top2011

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski
Info o mnie.

- przejechane: 192899.55 km
- w tym teren: 69687.25 km
- teren procentowo: 36.13 %
- v średnia: 22.49 km/h
- łączny czas: 355d 14h 27m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156 TN-IMG-2156 tn-IMG-6357 south poland

Zrowerowane gminy



Archiwum 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

Wpisy archiwalne w kategorii

dzień wyścigowy

Dystans całkowity:15687.74 km (w terenie 14227.43 km; 90.69%)
Czas w ruchu:859:44
Średnia prędkość:18.25 km/h
Maksymalna prędkość:73.88 km/h
Suma podjazdów:211753 m
Maks. tętno maksymalne:180 (102 %)
Maks. tętno średnie:169 (95 %)
Suma kalorii:15145 kcal
Liczba aktywności:254
Średnio na aktywność:61.76 km i 3h 23m
Więcej statystyk
  • dystans : 68.74 km
  • teren : 65.00 km
  • czas : 04:08 h
  • v średnia : 16.63 km/h
  • v max : 57.71 km/h
  • hr max : 165 bpm, 94%
  • hr avg : 143 bpm, 81%
  • podjazdy : 2235 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Bike Maraton Zieleniec

    Sobota, 29 sierpnia 2020 • dodano: 30.08.2020 | Komentarze 3


    Trzeci w sezonie grabkowy start. Tym razem w wysoko położonym Zieleńcu (prawie 900m), będącym częścią Dusznik Zdroju. Dojazd na miejsce dnia poprzedniego, z dwoma kolegami - Staszkiem z teamu i Ryszardem od rybek. Tak wyszło że trafił się nam nocleg w samym miasteczku zawodów - super sprawa :)

    Zgodnie z prognozami - w nocy popadało, nazajutrz na szczęście przestało padać, mamy grube zachmurzenie i wiatr, temperatura spadła do 13°C, zatem podkoszulek i rękawki poszły w ruch.

    Owa miejscówka jest nowością na mapie grabkowych maratonów, ponoć wcześniej od ponad dekady organizowali go lokalni pasjonaci pod nazwą „Maraton MTB im Artura Filipkaka „Fisha“ - tu więcej info o nim.

    Punkt 10-ta start ponad 80 osobowej stawki giga. Na początek ze 2 km lekki zjazd asfaltem w dół i wpadamy w podjazdowy teren prowadzący do górnej stacji wyciągu. Jedzie mi się spoko, szybko znajduję się w swoim miejscu, rozpoznaję rywali z mojej kategorii. Błotka nie brakuje. Zaczynamy zjazd po trawiastej nartostradzie i mijamy przeróżne obiekty narciarskiej infrastruktury - momentami jest stromo i ślisko (błotko) w dół. Tasuję się wtedy z Krystianem z STS Extreme Strzelin (też z M4). Po zjechaniu w dół ciężki podjazd błotno - trawiasty, właśnie tam stawka giga zaczęła się rozciągać i każdy z nas jedzie swoje. Na kolejnym podjeździe Krystian się zatrzymuje (problemik z napędem), a mnie wyprzedza Zuzanna Krzystała (2 miejsce open kobiet). Gdy zaczynamy zjazd po fajnym i wyprofilowanym singletracku to rozwijam skrzydła (czyt. umiejętności techniczne) i doganiam Zuzannę, zjeżdżamy do znanej mi ze startu XC w 2015 - Tauron Duszniki Arena (biathlon, biegówki), gdzie ulokowali premię lotną i jazda dalej, w stronę Dusznik Zdroju. Po drodze mamy kilka stromizn w dół i techniczny zjazd po schodach. Wraz z Zuzanną doganiamy jednego gościa i tak we trójkę przejeżdżamy przez fragment miasta by po chwili wpaść na leśny podjazdowy teren z ostrymi zygzakowatymi zakrętasami. Przez jakiś czas zostawiam z tyłu Zuzannę, która jednak na ciężkim podjeździe do Schroniska pod Muflonem mnie na dobre załatwiła i tyle ją widziałem - ma dziewczyna moc. Po chwili wyprzedza mnie wspomniany gość. Po tym krótki zjazd i pokonujemy ciężki nawierzchniowo leśny podjazd, głównie po trawie - wiało nudą, ale jechać trzeba. Wpadamy na troszkę długi, półpłaski i szeroki szuter trawersujący zbocze gór, by po tym wjechać na fajny singiel zjazdowy - zaszalałem i wyprzedziłem wspomnianego gościa. Po zjechaniu czas na długi, szeroki szuter podjazdowy (średnio 6-8%) w stronę rozjazdu. Cisnę pod górę ile się da, nikogo przede i za mną. Na krótkim wypłaszczeniu łączymy się z classicem i znów podjazd na którym wyprzedza mnie z małą różnicą prędkości dwóch gości pewnie z czołówki tegoż krótkiego dystansu.
    W końcu skręt na 2 rundę giga poprzedzony trawiastą ścianką podjazdową i jazda pokonać ponownie wyprofilowany singletrack, zaczynamy stopniowo wyprzedzać tych z mega, Tauron Duszniki Arena, zjazd do Dusznik Zdrój i zygzakowaty terenowy podjazd - zauważyłem że wspomniany Krystian i jeszcze jeden rywal z M4 doganiają mnie. Faktycznie, zacząłem czuć zmęczenie i kręciłem już ciut wolniej. Krystian mnie wyprzedził przed nudnym trawiastym podjazdem, z trudem udaje mi trzymać za nim kontakt wzrokowy. Na szerokim szutrze nic ciekawego, zjazd singlem spoko (poza wyprzedzaniem pojedynczych z mega), no i został jeszcze do pokonania najdłuższy podjazd - wspomniany szeroki szuter. Jakoś udaje mi się cały czas trzymać kontakt wzrokowy z Krystianem. W górnych partiach wpadamy na kolejny wyprofilowany singletrack - tym razem podjazdowy. Do tego zrobiło się tłoczno, bo wraz z nami ścigali się ci z classica - co chwila dawałem „uwaga lewa“, kulturka przepuszczania gigowców była. Krystian cały czas blisko przede mną, za to za plecami zauważam że goni mnie aż dwóch rywali z M4, pozamiatane? niezupełnie, powalczę do końca ile fabryka moja da mi mocy. Wjeżdżamy na ponad 1000m, singletrack ustępuje granicznemu singielkowi z ciężką nawierzchnią po grzbiecie z dodatkiem błotka i korzeni. Wyprzedza mnie mocny rywal z M4 (Przemysław ze Strefy Sportu) - prawdopodobnie był po defekcie. W końcu zjazd do Zieleńca, po wspomnianej na początku relacji nartostradzie i tak już wpadam na metę.
    W sumie w stawce rywali M4 było tak ciasno że różnica na końcowej kresce między czwartym a ósmym (ja szósty) wyniosła ... 3 minuty, oj będzie ciężko o dobre miejsce w generalce - taki urok rywalizacji na wysokim poziomie :)

