twarzy Dawida dostrzegłem oznaki zmęczenia, a ten widocznie nie zamierzał się poddawać - nie było takiej opcji w „umowie“ :). W końcu, na 25 km przed metą kompan zaczynał mi odstawać, a mi zależało na utrzymaniu odpowiedniego obciążenia treningowego, zatem dalej pognałem sam. Szło mi nieźle, na ciężkim odcinku dostrzegłem rywala do wyprzedzenia (z 1 sektora), nie udało się go dojść bo gość wyraźnie lepiej radził na płasko-półpłaskich fragmentach, do tego i mnie zaczęło dopadać narastające zmęczenie, które zaczęło się pogłębiać na polnej powrotówce. Kręcąc ostatnie km wyprzedził mnie motocykl zamykający stawkę mega, dogoniłem kilku ostatnich z tegoż dystansu i tak spoczko dokręciłem do mety.
21/36 - open giga
6/10 - M4
Strata do zwycięzcy (Przemek Rozwałka) - 30:46 min, do M4 (Tomek Jaworski) - 29:56 min.
Wynik open zadowalający, a M4 to absolutne minimum do satysfakcji :)
Chłopaków z Baltic Home (Jaworski i Cibart) nie lubię, na bank nie pójdę z nimi na piwo - wlewają mi na mecie tyle że ... :)
Generalnie udany trening zrobiony - liczę na 100% pokazanie swoich możliwości na kaczmarkowym finale w Wolsztynie.
Foto by Matylda Antoniewicz.

Na pierwszych kilometrach. Zaraz nastanie pora by mocno pocisnąć :) © JPbike
Foto by Przemysław Listewnik.

Sezon wyścigowy zbliża się ku końcowi, a ja nadal cisnę, cisnę :) © JPbike
Re-transmisja z przebiegu trasy giga na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, Solid MTB
Niedziela, 2 września 2018 • dodano: 04.09.2018 | Komentarze 5
Przedostatni kaczmarkowy start. Do Zielonej Góry dotarłem bezpośrednio z deszczowego Karpacza, a na miejscu zastałem pochmurną aurę i idealną do ścigania temperaturę na poziomie 20°C.
Walcząca o pierwszą w historii dekorowaną generalkę w cyklu Kaczmarek Electric MTB ekipa Unit Martombike Team wystawiła 5 sztuk - mnie, Dawida, Grześka, Krzysztofa i Wojtka. Plan był prosty, ale niełatwy do zrealizowania - zdobyć jak najwięcej punktów, co oznaczało że minimum czterech z nas musi pocisnąć giga - ostatecznie trzech z nas zrobiło giga, a dwóch mega.
Już podczas krótkiej rozgrzewki stwierdzam że tutejsza trasa będzie ciekawa. Stojąc (tradycyjnie) w tyłach 2 sektora dowiaduję się że jedna pętla o długości 26 km ma 600 m przewyższenia - łatwo policzyć ile w sumie to będzie na giga (3 rundy) :)
No to start. Nie wiem jak to się stało że od pierwszych metrów ruszyłem z kopyta i od razu zaczynam wyprzedzać, niezależnie od szerokości ścieżki i stanu leśnej nawierzchni. Szło mi tak dobrze że łykałem każdego, kto znalazł się przede mną, jeszcze do tego podjazdy brałem z nieprawdopodobną jak na moje możliwości prędkością - normalnie szok, chyba powinienem mieszkać w górach, skoro wczoraj zaliczyłem bardzo udany uphill na Śnieżkę :). Tutejsza trasa mocno i bardzo pozytywnie mnie zaskakuje - w całości w lesie, niemal bezustannie raz pod górę, raz w dół, ilość fajnych i krętych singli z własnymi nazwami powalała, a znienawidzonych przeze mnie odcinków do jazdy „na kole“ praktycznie nie było w ogóle, nawet trafiały się piękne lubuskie widoczki z ponad 200 metrowych wzniesień. Czyli po prostu czułem się na takiej trasie jak rybka w wodzie, tego mi brakowało :)
Wracając do rywalizacji - w okolicy 15 km, po bezustannym wyprzedzaniu (nikt nawet nie próbował mnie gonić) doszedłem Dawida, który startował z jedynki, z szacunkiem wyprzedzając teamowego kolegę zapytałem jaki dystans jedzie (mega) i pocisnąłem dalej, stopniowo doganiając kolejne sztuki z pierwszego sektora. I tak kończę pierwszą rundę, podczas której jedynym drobnym zmartwieniem było zgubienie bidona na wertepiastym singlu zjazdowym. Druga runda - w dalszym ciągu jedzie mi się dobrze, w dalszym ciągu doganiam i wyprzedzam kogoś, nawet trafiały mi się znane nazwiska i sylwetki wycieniowanych ścigantów - niektórzy próbowali mi siadać na koło, nie dałem im szans - a to głównie dzięki wymagającej umiejętności MTBowskich trasie. Gdy tylko wyprzedziłem kolegę od Cellfastów - Artura Zarańskiego, to ten musiał być zdziwiony i widocznie zaczął mnie gonić z całych sił, również i ja pocisnąłem mocniej, tak mocno że na 5 km przed rozjazdem poczułem ubytek sił i musiałem zwolnić, bo czekała mnie jeszcze jedna niełatwa runda. Poskutkowało to że Artur z jednym gościem mnie dogonili i ... skręcili na mega. No i na trzeciej rundzie zostałem sam z klasyczną samotnością długodystansowca. Kręciło się niestety ciężej, ale bez tragedii kryzysowej. Myślałem że za parę chwil ktoś mnie dogoni. Walcząc dalej z narastającym zmęczeniem, kolejnymi kilometrami, wzniesieniami i zbliżającą się kolką wysiłkową byłem zdziwiony że na drugiej części ostatniej rundy nikt mnie nie dogonił, do tego ja sam doszedłem najpierw jednego, po jakimś czasie drugiego i na koniec trzeciego - wszyscy trzej widocznie byli bardziej ujechani ode mnie. W końcu jest upragniona meta i zastanawianie się jak wypadłem wynikowo na tym giga ...
31/43 - open giga
7/9 - M4
Krótko i treściwie - taki wynik (open) to szczyt moich tegorocznych możliwości na silnie obsadzonej stawce giga.
Strata do zwycięzcy (Mariusz Gil) - 49:46 min, do M4 (Piotr Cibart) - 32.46 min
Drużynowo w tym wyścigu zajęliśmy świetne 4 miejsce, a w generalce mamy 5 pozycję.
Fotki by Renata Tyc, Piotr Łabaziewicz.

Oj, dawno tak dobrze nie pomykało mi się na maratonie MTB :) © JPbike

Wyprzedzania i dublowania miałem mnóstwo © JPbike

Na technicznych odcinkach bawiłem się świetnie :) © JPbike

W końcu meta. Niezależnie od wyniku to było moje udane giga w sezonie :) © JPbike
Wirtualna re-transmisja z przebiegu giga (3 rundy) na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony
Sobota, 1 września 2018 • dodano: 03.09.2018 | Komentarze 6
Pierwotnie nie planowałem tegoż uphillowego startu. Gdy tylko dowiedziałem się że w tym sezonie nie będzie a jakże bardzo udanego dla mnie w dwóch poprzednich sezonach maratonu "Rowerem przez Karkonosze“ (dwie wygrane (klik 1), (klik 2)), to po długim namyśle skusiłem się na ten tytułowy wyścig organizowany przez Rotary Club i mający charakter charytatywny.
Na Śnieżkę wjeżdżałem wyścigowo dwa razy, w sezonie 2008 i 2009, czyli sporo czasu minęło i czas sprawdzić gdzie obecnie stoję z podjazdową formą :)
Do Karpacza przyjechałem wraz z rodzicami już we wtorek i dzięki temu porządnie mogłem się powysypiać i pokręcić wycieczkowo-treningowo po okolicznych górach. Do piątkowego popołudnia pogoda dopisywała, a prognozy na dzień startu zapowiadały całodniowy deszcz i nazajutrz w sobotę niestety się sprawdziły, temperatura spadła do 12°C, do tego w górnych partiach Karkonoszy panowała konkretna mgła, dobrze tylko że wiatr odpuścił.
No to ruszyłem spod noclegowni w deszczyku do biura zawodów, zostawiłem tam plecak z suchymi kolarskimi ciuszkami na zmianę (zbędny nasz balast wwozili do Domu Śląskiego terenówkami). Powitania, pogaduszki z paroma kolegami i jazda w kolumnie na deptak w centrum Karpacza, chwila oczekiwania i START, oczywiście w deszczyku.