    31/69 - open giga
    6/21 - M4

    Strata do zwycięzcy (Karol Rożek) - 51 min, do M4 (Andrzej Kaiser) - 29 min


    Foto by Kasia Rokosz, Anka Ares Baran, Szymon Korzuch
    Cały urok prawdziwego MTB :)
    Cały urok prawdziwego MTB :) © JPbike

    W akcji na końcowych kilometrach, walka trwa do końcowej kreski
    W akcji na końcowych kilometrach, walka trwa do końcowej kreski © JPbike

    Niezłe te podkłady trawiastego błotka na nartostradzie :)
    Niezłe te podkłady trawiastego błotka na nartostradzie :) © JPbike





  • dystans : 70.77 km
  • teren : 60.00 km
  • czas : 04:45 h
  • v średnia : 14.90 km/h
  • v max : 58.34 km/h
  • hr max : 167 bpm, 95%
  • hr avg : 141 bpm, 80%
  • podjazdy : 2756 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Bike Maraton Kowary

    Niedziela, 16 sierpnia 2020 • dodano: 18.08.2020 | Komentarze 3


    Po udanej Szklarskiej Porębie postanowiłem że powalczę o generalkę u Grabka. Kowary to nowa miejscówka na mapie górskich maratonów.
    Dojazd spoko, bo z pobliskiego Karpacza, gdzie nocowałem. Pogoda na miejscu również fantastyczna. Po etapówce w Gorcach odbyłem w tygodniu jedynie 2h tlenik - zatem ciekaw byłem czy jestem w miarę wypoczęty na dalszą część wyścigowego sezonu, który przez covida został wydłużony prawie do końca października.
    No to krótka rozgrzewka (1.5 km) i wskok do sektora giga, niezbyt licznego bo liczącego 65 osób, ponoć krajowa czołówka tegoż dnia walczyła o Mistrzostwo Polski XC, w Mrągowie.
    No i poszli. Na początek spod deptaku kierujemy w stronę Rudaw Janowickich, by od razu rozpocząć ponad 5 km podjazd po starym asfalcie i później szutrze. Jedzie mi się całkiem dobrze, szybko znajduję się w swoim miejscu, pewnie w top 30 open i równie szybko stawka się porozciągała. Po wjechaniu krótki, acz techniczny zjazd - wyprzedzam 3 gości słabo radzących z techniką, a Ci z kolei mnie na następnym podjeździe załatwili, ciekawie tylko czy dobrze rozłożyli siły na resztę giga. Kręcąc pod górę cosik długo nie mogę załapać swojego górskiego samopoczucia, przez co kolejny rywal mnie wyprzedza, ale i tak utrzymuję niezłe tempo pozwalające kontrolować sytuację. Jadąc dalej, raz zjazdowo, raz podjazdowo trasa okazuje się dla mnie przyjemna, nie to co na wymagających poszczególnych etapach w Gorcach sprzed tygodnia. Przeważają głównie szerokie szutry, trawiaste fragmenty po zapomnianych duktach, co jakiś czas się pojawiają się i widoczki, jedynie kilka porządnie technicznych zjazdów robiło wrażenie pure MTB (stromo w dół, kamienie i korzenie). Gdy tylko dotarliśmy do najstromszego podjazdu zwanym „łopatą“ (22% po asfalciku) i znanym mi z jeleniogórskiego bike maratonu to złapałem swój rytm, zacząłem jechać swoje i bez problemu wyprzedziłem wspomnianych rywali (prócz jednego). W pewnym momencie trasa łączyła się z dystansem Classic - tłoczno się zrobio i wyprzedając jednego za drugim mogłem się poczuć jak prawdziwy PRO :)
    Raz, na podjeździe spadł mi łańcuch z korby - okazuje się że użytkowany od początku zeszłego sezonu „blacik“ 32 jest na sporym zużyciu. No i wpadamy na 2 rundę giga - w dalszym ciągu jedzie mi się dobrze, cały czas w swoim miejscu i zaczynamy stopniowo wyprzedzać tych z mega. Po wjechaniu na odcinek prowadzący do mety to w dalszym ciągu rywalizacja przebiegła bez zmian, jedynie mijałem prowadzącą rower pod górę Marlenę Droździok - zerwała łańcuch, ale i tak na mecie wygrała open kobiet. Po przekroczeniu Przełęczy Kowarskiej został jeszcze do pokonania nieznany mi terenowy podjazd w stronę drogi na Okraj. Ów podjazd dość ciężki był, ale podjechany sprawnie, co chwila łykałem kogoś z mega, jak i tych z classica. Po tym kawałek znanego asfaltu i skręt na znany mi szybki i szutrowy zjazd do mety poprzeplatany kilkoma nowymi fragmentami. Zjezdżając tędy jeden gość (z mega) za nic nie chciał przegrać ze mną i zapewnie myślał że też jestem z mega. No i tak już docieram do mety ulokowanej na szybkim zjeżdzie. Udany giga maraton zaliczony.

    16/51 - open giga
    4/20 - M4

    Strata do zwycięzcy (Karol Rożek) - 1h 8min , do M4 (Dawid Duława) - 29min
    Wynik oczywiście fajny dla mnie, co z tego że czwarte to „najgorsze miejsce dla sportowca“ :)

    Na pierwszym podjeżdzie. Wszyscy cisną pod górę
    Na pierwszym podjeździe. Wszyscy cisną pod górę © JPbike

    W akcji gdzieś wysoko w Rudawach Janowickich
    W akcji gdzieś wysoko w Rudawach Janowickich © JPbike

    Dla mnie ta trasa była przyjemna, widoczki też się trafiały :)
    Dla mnie ta trasa była przyjemna, widoczki też się trafiały :) © JPbike





  • dystans : 49.48 km
  • teren : 35.00 km
  • czas : 03:30 h
  • v średnia : 14.14 km/h
  • v max : 53.58 km/h
  • hr max : 162 bpm, 92%
  • hr avg : 138 bpm, 78%
  • podjazdy : 2050 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 4

    Niedziela, 9 sierpnia 2020 • dodano: 15.08.2020 | Komentarze 4


    No i czas na finałowy etap świetnej i wymagającej etapówki.
    Tegoż dnia trzeba było wcześniej wstać i ogarnąć się - organizatorzy zaplanowali start już o 9-tej.
    W Gorcach pogoda nadal przepiękna i zachęcająca do górskich aktywności.
    Wczoraj fajnie mi poszło, zatem i tym razem samopoczucie mam dobre i liczę by jak najlepiej przejechać 4 etap. Po ultra-krótkiej rozgrzewce wpadam do sektora i to dość blisko czuba. No i start. Najpierw krótki odcinek po ulicy w dół i od razu zaczynamy długi i ciężki podjazd na ostatnią wieżę - na Lubań (1211m), tradycyjnie juz po wymagającym gorczańskim terenie. Szybko nastąpiła selekcja. Podjeżdżając - podziw budzi tempo jakie narzuca Ania Tomica (zwyciężczyni HARD, na mecie była 8 OPEN!). W górnych partiach po zawodnikach z którymi się tasuję stwierdzam że są to ludzie z czołówki obu dystansów, jest dobrze i może i tegoż dnia będzie fajny wynik.

    Podjeżdżamy na Lubań
    Podjeżdżamy na Lubań © JPbike

    Zdobywamy szczyt, przejeżdżając tuż obok konstrukcji wieży, krótki i techniczny zjazd, trawersujemy zbocze i znów podjazd na sąsiedni Średni Groń, po czym następuje długi, szeroki i szutrowy zjazd czerwonym szlakiem do Krościenka nad Dunajcem.

    Trawers zbocza Lubania
    Trawers zbocza Lubania © JPbike

    W górnych partiach mijam kolegę z podpoznańskiego Kicina - Filipa, zahaczył gałęzią o łokieć i dnf. Ów długi zjazd w moim wykonaniu zleciał szybko i sprawnie, w dolnych partiach dwóch zawodników łykam, w tym jeden jest z M4 - później przez długi czas jechaliśmy blisko siebie. Bufet zaliczony i następuje interwałowa jazda po otwartym, wśród łąk i górskich wiosek - widoczki, zwłaszcza na Jezioro Czorsztyńskie i Tatry powalają :)

    W takiej scenerii to tylko jeżdzić i nie umierać :)
    W takiej scenerii to tylko żyć, jeździć, nie umierać :) © JPbike

    Jeden rywal (z M3) mnie wyprzedził. Zaczynamy wyprzedzać zawodników z dystansu FUN. Po dokręceniu do Mizernej skręt na kolejny ciężki podjazd z porządnym nachyleniem, no i kolka wysiłkowa mnie złapała. By to przezwyciężyć - fragment stromizny po łące butuję i pilnuję oddechu, udało się i walczę dalej, pedałując na ciężkim podjeździe. Raz na krótkim zjeżdziku spada mi łańcuch, muszę stanąć. Wjeżdżamy na 1000m wysokość, na pewnym rozwidleniu dróg widzę ratowników, quada i bufetowego rozdającego wodę, skręcam w prawo - później okaże się że chyba wtedy przegapiłem rozjazd na dodatkową rundę HELL :(
    Kręcę dalej, ujechałem tak parę km po grzbiecie i gdy widzę skręt na zjazd z tabliczką „META“ to zaczynam mieć wątpliwości czy dobrze jadę. Mimo tego zjeżdżam w dół technicznym niebieskim szlakiem, jednego gościa wyprzedzam, gdy tylko skończył się zjazd i wpadamy na ulicę obok kościoła w Ochotnicy Dolnej, to mam 100% pewność że faktycznie przegapiłem rozjazd. Nawrotka i wypych roweru nie ma sensu, decyduję się na dotarcie do mety - oznacza to że tegoż dnia przejechałem „jedynie“ dystans HARD.
    Wiecie co się wydarzyło na końcowej kresce - spiker mnie już chyba znał i wiedział że jestem z królewskiego dystansu że ... wziął mnie za zwycięzcę open HELL :), od razu dostaję medal i koszulkę finishera, fotograf podchodzi i cyka mi fotę z bliska, ot cena „sławy“ :)

    Mijam metę, a tam biorą mnie za pierwszego na HELL :)
    Mijam metę, a tam biorą mnie za pierwszego na HELL :) © JPbike

    Ja to rzetelny facet i oczywiście musiałem zareagować - pierwsza próba wytłumaczenia zaraz po minięciu mety nie udała się, a druga po paru minutach poszła sprawnie, do tego spojrzałem na wyniki - pierwszy open, idę do obsługi pomiaru czasu, wyjaśniam sprawę i kasuje mnie, przydzielając „nie ukończył“. Właściwy zwycięzca open przyjechał ... ponad 20 minut za mną.

    Po analizie wyników na metę HELL dotarłbym w top 20 open i top 6 M4.
    Oczywiście że szkoda tego przegapienia rozjazdu - do tej pory nie wiem jak to się stało.
    Podsumowując ową i świetnie zorganizowaną etapówkę - JA TAM WRÓCĘ :)

    Piękne ujęcie, ale i tak nie czuję się pełnoprawnym finisherem
    Piękne ujęcie, ale i tak nie czuję się pełnoprawnym finisherem © JPbike





  • dystans : 69.68 km
  • teren : 50.00 km
  • czas : 05:12 h
  • v średnia : 13.40 km/h
  • v max : 54.62 km/h
  • hr max : 165 bpm, 94%
  • hr avg : 139 bpm, 79%
  • podjazdy : 2983 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 3

    Sobota, 8 sierpnia 2020 • dodano: 13.08.2020 | Komentarze 2


    Trzeciego dnia zacnej etapówki po pobudce i śniadaniu samopoczucie miałem dobre, do tego ponownie piękna letnia pogoda zachęcała do górskich aktywności.
    Po dojechaniu do bazy zawodów, zrobiłem bardzo krótką rozgrzewkę i uciąłem pogawędkę z zaprzyjaźnioną ekipą Cellfastów (pod nazwą Bryza MTB Team).
    Start do tegoż długiego i ciężkiego etapu mieliśmy o 10-tej. No i poszli. Najpierw główną drogą w dół i skręcamy na potwornie ciężki i stromy asfalt podjazdowy na Twarogi (momentami aż 30% !!!) - oczywiście od razu następuje tam selekcja. Uff, ale masakra była, ale daję radę to podjechać w swoim miejscu.

    Ależ solidny jest ten podjazd na Twarogi
    Ależ solidny jest ten podjazd na Twarogi © JPbike

    Wpadamy w gorczański teren i ... już na pierwszym zjeżdziku wypada mi podsiodłówka z dętką, multitoolem, zapasowym hakiem przerzutki i paroma drobiazgami serwisowymi, zatrzymuję się po paru metrach i ... nie mogę jej odnaleźć, bo wpadła gdzieś w gęste krzaczory, tak zleciała minuta, paręnaście osób mnie minęło, olewam poszukiwania i jadę dalej. Po chwili wpadłem na pomysł że po zawodach podjadę tam autem by ją poszukać - tak zrobiłem ale ... nie znalazłem jej :(

    Wysoko i arcywidokowo tam :)
    Wysoko i arcywidokowo tam :) © JPbike

    Zaczął się długi (6 km) i ciężki podjazd na kolejną wieżę, na szczyt Gorc (1228m). Kręciłem tędy swoje, parę osób co mnie minęli udaje mi się wyprzedzić. Końcówka na szczyt to wąski singielek między choinkami. Po wjechaniu pora na zjazd - początkowo techniczny singiel (2 osoby wyprzedzone), po czym następuje szybki szutrowy zjazd z kamienistymi fragmentami i dużą ilością mijanych i aktywnych turystów i górskich biegaczy.