Ruszałem z 1/3 stawki (na mecie sklasyfikowano 254 osób). Pierwsze i asfaltowe ponad 4 km prowadzące do Stacji Narciarskiej „Biały Jar“, skręt na kultowy i znany z TdP ciężki podjazd pod Orlinek, kawałek zjazdu i końcówka do Karpacza Górnego poszły mi przeciętnie - wyprzedzania w mojej części stawki niewiele, po prostu jechałem swoje i stopniowo łapałem swój podjazdowy rytm. No, stroma ściana pod Wang, tu najlżejsze przełożenie 34/40 ledwo mi starcza i wpadamy na te sławne, nierówne i paskudne bruki prowadzące na sam szczyt - nachylenie prawie w ogóle nie spada poniżej 11% (max 19%), od tego momentu elegancko łapię swój rytm i zaczynam stopniowo wyprzedzać jednego za drugim - to cieszy, ale wiem że mocy by zbliżyć się do czołówki jeszcze mi brakuje. Dodatkowo dobra znajomość trasy pozwala mi w pełni kontrolować sytuacje typu: gdzie przycisnąć, gdzie zwolnić by złapać chwilę oddechu, itp. Po przekroczeniu Polany (1067 m) deszczyk ustaje i stopniowo wjeżdżamy w mglistą krainę - w sumie fajny klimat, chociaż widoczków nie ma. I tak brnę do góry, powoli łykając kolejnych rywali, nierówne bruki nie ułatwiają sprawy w utrzymaniu równego tempa. Mijamy Strzechę Akademicką (1258 m), mgła staje się coraz gęstsza, kolejna długa ściana do pokonania - na swoim 34/40 daję radę sprawnie podjechać, przy tym na krótkim wypłaszczeniu dochodzę grupkę rywali. Na zjeździe do Przełęczy pod Śnieżką (1394 m) wyprzedzam kilku naraz, ponoć ów zjazd po brukach w mocno mglistych warunkach wymaga skupienia. No i został jeszcze do pokonania ponad 2 km atak szczytowy po najbardziej paskudnej nawierzchni - poza stromizną szczeliny między brukami są straszne i łatwo o wybicie rytmu. Mgła zamieniła się w mleko - widoczność ledwo 20-30 metrów. Ku mojemu zdumieniu szybko uciekam dopiero co wyprzedzonym paru rywalom i od tego momentu już samotnie atakuję końcówkę. Czuć narastający chłód, a na wschodnim zboczu Śnieżki troszeczkę powiało. Na 500 m przed metą wyprzedza mnie gość niewiadomo skąd i na karbonowym fullu - pogratulowałem mu za lepsze rozłożenie sił ode mnie :). W końcu końcówka morderczego i emocjonującego podjazdu - nagle zrobiło się ślisko, dwa razy tylne koło zabuksowało, w porę nad tym zapanowałem (technika, technika :)) i z radością, oraz przy oklaskach grupki kibiców zdobywam Królową Karkonoszy (1602 m) na rowerze po raz trzeci :)

To już ostatnie metry ciężkiej wspinaczki. Dawaj! Dawaj! :) © JPbike
Czas podjazdu - 1:15:33 godz - osobisty rekord sprzed 9 lat poprawiony o ponad 8 minut - JESTEM DUMNY :)
25/254 - open
8/96 - M40
Strata do zwycięzcy (Marcin Mokiejewski) - 17:49 min, do M40 (Rafał Ignaczak) - 17:43 min

Kolejna radosna chwila w moim życiorysie :) Warunki na szczycie - widać :) © JPbike
Na szczycie spędziłem krótką chwilę, mleczna mgła, zero widoczków, turystów niewiele i chłód na poziomie 6°C, do tego ja cały przemoknięty. Na szczęście organizator spisał się znakomicie - zorganizował bazę w cieplutkim Domu Śląskim. No to zjazd do Przełęczy pod Śnieżką - wychłodziłem się znacznie, ręce zaczęły sztywnieć. W tłocznej bazie od razu przebieram się w suche portki, wypiłem 3 ciepłe herbatki, zjadłem placka, podzieliłem się wrażeniami z kolegami i tak po jakimś czasie już ogrzani mogliśmy w kolumnie zjechać do Karpacza.