    Szaleniec zjazdowy i dobrze mi z tym :)
    Szaleniec zjazdowy i dobrze mi z tym :) © JPbike

    Końcówka owego długiego zjazdu to stromy, szybki i kręty asfalt, do tego z widoczkami i zaczynamy kolejny podjazd, początkowo asfalcik, następnie płyty dziurkowane i znów asfalcik - wszystko z konkretnym nachyleniem, zresztą te 20% przestało mnie już dziwić :). Udaje mi się dojść i wyprzedzić ze dwie osoby. Wpadamy w super widokowy teren z super klimatycznie umiejscowionym bufetem - oczywiśce robię tam pit stop na tankowanie bidonów i obsługa mnie orzeźwiająco polewa wodą - musiało być upalnie :). Spotykam tam i Łukasza, znów koledze coś nie wyszło. Zaraz za bufetem trzeba pokonać trawiastą ścianę.

    Ot, cały urok gorczańskich podjazdów :)
    Ot, cały urok gorczańskich podjazdów :) © JPbike

    Przed szczytem dochodzę 3 rywali, zaczyna się techniczny zjazd z kamieniami i koleinami - zaszalałem tak że z łatwością wyprzedzam ich i mijam defekciarza. Po zjechaniu na główną ulicę w Ochotnicy rozjazd i czas pokonać dodatkową rundę HELL - pierwszą połowę owej rundy znałem, bo 2 lata temu byłem tam na wakacjach, a 12 lat temu pokonywałem z rowerem czerwony szlak po grzbiecie - dzięki temu wiedziałem czego się spodziewać. Kręcąc tędy nikt mnie nie dogonił, chociaż na otwartych przestrzeniach widać było jak mnie 2 osoby gonią (nie dali rady), za to ja mam przed sobą rywala do dogonienia. Po przekroczeniu Przełęczy Knurowskiej (bufet) jeszcze trochę znanego mi podjazdu i skręt na nieznany mi odcinek - krótki zjazd i podjazd zamieniający się w ścianę - wyprzedzam wspomnianego rywala, fragment ściany butuję a resztę stromizny w siodle i tak uparcie brnę do góry - idzie mi to tak sprawnie że bez problemu doganiam wypychających swe rumaki dwóch kolejnych rywali ze znanych teamów - wtedy przekonuję się że naprawdę mam dobry dzień i być może na mecie będzie fajny wynik :)
    Po osiągnięciu ponad 1000m wysokości czas na zjazd - szeroki, z domieszką kamieni i kolein, pomknąłem w dół swoje i po tym podjazd, tradycyjnie już ciężki, przy tym dogoniłem kolejnego rywala (też z M4). Po wjechaniu czas na zjazd fragmentem odcinka czwartkowego uphilla - w jednym miejscu mało brakowało abym zgubił trasę. Po zjechaniu ostatni bufet i zaczynamy ze 6 km ciężką wspinaczkę ponownie na Gorc. Idzie mi całkiem sprawnie, wyprzedzam kolejnego gościa, dwa odcinki z luźnymi kamieniami butuję, zaczynam wyprzedzać pojedyncze osoby z krótszego dystansu.

    Ostatni podjazd 3 etapu. Te widoczki :)
    Ostatni podjazd 3 etapu. Te widoczki ... :) © JPbike

    W końcu osiągam szczyt (właściwie zbocze z super widoczkiem), z ulgą i radochą zaczynam długi, prawie 9 km zjazd do samej mety - oczywiście w 100% zaszalałem swoje, fragmenty techniczne były, końcówka już asfaltowa i jest meta.
    Od razu spiker mnie wita i sprawdzamy mój wynik - przerósł moje oczekiwania, nie powiem jak się ucieszyłem :)

    12/46 - open HELL
    4/18 - M4

    Strata do zwycięzcy open (Łukasz Klimaszewski) - 57:37 min, do M4 (Damian Bartoszek) - 51:10 min
    Generalka open - awans z 21 na 17 miejsce, w M4 - awans z 8 na 6 miejsce





  • dystans : 59.59 km
  • teren : 40.00 km
  • czas : 04:20 h
  • v średnia : 13.75 km/h
  • v max : 71.39 km/h
  • hr max : 171 bpm, 97%
  • hr avg : 149 bpm, 85%
  • podjazdy : 2410 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 2

    Piątek, 7 sierpnia 2020 • dodano: 12.08.2020 | Komentarze 2


    Po pobudce zaglądam zza okna - mgliste klimaty, które jednak z każdą minutą zaczynały znikać na rzecz słonecznej i upalnej pogody w Gorcach - w takich właśnie warunkach przyszło nam ścigać podczas drugiego dnia zmagań.
    Wspólny start dwóch dystansów (HARD i HELL) mieliśmy o 11-tej. Mając zapas czasu, spokojnie mogłem się ogarnąć do startu. Od tego etapu dostajemy lokalizatory gps - dzięki temu w internecie można było nas śledzić na żywo.
    Rozgrzewka krótka, bo tylko 4 km. No i poszli. Na początek ze 4 km lekki zjazd główną ulicą w Ochotnicy Dolnej - prędkości peletonu przekraczały ponad 50 km/h, u mnie przy kadencji max 129 rpm :)
    No i wpadamy w ciężki podjazdowy teren z dodatkiem betonowych płyt, błotka i kamieni - od razu solidne tasowanko i każdy z nas ląduje w swoim miejscu. Powolne przebijanie się do przodu idzie mi sprawnie, chociaż chciałoby się więcej, ale o siły na pozostałe etapy trzeba dbać. Pierwszy techniczny zjazd z błotkiem, strumyczkiem, kamieniami i koleinami zlatuje spoko, tasuję się z Anią Tomicą (wczoraj na uphillu była szybsza ode mnie o minutę). No i przekraczamy szeroki i piękny Dunajec, by po pokonaniu płaskiego asfaltowego odcinka wzdłuż rzeki (Ania z paroma gośćmi mnie tam załatwiła i dalej już jej nie dogoniłem) rozpocząć długi i konkretny podjazd na Koziarz (943m), gdzie znajduje się tytułowa wieża widokowa. Nie powiem jak na tym podjeździe było ciężko, nierzadko nachylenie sięgało 20% (!), do tego niełatwy teren, chociaż dość szeroki nie ułatwiał sprawy, mimo tego udaje mi się wyprzedzić ze 3 osoby, z którymi później przez spory czas się tasowaliśmy. Pierwsze butowania zaliczone - a to przez błotko, przydałby się oponki z klockami, bo moje Maxxisy Ikony buksowały. Po dokręceniu na szczyt (właściwie tuż obok) czas na długi zjazd, z elementami techniki MTB. Ów zjazd nie był w całości, bo poprzeplatany krótkimi podjeżdzikami i superszybkimi odcinkami po betonowej nawierzchni poprowadzonymi po grzbiecie i te super widoczki :)
    Kręcąc tędy nie wiedzieć czemu utworzyła się chyba 8 osobowa grupka - okazało się że wydawało im się że pogubili trasę, do tego spotykam Łukasza (nie miał dnia). Na trudnym zjeździe z masą kamieni grupka szybko się rozpadła, ja uciekłem im (technika, technika).
    Po zjechaniu ponownie pomykamy asfaltówką wzdłuż Dunajca z zaliczeniem bufetu i ponownym przekroczeniu rzeki. Po tym czas na kolejny długi i ciężki podjazd - kolejno asfalt, płyty i gorczański teren (widoczki, widoczki). Jedzie mi się pod górę całkiem, całkiem i tasuję się z dwoma wspomnianymi wcześniej gośćmi, wyprzedza nas lider królewskigo dystansu (Damian Bartoszek), ponoć miał defekt. Zaczynamy stopniowo wyprzedzać ostatnich zawodników z najkrótszego dystansu (FUN). W górnych partiach owego podjazdu zaczynam czuć pierwsze objawy narastającego zmęczenia, żele od Unit dają radę. Od tego momentu jadę już sam - jak się okazało, trwało to do samej mety. Techniczny zjazd do Ochotnicy Dolnej zlatuje sprawnie, trochę asfalcika, w miasteczku zawodów przekraczam matę, będącą zarazem metą dystansu HARD (w wynikach byłbym 16 open i 4 M4) i... przegapiam skręt na rundę HELL, zlatuje tak ze minutka, zaliczam bufet na zatankowanie i jazda pokonać ostatni odcinek z dwoma podjazdami. Na pierwszym (max 21%), w pełnym słońcu i 32°C trochę butuję, trochę jadę, no i udaje się dostrzec przede mną 2 osoby. Krótki zjazd i zaczynam ostatni i długi podjazd, początkowo po asfalcie, by następnie ponownie wpaść na wymagający gorczański teren. Ów podjazd do była potworna masakra, zmęczenie u mnie spore, nachylenie znów dochodziło do 20%, kilka butowań i sekundowych postojów na złapanie oddechu zaliczone. Jednego gościa (też walczył ze zmęczeniem i butował) prawie udaje mi się dojść. Po osiągnięciu 936m skręcamy na zjazd, szeroki i z dodatkiem kolein i błotka. Wspomniany gość zwiał mi w dół. Z profilu trasy pamiętałem że jakieś tam podjeżdziki jeszcze będą i były - jedne ciężkie, inne lżejsze, do tego znów te widoczki i fajna jazda po grzbiecie. No i łapie mnie skurcz mięśnia dwugłowego uda na stromym podjeździku. W końcu ostatni zjazd, porządny i techniczny, z masą kamieni, wpadam na asfalcik i tak już spoczko docieram do mety. W sumie ten etap to dla mnie było piekło podjazdowe.

    20/48 - open HELL
    7/19 - M4

    Strata do zwycięzcy open (Łukasz Klimaszewski) - 58:33 min, do M4 (Szymon Zacharski) - 40:49 min
    Generalka open - awans z 27 na 21 miejsce, w M4 - awans z 12 na 8 miejsce

    Technika zjazdowa (1)
    Technika zjazdowa (1) © JPbike

    Technika zjazdowa (2)
    Technika zjazdowa (2) © JPbike





  • dystans : 6.86 km
  • teren : 6.00 km
  • czas : 00:38 h
  • v średnia : 10.83 km/h
  • v max : 38.09 km/h
  • hr max : 179 bpm, 102%
  • hr avg : 166 bpm, 94%
  • podjazdy : 514 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ochotnica MTB 4 Towers - etap 1

    Czwartek, 6 sierpnia 2020 • dodano: 10.08.2020 | Komentarze 2


    W tym sezonie jak wszyscy wiedzą - przez jakąś pandemię porobiło się z organizacją etapówek, jedni przełożyli na przyszły sezon, inni zmienili tegoroczne terminy. Na tytułową i czterodniową etapówkę MTB rozgrywaną w sercu pięknych Gorców zapisałem się jeszcze w zeszłym roku. Pierwotnie owa etapówka miała być rozegrana pod koniec maja - ostatecznie udało się zorganizować w pierwszej połowie sierpnia - idealnie by wpasować w mój wakacyjny urlop.

    Po dotarciu do Ochotnicy Dolnej by odebrać pakiet startowy - trzeba było przejść przez reżim sanitarny - prócz maseczek mierzyli temperaturę i wypełnialiśmy pismo związane z covidem.

    Pierwszy etap najdłuższego dystansu (HELL) to niespełna 7 km czasówka podjazdowa prowadząca na szczyt Magurki (1108m). Mój start zaplanowali na godz. 15:29 (co minutę puszczali nas), czyli najpóźniej w mej dotychczasowej karierze wyścigowej :)

    No to luz, panowała piękna słoneczna pogoda i po 14-tej ruszam na rozgrzewkę, na „lekki“ asfaltowy podjazd po jakimś czasie zauważyłem że tętno moje jest dość wysokie, do tego z przedniego koła zaczyna ubywać ciśnienia, a przedwczoraj dolewałem mleczka...
    Na szczęście, do wozu technicznego mam w dół i udaje mi się dotrzeć bez prowadzenia roweru. Od razu decyduję się na założenie dętki - trochę nerwów było, szybko się pobrudziłem mleczkiem, do tego okazuje się że wentyl jest wykrzywiony, a działo się to na niespełna pół godziny przed moim startem. Uff, w końcu udało się i można startować.
    Przed startem spotykam paru znajomych i nastała moja godzina startu. Jakoś na luzie ruszyłem, bo wiem że właściwe ściganie będzie od jutra. Na początek ze 600m asfaltu i wpadam w ciężki podjazdowy teren z porządnym nachyleniem dochodzącym do 20%, do tego po trawie. Jest ciężko, tętno moje wysokie, ale jakoś daję radę. Po chwili trasa biegnie szutrami przez dający miły cień gorczański las z co jakiś czas pojawiającymi się polankami i super widoczkami. Po ujechaniu ze 3.5 km dochodzę jednego z wcześniej startujących gości, a drugiego mam w zasięgu wzroku (nie dogoniłem go), natomiast za mną na razie nie widzę nikogo, czyli jest spoko. Trasa nadal jest ciężka podjazdowo, na fragmencie z luźnymi kamieniami potykam się i muszę zbutować, zresztą większość też tak miała. Doszedł mnie zdobywca 3 miejsca M4, a ja wyprzedzam z kolei trzeciego gościa. Kilka krótkich odcinków z wypłaszczeniami też się trafiało - można było odsapnąć. No i końcówka, kilka błotnych kałuż, wjeżdżamy na ponad 1000m po półpłaskim odcinku i jest meta tuż przy wieży widokowej na szczycie - byłem tam 2 lata temu.
    Całkiem udany uphill zaliczony, chociaż czułem że czegoś mi brakło by jechać na 100% swoich możliwości podjazdowych.

    27/55 - open HELL
    12/23 - M4

    Strata do zwycięzcy open, jak i M4 (Damian Bartoszek) - 9 min i 20 sek
    W stawce rywali z M4 jest ciasno - zapowiada się ciekawa walka ... :)

    Dajesz, dajesz, dajesz !!!
    Dajesz, dajesz, dajesz !!! © JPbike

    Ostatnie metry podjazdu. Pięknie tam w górach :)
    Ostatnie metry podjazdu. Pięknie tam w górach :) © JPbike

    Widoczek z wieży Magurki
    Widoczek z wieży Magurki © JPbike





  • dystans : 27.30 km
  • teren : 27.30 km
  • czas : 01:16 h
  • v średnia : 21.55 km/h
  • v max : 43.30 km/h
  • hr max : 171 bpm, 97%
  • hr avg : 158 bpm, 90%
  • podjazdy : 593 m
  • rower : Accent Peak 29
  • XC Chodzież

    Niedziela, 12 lipca 2020 • dodano: 13.07.2020 | Komentarze 8


    Gdy tylko zacna ekipa z Chodzieskiego Towarzystwa Rowerowego poinformowała że tegoż dnia organizuje wyścig XC - bez zastanawiania się skusiłem.