Podjazdowa re-transmisja na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Uphill race, w górach, wysokie szczyty
Niedziela, 26 sierpnia 2018 • dodano: 28.08.2018 | Komentarze 9
Po miesiącu „przerwy“ od wyścigów pojechałem do Bodzyniewa sprawdzić swoją obecną dyspozycję i byłem ciekaw czy systematyczne treningi, jakie od tygodnia wykonywałem dzień po dniu dadzą jakieś efekty.
Owa miejscówka jak i trasa są mi doskonale znane - startowałem tu w zeszłym roku, do tego sporo fragmentów (tych ciekawszych) jest znanych z gogolowego Dolska. W cyklu Solid MTB Maraton ostatnio ścigałem się w maju (Śrem) i wypadłem bardzo słabo - poskutkowało to spadnięciem do 3 sektora - gorzej już być nie może :)
Po spoczko rozgrzewce wskok do wspomnianego sektora. Umieściłem się w drugiej połowie stawki i patrzę wokół na rywali - ilość wycinaków i tych na porządnych rumakach z górnej półki praktycznie niezauważalna, od razu wiem że będzie blokowanie na singielkach i odcinkach wymagających techniki - nie myliłem się.
Po odpaleniu jedynki i dwójki czas na start. Na początek 3 km polny dojazd do lasu. Ostatnie opady pozwoliły troszkę związać paskudne piachy i dzięki temu od pierwszych km można było cisnąć szybko. Pomykając tędy nic ciekawego nie wydarzyło się - wszyscy dostojnie i w dwóch rzędach cisnęli, od czasu do czasu ktoś (ja też) przebijał się do przodu, póki było miejsce na takie manewry. Już na pierwszym leśnym podjeżdziku pokazuję wszystkim jak się atakuje na gorszej nawierzchni - w efekcie kilkanaście sztuk załatwione za jednym zamachem (takich akcji zaliczyłem dwukrotnie). Pierwszy dłuższy singielek - tragedia i nie wspomnę jak strasznie mnie blokowali. Natomiast na stromej i piaszczystej ściance zjazdowej jeden gość przede mną przeliczył się z umiejętnościami i tak mnie przyblokował że musiałem ratować się glebą, na szczęście miękką. Od tego momentu wreszcie się trochę zluzowało i wreszcie mogłem kręcić swoje po fajnych odcinkach klasy Pure MTB Wielkopolska - rzeczywiście stopniowo wyprzedzałem jednego za drugim, poza płaskimi dojazdówkami. Na jednym płaskim odcinku popełniam głupi błąd - będąc na czubie grupki przepuszczam rywala i zerkam wzrokiem do tyłu by ocenić sytuację, po chwili zawadzam przednim kołem o poprzedzającego - w efekcie solidna gleba przy 30 km/h zaliczona, bilans strat - szlify na barku, łokciu i piszczeli, oraz naderwany chwyt na kierownicy. To nic, cisnę dalej, by dogonić grupkę - szło mi wtedy ciężko, bo akurat ów odcinek był dość szybki. Chwilowo myślałem wtedy by zjechać na mega. W końcu charakterystyka trasy typu: góra - dół - singielki - zakręty tak mi sprzyjała że bez problemu doganiam kolejnych rywali do łyknięcia, w tym tych z 2 sektora, czyli jest dobrze :) Po skręcie na 2 rundę giga przede mną pustka, za mną 2 rywali - po chwili jeden mnie wyprzedza i jedziemy razem do czasu gdy ten przede mną zagapia skręt na singielek - w 100% to wykorzystuję i cisnę ile fabryka daje, w efekcie po paru km jest pusto za mną - lubię to :). I tak dalej już tylko pozostało mi kontrolowanie sytuacji, przy tym dogoniłem ostatnich megowców. Na koniec paskudny i znienawidzony 3 km polny odcinek i jest meta.
27/37 - open giga
7/11 - M4
Strata do zwycięzcy (Bartłomiej Oleszczuk) - 32:57 min, do M4 (Wojtek Czajka) - 21:01 min
Wynik nie powala, strata do zwycięzcy M4 - bardzo malutki progresik jest ... :)
Foto by Piotr Jamróg.

Start. Takie płaszczyzny i jazda na kole nie są moją domeną © JPbike
A tutaj to może będzie więcej fotek ...