    Dojazd z Kasią i Łukaszem, na miejscu mnóstwo znajomych - zapowiadał się świetny dzień w doborowym towarzystwie i ze wspólną pasją - tak właśnie było :)

    Najpierw, o 10:30 start kobiet i młodszej młodzieży - kibicowałem Kasi i cykałem jej fotki (do poczytania jej relacja na FB), po czym jazda z Danielem na zapoznanie się ze 4.5 km rundkę ułożoną przez znaną w światku MTB miejscową bikerkę Darię - w całości poprowadzona po naturalnym terenie, dużo zakrętasów, zawijasów, podjeżdzików i zjeżdzików, do tego bez większych trudności technicznych, czyli zarówno starzy wyjadacze XC, jak i ci nowi mogli robić swoje, przy tym czerpać frajdę z MTB.

    Start wyścigu Elity i Mastersów o 12:30, do pokonania mamy 6 okrążeń. W sumie niemało nas się zebrało - 50 osób, czyli będzie co robić. No i ruszyli. Na początek podjazd rozciągający stawkę i wpadamy w kręty teren - od razu jadę swoje, tętno szybko powędrowało do wyścigowych wartości i równie szybko cisnę w stronę swojego miejsca w stawce. Pierwsze kółko to tradycyjnie trochę tłoczno, pomykamy jeden za drugim, kulturka jazdy jest, wyprzedzam tylko jak znajdzie się szerszy fragment. Drugie okrążenie to właściwie jadę już w swoim miejscu, przepuszczam weterana Zozulińskiego i kolegę w zielonej koszulce, którzy wyraźnie są minimalnie szybsi ode mnie. Od trzeciego kółka to stwierdzam że samopoczucie mam świetne, jedzie mi się bardzo dobrze, paru stopniowo wyprzedzam, zaczynają się duble, jak i przede mną mam cały czas w zasięgu wzroku Łukasza. W pewnym momencie gość w zielonej koszulce się zatrzymuje (spadł łańcuch), mijam go i od tego momentu się zaczęło mocne ciśnięcie w moim wykonaniu, czyli ja gonię Łukasza, a mnie cały czas próbuje dojść kolega w zielonej, przy tym na mijankach widzę jak Piotrek od Cellfastów też podejmuje walkę by mnie dojść, czyli cały czas jest ciekawie i każdy z nas walczy najlepiej jak umie. I tak trwało to bez zmian do końcowej kreski, którą mijam z radochą, bo żaden kryzys i choćby chwilowy ubytek mocy mnie nie dopadł :)

    11/49 - open (M2 i M3)
    3/26 - M3 (faceci powyżej 36 lat)

    Strata do zwycięzcy (Bartosz Kołodziejczyk) - 6:42 min, do M3 (Norbert Łysiak) - 3:58 min

    Jak widać - niemało nas było
    Jak widać - niemało nas było © JPbike

    Przedstartowa dawka humorku :) Tu z Danielem
    Przedstartowa dawka humorku :) Tu z Danielem © JPbike

    W akcji na krętym odcinku, skupienie na maxa
    W akcji na krętym odcinku, skupienie na maxa © JPbike

    Na krętych i szybkich trasach widocznie jestem trudny do załapania na fotce :)
    Na krętych i szybkich odcinkach widocznie jestem trudny do załapania na fotce © JPbike

    Ten podjeżdzik brałem z twardego przełożenia
    Ten podjeździk brałem z twardego przełożenia © JPbike

    Już po rywalizacji - gratsy z Piotrkiem :)
    Już po rywalizacji - gratsy z Piotrkiem :) © JPbike

    Miłe chwile :) Po to się trenuje i jeżdzi MTB z pasją :)
    Miłe chwile :) Po to się trenuje i jeżdzi MTB z pasją :) © JPbike

    Pamiątkowa fota z Kasią, Łukaszem i pucharkiem
    Pamiątkowa fota z Kasią, Łukaszem i pucharkiem © JPbike





  • dystans : 102.27 km
  • teren : 100.00 km
  • czas : 06:52 h
  • v średnia : 14.89 km/h
  • v max : 57.66 km/h
  • hr max : 169 bpm, 96%
  • hr avg : 141 bpm, 80%
  • podjazdy : 3086 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Ultra Giga Bike Maraton Szklarska Poręba

    Sobota, 4 lipca 2020 • dodano: 07.07.2020 | Komentarze 7


    W końcu ruszył sezon wyścigów MTB, dla mnie trzynasty z rzędu.
    Tak się złożyło że na inaugurację padło od razu solidne wyzwanie - do pokonania 100 km i 3km w pionie poprowadzone po stokach Karkonoszy. Do Szklarskiej Poręby zajechałem na weekend i wraz z ekipą ulokowaliśmy się w wysoko położonym apartamencie.

    Koronawirus spowodował że trochę się pozmieniało w organizacji - start giga mieliśmy już o 9 rano, całe miasteczko zawodów rozlokowali na sporej przestrzeni, start i meta w innym miejscu, do sektorów wpuszczali max 150 osób i tylko w maseczkach (lub kominach).

    Nazajutrz wita nas piękna, słoneczna pogoda i z idealną do ścigania temperaturą. Po średnim wyspaniu się i zjedzeniu michy makaronu zrobiłem spokojną rozgrzewkę po porannych ulicach tegoż górskiego miasta. Przed startem fajnie było spotkać paru znajomych, w tym Bartka Miklera i Basię Borowiecką. No i wypatrzyłem mnóstwo znanych nazwisk z czołówki polskiego MTB - czyli dla mnie będzie ciężko o wynik. Tegoroczna trasa jest mocno zmieniona w porównaniu do zeszłorocznej, ale i tak konkretna i będzie co robić :)

    No i 96 osobowa stawka królewskiego dystansu ruszyła. Ja oczywiście z ogona startowałem. Od razu podjazd, zjazd i powoli przebijam się w stronę swojego miejsca w stawce. Jadąc dalej paru znanych mi twarzy pomyka przede i za mną. Dość szybko pojawiają się single i techniczne zjazdy - na jednym z pierwszych nie wiedzieć czemu Damian z VW wyprzedzając mnie, powoduje że zaliczam glebkę na bok (patrz foto poniżej) - szlify na nodze zaliczone, no i przerzutka się rozregulowała - przez to zostałem pozbawiony młynka 50z i przez całą resztę trasy najcięższe podjazdy z nachyleniem dochodzącym do 20% przyszło mi pokonywać na przełożeniu 32/42. Jakby co - Damiana później wyprzedziłem i kolega zaliczył DNF. Kręcąc dalej trasa mnie zaskakuje niezłym poziomem trudności, np. przejazd po zboczu wzdłuż Kamiennej i usianym pokaźnymi kamieniami, po tym ostra i długa sztajfa podjazdowa, do tego co jakiś czas wyłaniają się super widoki na karkonoskie szczyty. Na mijanych bufetach obsługa jest profesjonalna - nie ma samoobsługi i sprawnie nam podają to co trzeba - mają nawet dobre wafelki z kremem o smaku krówki :)
    Jadąc dalej, stawka giga nadal nie jest porozciągana, zarówno na odcinkach wymagających raz siły, raz techniki, raz ..., co jakiś czas ktoś się tasuje, ktoś przyspiesza, ktoś zwalnia. No i wpadamy na atrakcję MTB, czyli na fajne single (Pasmo Rowerowe Olbrzymy) - w większości mieliśmy tędy pod górę. O ile nachylenie nie powala, to ilość zakrętasów, hopek, kamiennych przeszkód (niektóre mocno podnosiły poziom adrenaliny) powodowała że nie było łatwo i szybko tędy jechać - królowały siła i technika. Mi udało się tędy dość sprawnie przejechać (trzy podpórki na kamiennych uskokach zaliczone), a na ostatnim odcinku zwanym Doplerem zrobiło się tłoczno i utworzyła się spora grupa. Po wjechaniu na najdłuższy, szeroki i szutrowy podjazd ponownie się zaczęła selekcja i doszło nas kilka osób z czołówki mega (różnica prędkości mała, cieszy mnie to), a my zaczęliśmy wyprzedzać tych z najkrótszego dystansu (fun). W 100% jechałem tędy swoje i ku uciesze - sprawnie cisnąłem do góry, przy tym zyskując parę miejsc. Po tym techniczny zjazd, trochę szutrów i niezły podjazd tuż przed wjazdem na drugą rundę giga - tam porządnie zaatakowałem, łykając kilka rywali naraz - jak się później okazało znalazłem się właśnie w swoim miejscu, które z trudem dowiozłem do mety.
    No i ponownie przyszło jechać ze 50 km po śladach, jak i zaczęło się wyprzedzanie tych z classica. Jechałem tędy już sam, od czasu do czasu tasując się z trzema rywalami, z czego jeden to weteran Jan Zozuliński (ostatecznie na mecie był 3 min za mną). Poziom zmęczenia, szczególnie na takiej ciężkiej trasie zaczął narastać, ale jako stary ze mnie maratonowy wyjadacz wiedziałem co robić by wpaść na metę z satysfakcją :). Ponownie pokonywane kręte single (Dopler, Zmora, itp) tym razem szły już ciężej, zmęczenie i dekoncentracja spowodowały że „aż“ dwukrotnie zaliczyłem tam glebki na kamiennych fragmentach (bez strat sprzętowo - cielesnych). W końcu jeszcze długi podjazd, tabliczka „5 km do mety“ i już bez przygód, bez większego bólu różnych części ciała, bez większego kryzysu i z radochą docieram do mety po 6h i 52min spędzonych na takim wymagającym kondycji i techniki ultra maratonie :)

    32/60 - open giga
    6/15 - M4

    Z 96 osób startujących na giga, aż 35 nie ukończyło - musiało być ultra ciężko :)
    Wynik oczywiście mnie miło zaskoczył, a wydawało mi się że słabo jechałem :)
    Strata do zwycięzcy (Karol Rożek) - 1h 49min. Do M4 (Bartosz Huzarski) - 45min


    Nieładnie tak mnie spychać na bok
    Nieładnie tak mnie spychać na bok ... © JPbike

    W akcji. Techniczne trasy są w sam raz dla mnie :)
    W akcji. Techniczne trasy są w sam raz dla mnie :) © JPbike

    Ot, cały urok MTB na podkarkonoskich ścieżkach
    Ot, cały urok MTB na podkarkonoskich ścieżkach © JPbike

    Tuż przed metą. Nawet nie wyglądam na zajechanego :)
    Tuż przed metą. Nawet nie wyglądam na zajechanego :) © JPbike





  • dystans : 79.78 km
  • teren : 76.00 km
  • czas : 04:31 h
  • v średnia : 17.66 km/h
  • v max : 54.09 km/h
  • hr max : 172 bpm, 97%
  • hr avg : 151 bpm, 85%
  • podjazdy : 2230 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Bike Maraton - Sobótka

    Sobota, 19 października 2019 • dodano: 21.10.2019 | Komentarze 7


    Finał ogólnopolskiego cyklu organizowanego z rozmachem przez Macieja Grabka. Podobnie jak rok temu owe zawody odbyły się w Sobótce pod Ślężą.
    Dojazd solo i spoko, na miejscu ładna jesienna pogoda z temperaturką pozwalającą na ściganie się będąc odzianym na krótko (15°C). Jeszcze nie przywykłem na dobre do godziny startu królewskiego dystansu (10) - w efekcie do sektora wpakowałem się bez żadnej rozgrzewki, w sumie nic straconego, w tym cyklu nie walczę o generalkę, a chcę tylko przejechać ową trasę najlepiej jak się da. Z teamowej paczki prócz mnie zjawili się Staszek (giga) i Wojtek (mega).
    No i ponad 120 osobowa stawka giga ruszyła. Na początek niespełna 2 km asfaltowy podjazd i wpadamy w podgórski teren usiany dużą ilością kamienistej nawierzchni z dodatkiem liściastego dywanu, zresztą szutry, błotko, trawa i czarny piach też były. Brak rozgrzewki powoduje błyskawiczny wzrost mego tętna, już na 5 km osiągam maximum na wyścigu. Mimo tego początkowe km jedzie mi się dość dobrze, cały czas powoli i systematycznie przebijam się w stronę swojego miejsca w stawce. Przekonuję się również że trasa jest trochę zmieniona w porównaniu do zeszłorocznej. Na pierwszym i technicznym zjeździe (kamienie, kamienie, liście, ...) szybko uzyskuję jakąś przewagę i właśnie od tego momentu znalazłem się w swoim miejscu, które dowiozłem do mety z małą nadwyżką, ale po kolei.
    Po wjechaniu na dwukrotnie pokonywaną ze 22 km pętlę po stokach Raduni to od razu mamy najdłuższy podjazd na ponad 500 m wysokość z najstromszą ścianą (max 21%) - podjechane spoko (poza jednym przyblokowaniem mnie) i coś tam zyskałem. Na szczycie podjazdu jest arcywidoczek na okoliczne górki, po czym następuje fajny singiel typu zjazd - po grzbiecie i znów zjazd - zaszalałem i jednego rywala załatwiłem. Po tym mamy trochę jazdy podjazdowo - zjazdowej (głównie leśnej), trochę szerokiego i szybkiego szuterka, ciężki podjazd i wpadamy na atrakcję MTB - przejazd po wyprofilowanym singielku (Suliwoods), frajda oczywiście była :). Napierając tędy cały czas trzymam się swojego miejsca w stawce.
    Po tym następuje kręcenie po szerokim w stronę rozjazdu - a tam po skręceniu na 2 rundę giga doświadczam rzadkiego do tej pory zdarzenia - mieszamy się z dystansem mega, do tego zrobiło się dość tłoczno, bo to zapewne środek stawki średniego dystansu. No to zamiast klasycznej samotności długodystansowca będzie wielkie wyprzedzanie do samej mety i ... tak właśnie było. Ogólnie było tak - póki szeroko to non stop kogoś wyprzedzam, a na singielkach raz jest gorzej, raz lepiej, raz trzeba pocierpieć, raz się udaje, raz zaliczyłem niegroźną glebkę na ostrym zakręcie zjazdowym. No i to wszystko kosztowało mnie sporo sił że trafiały mi się chwile słabości - by złapać oddech i chęci do dalszej walki to chwilami kręciłem w tempie megowców, oczywiście niektórzy mnie wtedy wyprzedzali.
    Po ponownym i fajnym pokonaniu Suliwoods wróciły we mnie chęci do mocnego parcia w stronę mety. Wjeżdżamy na 20 km pętlę poprowadzoną po stokach Ślęży zawierającą zarówno niezłe single jak i szybkie odcinki - tam stawka mega była już porozciągana i prawie każdy którego dogoniłem to próbował siadać mi na kole - pokazałem im jak się jeździ z pasją królewski dystans, czyli na każdym podjeździe uciekałem, a na zjeździe korzystałem ze swojej świetnej techniki MTB :). Po drodze załatwiłem dwóch rywali z giga, jak i stoczyłem walkę ze skurczami w nogach. Na koniec ostatni ciężki podjazd i zjazd po krętych wertepach, szuterek, asfalcik i jest meta. Udany giga wyścig na koniec sezonu 2019 zaliczony.