Re-transmisja z przebiegu trasy giga na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, Solid MTB
Sobota, 28 lipca 2018 • dodano: 29.07.2018 | Komentarze 4
- po prostu chciałem zobaczyć jakie mają trasy w serii Cyklokarpaty
- dojazd spoczko, w nieco ponad godzinę, po drodze powalające widoczki :)
- zaparkowałem przy stacji PKP, a tu szok - nadjechał skład z parowozem
- rejestracja spoczko i bez kolejki
- po wskoku w teamowe portki stwierdzam że wypasiony licznik nie działa :(
- decyzja taka że jadę bez licznika, bez smartfona (niedoładowany)
- stawka mega i giga niewiele mniejsza ilościowo od kaczmarkowej
- start z czarnej dupy, wszystkie 8 sektorów ruszyli wspólnie
- pierwsze km spokojne, po asfalcie w dół i łagodnie pod górę
- wpadamy w konkretny teren i od razu tłoczno się zrobiło
- podjazd pod Śnieżnicę (1006 m) bardzo ciężki, do tego niemało błotka
- podjeżdżając tędy, powolutku, acz systematycznie wyprzedzam
- końcówka wspinaczki to raczej wypych - stromo i korzenie
- długi zjazd, trochę ślisko i technicznie, kamienie nie ułatwiały sprawy
- przejazd przez polanki, błoto, wioseczki i pierwszy bufet
- po tym powyższym stwierdzam że nie jedzie mi się najlepiej, myślę o mega
- zbyt długi i nudny przelot bocznymi asfalcikami i skręcam na mega
- zaczynamy długi podjazd na Ćwilin (1072 m)
- ów podjazd to masakra, koleiny, błoto, kamienie, a końcówka alpinistyczna
- długi zjazd to kamieniste hardcore najwyższej kategorii - przeżyłem :)
- kolejne przedzieranie się przez błoto i bardzo widokowe polanki
- zostałem wyprzedzony przez zwycięzcę giga (Dariusz Batek), czyli słabo jechałem
- po zjechaniu do Mszany Dolnej drugi bufet (na 36 km trasy)
- no i PECH - nie mam biegów z tyłu - linka pękła :(
- staję i pomysłów na naprawę brak, mimo tego jadę (pcham) dalej
- przed nami ostatni, długi i ciężki podjazd na Lubogoszcz (968 m)
- wspinając się z buta jest mi ciężko, tracę chęci do dalszej jazdy (wspinaczki)
- decyduję się na DNF, zjeżdżam w dół i wracam asfaltem do Kasiny Wielkiej
- droga powrotna jest pod górę, był spacer, a na wypłaszczeniach na twardo kręcenie
- po dotarciu spory niedosyt i niezadowolenie ze słabej jazdy jest ...

Zabójczy profil giga - 69 km i 3100 m podjazdów :) © JPbike

No i po nieudanym wyścigu. Trochę błotka nas oblepiło © JPbike
Kilometry i czas szacunkowe, Relive i GPS ze Stravy brak, bo wiadomo - bez licznika jechałem.
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, w górach
Niedziela, 22 lipca 2018 • dodano: 23.07.2018 | Komentarze 6
Siódmy kaczmarkowy start. Tym razem w górach, przy stacji narciarskiej na Łysej Górze koło Dziwiszowa. Ciężki miałem tydzień, w roboczych dniach nie udało się zrobić żadnego treningu, tradycyjnie już przez przetyranie pracą. Do tego prócz mnie żaden z teamowych kumpli nie dał rady wybrać się na ten jedyny w 100% górski maraton u Kaczmarka.
Ponieważ ja właśnie zaczynam upragniony górski urlop zarówno z góralem i szosówką, więc dojazd solo i bezpośrednio z Wielkopolski (niecałe 4h jazdy). Okazało się że źle zorganizowałem czas - w efekcie na miejsce dotarłem na 40 min. przed startem i nici z rozgrzewki, czyli tragiczna mieszanka braku systematycznych treningów, niewyspania, zmęczenia podróżą i nieobecności reszty teamowiczów powodowała że stojąc na samym tyle tłocznego (!) 2 sektora jakoś nie miałem chęci do ścigania, ale skoro tu już jestem to muszę jechać.
Trasa w Dziwiszowie, zresztą znana mi z zeszłego roku wyróżnia się na tle pozostałych kaczmarkowych ścigów znacznie krótszym dystansem - w przypadku giga to niespełna i „zaledwie“ 60 km, za to przewyższenie sięgające 2400 m to już coś dla prawdziwych górskich kolarzy :).