    38/107 - open giga
    11/46 - M4

    Strata do zwycięzcy (Krzysztof Łukasik, z JBG2) - 1:04:48 godz., do M4 (Damian Bartoszek) - 46:08 min

    Fotki by Kasia Rokosz, FotoMaraton.
    Początkowe km trasy. Sprawnie przebijam się do przodu
    Początkowe km trasy. Sprawnie przebijam się do przodu © JPbike

    Pełne ujęcie w akcji :)
    Pełne ujęcie w akcji :) © JPbike

    Z cyklu
    Z cyklu "Pokaz mistrza MTB". Piękna ta jesień :) © JPbike





  • dystans : 100.73 km
  • teren : 95.00 km
  • czas : 03:56 h
  • v średnia : 25.61 km/h
  • v max : 51.25 km/h
  • hr max : 170 bpm, 96%
  • hr avg : 148 bpm, 84%
  • podjazdy : 875 m
  • rower : Accent Peak 29
  • Maraton MTB Michałki

    Sobota, 21 września 2019 • dodano: 22.09.2019 | Komentarze 4


    Michałki to najstarszy w Wielkopolsce maraton MTB - w tym sezonie zorganizowali po raz szesnasty, zatem trzeba być, by podtrzymać tradycję, spotkać i pościgać się ze znajomymi. Trasa na królewskim dystansie (giga) to stara szkoła MTB - jedna duża runda (100 km) poprowadzona głównie po leśnych wertepach i mija po drodze kilka wiosek - lubię takie klimaty :)

    Dojazd do Wielenia solo, aura pochmurna, rejestracja bez kolejki, wskok w teamowe portki, czasu na rozgrzewkę brakło, zatem od razu udałem się na start, na tyły stawki, pogadane z Maciejem i można ruszać. Z mego teamu prócz mnie wystartował josip (na mega).
    Na początek ze 2.5 km asfaltowy odcinek - sprawnie przebijam się z tyłów do miejsca gdzie peleton jest ściśnięty i wpadamy na leśne wertepy. Napierając dalej w tłoku nie miałem większych problemów z ciągłym wyprzedzaniem. Po 9 km rozjazd i się zaczęła prawdziwa długodystansowa jazda. Gdy doszedłem Kamilę Wójcikiewicz (zwyciężczyni giga) to ta usiadła mi na kole i tak niemały odcinek trasy przejechała ze mną. Raz, na bagnistym odcinku z wysoką trawą mało brakowało abyśmy przez niewidoczny rów zaliczyli glebki. Po chwili Kamila zostaje z tyłu, cisnę dalej, na 16 km okazuje się że przestrzeliłem skręt na ściankę podjazdową, Gdy się o zgubce zorientowałem to troszkę zdziwiło mnie to że większość zawodników pojechała po moich śladach i tak zebrała się niemała grupa :) Jeszcze większe zdziwienie dopadło mnie gdy ... z przeciwka nadjechała spora grupa zawodników ze znanymi nazwiskami z czołówki (m.in. Basia Borowiecka (jechała treningowo), Cibart, Górski, ... ) - okazało się że oni i wcześniej też pobłądzili. No to się porobiło i tak jakby ściganinę zaczęliśmy od nowa :) Napierając dalej w mocnej grupie pojawiła się dla mnie szansa na bardzo dobry wynik, ale niestety szybka i półpłaska pierwsza część trasy nie sprzyjała mi w utrzymaniu strasznie mocnego tempa, albo power w nogach jeszcze nie ten. Zatem odpadłem z mocnej grupy, po jakimś czasie dogoniła mnie druga grupa z weteranem Janem Zozulińskim na czele i dalej cisnę wraz z nimi. Doganiamy kolejną grupkę co nie dała rady czołówce - w składzie są m.in. fajni koledzy z Cellfastu i tak zebrało się nas sporo, bo po drodze jescze dwie osoby wchłonęliśmy. No i zabrałem się do pracy na czubach grupy - nieraz nadawałem tak mocne tempo że przez chwilę żaden nie chciał mi dać zmiany. Gdy zaczęła się ciekawsza druga część giga trasy z dużą ilością jazdy typu góra - dół to wraz z kolegą ze Strefy Sportu (z M2) podejmuję na podjeżdziku udany atak oderwania się od grupy - dalej ciśniemy we dwóch współpracując. No i niestety w okolicach 70 km trasy chyba przez to mocne tempo jakie narzuciłem wcześniej zaczynam czuć ubytek sił w nogach, kolega z M2 powoli zaczyna się oddalać, a mnie doganiała grupka której uciekłem. Trudno, doświadczenie podpowiada mi abym resztę giga trasy jechał swoje i tak zrobiłem. Wspomniana grupa którą ciągnął Zozuliński doszedła mnie na ok 20 km przed metą, kawał zabrałem się z nimi na ogonie, po czym odpadłem. I tak już spoczko, oraz niezagrożony przez nikogo dojechałem do mety na stadionie w Wieleniu. Szansa na szerokie dekorowane pudło była, mimo wszystko ów maraton zaliczam do udanych - szczególnie że czas przejazdu mam identyczny jak 2 lata temu (rok temu nie startowałem).

    20/50 - open giga
    8/21 - M4

    Strata do zwycięzcy (Mariusz Gil) - 26:40 min, do M4 (Maciej Kasprzak) - 26:39 min