No to start. Na początek ... kilometrowy podjazd i już mamy 100 m przewyższenia :). Jakoś jedzie mi się nieźle i od razu zaczynam wyprzedzać. Zamontowanie na górskie kręcenie przedniej przerzutki i „blacików“ 32/22 szybko okazuje się dla mnie strzałem w dziesiątkę - na wyższej kadencji lepiej mi się podjeżdża :). Pierwszy zjazd - na razie nie szaleję, jedziemy jeden za drugim, bo tutejsze górskie fragmenty zjazdowe nie są zbyt szerokie i usiane zdradliwymi niespodziankami w postaci pokaźnych korzeni, poopadowej nawierzchni, kolein, luźnych kamieni, kałuż, patyków, gałęzi, no i niewiadomo co czyhało na trawiastych łączkach. Żeby nie było - już na pierwszych zjazdach zauważam gleby, braki w technice u rywali - przez to oczywiście przebijam się do przodu. Po dojechaniu do znajomego, dość długiego szerokiego szuterka podjazdowego stawka znów się zrównuje. Gdy tylko dokręcamy do miejsca gdzie w zeszłym roku był rozjazd to okazuje się że trasa jest zmieniona - pozbawiona morderczego i trawiastego podjazdu pod szybowisko, no i pętlę giga poprowadzili na odrębnym i niepowtarzalnym fragmencie - prawie jak u Golonki, czyli zmiana trasy wyszła na duży plus.
Jadąc dalej, miałem trochę tasowań - tzn. rywale lepiej lub równo radzili na „łatwych“ odcinkach, a ja od razu ich łykałem na technicznych odcinkach :). Raz zaliczyłem glebkę w błotnej kałuży :). Najbardziej w pamięci utknął pewien arcytechniczny, stromy zjazd po luźnych kamieniach i z koleinami - zjechałem z bananem na twarzy i przy tym załatwiając kilka osób :). W miarę zbliżania się do rozjazdu zaliczałem kolejne lepsze momenty - niemało wiary (głównie ci z mega) powyprzedzałem na ciężkich podjazdach i zjazdach, że zrobiło się pusto za mną. Po skręceniu na dodatkową pętlę giga wiadomo - klasyczna samotność długodystansowca. Trasa prowadziła przez wspomniane szybowisko, tyle że podjeżdżane od innej, dzikiej strony z dodatkiem znanego i super widokowego zjazdu do Jeżowa Sudeckiego. W końcu, po przejechaniu ze 40 km dopada mnie pokaźne odcięcie, zresztą po braku treningów i niewyspania mogłem się tego spodziewać. W efekcie podjazd od Jeżowa w większości robię z buta, chwilami zerkając na licznik, na procenty nachylenia - min 10%, max 18% ... Na szczycie mikro bufet - obsługująca go miła para emerytów mnie ratuje bananami, arbuzami i 3 butelkami wody - pomogło do czasu kolejnego odcięcia, czyli do połowy kolejnego długiego podjazdu - byłem już trupem, że na minutkę stanąłem by złapać normalny oddech i spożyć ostatniego z pięciu teamowych żeli. Włócząc się dalej, raz było butowanie, raz kręcenie głównie siłą woli, marzyłem tylko o dotarciu do mety. No i cały czas dziwiło mnie że nikt mnie nie dogania - czyżbym był ostatnim? na pewno nie, bo motocykla zamykającego stawkę ani widu, ani słychu. Do mety, ulokowanej na szczycie oczywiście w końcu dotarłem mocno dobity, ale jeszcze równo stojący na nogach :). Szybki owocowy bufet, rzut oka na kartkę z wynikami giga - prawie 2 godziny straty do zwycięzcy open i ostatni (niedekorowany) w M4 mówią same za siebie. Po tym czym prędzej zwiałem do auta i spadam urlopować :)
39/41 - open giga
8/8 - M4
Foto by Piotr Łabaziewicz

Słabe i mało górskie ujęcie wyszło, tak jak mój marny wynik © JPbike
Re-transmisja z przebiegu trasy giga na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony, w górach
Niedziela, 8 lipca 2018 • dodano: 10.07.2018 | Komentarze 3
Szósty kaczmarkowy start. Tym razem w Nowej Soli. Dojazd solo i na sporo przed czasem, zatem sporą rozgrzewkę zrobiłem. Rok temu tu startowałem i wiedziałem czego się spodziewać po trasie (chociaż tegoroczną wersję troszkę zmienili) - długa (10 km) i płaska dojazdówka/powrotówka, na giga dwukrotnie pokonywana ze 30 km leśna runda zarówno po szerokim, jak i singlach, no i troszkę lubuskich wzniesień się znalazło.
Unit Martombike Team wystawił do rywalizacji 5 sztuk - mnie, Adriana, Dawida, Grześka i Krzycha, natomiast jako niestartujący zjawili się Marcin i Przemysław.
Start tradycyjnie mam z tyłów 2 sektora, który tym razem nie był zbytnio zapełniony. Zgodnie z moimi przewidywaniami - pierwsze km po tym nudnym i polnym płaskim jadę w ogonowej grupce dwusektorowców, na szczęście jedzie mi się nie najgorzej, pewnie dzięki długiej rozgrzewce, nie jestem ostatni - za mną pomyka ze 10 osób, a przede mną aż do wpadnięcia w las mam na polu widzenia czub 2 sektora. Po wjechaniu na właściwą rundę od razu się rozkręciłem (ale nie tak jak chciałbym), tworzymy grupę, trasa mnie nie pociesza, bo na pierwszej części rundy zbyt dużo dodali długich autostrad - nie moje klimaty i nie czułem się sobą. Mimo tego zaczynam wyprzedzać i po jakimś czasie pierwszy raz w sezonie jadę na czubie grupy - myślę czyżby w końcu złapałem jakąś tam formę? :). Gdy tylko i wreszcie pojawił się skręt na ciekawsze sekcje z elementami pure mtb lubuskie (bez przesady) to od razu uruchamiam swoje możliwości mtb i powoli zaczynam się oddalać od współtowarzyszy - to cieszy :). Niestety, nie mogłem się długo nacieszyć ucieczką - albo nie miałem odpowiedniego powera w nogach, albo te leśne odcinki okazały się dość szybkie - przez to rywale jechali blisko za mną. Po jakimś czasie nie wiedzieć czemu ... zwolniłem i utraciłem kilka pozycji, jeszcze do tego spadła moc w nogach że na krótko przed rozjazdem myślałem o skręcie na mega, ale nie wiedziałem czy reszta teamowiczów skusiła się na giga po cenne punkty dla teamu, zatem bez zastanawiania skręciłem na królewski dystans. Zanim do tego doszło to po drodze był ciekawy akcent - na ściance podjazdowej kilka sztuk przede mną (ci co mnie wyprzedzili) prowadziło rowery, a ja bez problemu podjechałem i przy tym kilku zostawiłem za mną :). Defekcik tam też był - gałązka z liśćmi wkręciła się w cały napęd i ze 15 sekundowy pitstopik zaliczony. Natomiast druga runda przebiegła już słabiej, kręciłem głównie siłą woli i bez ciekawszych zdarzeń. Po drodze wyprzedziło mnie dwóch naraz, jeden był po defekcie, drugi później osłabł, a na płaskiej powrotówce znów mi uciekł, na dobitkę zostałem pokonany przez weterana Grześka od rybek, tuż przed metą mijałem wspomnianego defekciarza z kapcioszkiem (to Wojtek od rybek) i tak już tylko dokrętka do końcowej kreski, na parkingu kilka zdań z Krzychem i Grześkiem, pakuję się do auta i wracam do domu. Generalnie to był słaby maraton w moim wykonaniu - może miałem rację że dzień wcześniej przesadziłem z terenowym napieraniem ...
55/60 - open giga
11/12 - M4
Strata do zwycięzcy (Andrzej Kaiser) - 48:39 min, do M4 (Tomek Jaworski) - 34:27 min
Team leader Krzychu dołożył mi na mecie 27:41 min - kolejna masakra ...
Gdy tylko zajrzałem na straty z zeszłorocznej Nowej Soli (37 min do zwycięzcy, 23 min do M4) - jest coraz gorzej !
Mały pozytyw - każdy z pięciu Unitów pojechał giga, czyli 100% skuteczność zaliczona :)
Foto by Piotr Łabaziewicz

Maraton słabo przejechałem, za to fotka z jedynego technicznego zjazdu odlotowa :) © JPbike
Wirtualna re-transmisja z przebiegu dwóch rund na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony
Niedziela, 24 czerwca 2018 • dodano: 25.06.2018 | Komentarze 3
Piąty kaczmarkowy start i zarazem półmetek priorytetowego cyklu dla mojego teamu. Dojazd do leżącej w pobliżu Strzelc Krajeńskich urokliwej mieściny Długie przebiegł w towarzystwie Staszka i nowo poznanej Marii (wygrała mini K2). Unit Martombike Team na ów maraton wystawił 5 sztuk - mnie, Grześka, Marcina, Przemysława i Stanisława.
Na miejscu mamy bardzo dobrą pogodę do ścigania - pochmurno i lekko poniżej 20°C. Po wskoku w teamowe ciuszki okazuje się że czasu na rozgrzewkę brakło - w efekcie do 2 sektora ładuję się (na sam jego koniec) na kilka minut przed odpaleniem elity.
No i poszli. Na początek jest niezły i szeroki podjazd, po tym długa prosta i wpadamy na świetnie ułożoną ze 23 km rundę z 500 m przewyższeniem, na giga pokonywaną trzykrotnie. Jest na niej niemal wszystko co powinno być na pozagórskim maratonie MTB - podjazdy i zjazdy zarówno te trudne i łatwe, niezliczona ilość ostrych i łukowatych zakrętów, troszkę singielków, troszkę typowego już piachu (większość na zjazdach), są fajne sinusoidy, zero asfaltu, a końcowy dojazd na kolejną rundę/do mety to długi, szybki i lekko zjazdowy szuterek z dodatkiem płyt betonowych - w porównaniu do zeszłego roku orgi mocno zmodyfikowali trasę na wielki plus.
Natomiast jazda w moim wykonaniu to tak jak myślałem - po ruszeniu jedzie mi się słabo, żadnej pary w nogach i w efekcie tak przez kilkanaście km jadę niemal wśród ostatnich z 2 sektora. Znając siebie nie przejmuję się tym, wiem że mając dobre samopoczucie to za jakiś czas złapię swój rytm i po ujechaniu ze 15 km faktycznie zaczynam stopniowo przesuwać się do przodu. Ci wyprzedzani przeze mnie nierzadko próbowali walczyć, często były tasowania zamiast ucieczek, no i szybko okazuje się że duża ilość trudniejszych odcinków mi sprzyjała :). Wypada wspomnieć o zachowaniu fair play dla teamowego Grześka - na 8 km trasy stał na poboczu i dzwonił o pomoc - jeden kolega z teamu rybek zaliczył poważną kraksę, po czym Grzesiek ruszył dalej i na 11 km mnie wyprzedził - chłopak ma formę. I tak zleciała pierwsza runda. Natomiast na drugiej to rozkręciłem się na całego, bez zastanawiania łykałem każdego kto znalazł się przede mną, sporo ich było, przebijałem się do przodu nawet na wąskich i ciężkich podjazdach, jak i technicznych zjazdach - w efekcie 2 rundę pokonałem przeszło 5 minut szybciej od poprzedniej (dzięki funkcji pamięci czasu okrążeń w liczniku). No i została jeszcze trzecia runda - nie było klasycznej samotności długodystansowca, mimo narastającego zmęczenia i nieznacznie wolniejszego tempa na całej ostatniej rundzie udało się wyprzedzić stopniowo 5 osób z giga, z czego dwie ostatnie sztuki startujące z wyższego sektora dotarły do mety kilkanaście sekund przede mną - widocznie szerokie szuterki prowadzące wprost do mety niezbyt mi służą. Ogólnie dla mnie to był spoczko maraton, jak się zna swoje możliwości i aktualny poziom wytrenowania.
47/59 - open giga
9/12 - M4
Strata do zwycięzcy (Mariusz Gil) - 51:49 min, do M4 (Piotr Cibart) - 35:49 min
Obie straty typowe dla mnie w tym sezonie.
Natomiast rywalizacja o dekorowaną generalkę M4 robi się zacięta.
Na półmetku sezonu UNIT MARTOMBIKE Team zajmuje wysokie 5 miejsce !
Foto by Renata Tyc.

Jak widać - jak złapałem swój rytm to bawiłem się przednio :) © JPbike
Wirtualna re-transmisja z przebiegu trzech rund na Relive - KLIK.
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony








