top2011

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski
Info o mnie.

- przejechane: 190464.36 km
- w tym teren: 68957.10 km
- teren procentowo: 36.20 %
- v średnia: 22.53 km/h
- łączny czas: 350d 08h 34m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156 TN-IMG-2156 tn-IMG-6357

Zrowerowane gminy



Archiwum 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

  • dystans : 75.77 km
  • teren : 42.00 km
  • czas : 03:21 h
  • v średnia : 22.62 km/h
  • v max : 45.66 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Na działkę i spory wiatr

    Sobota, 13 czerwca 2009 • dodano: 13.06.2009 | Komentarze 2


    W planach było coś innego i to z pomocą PKP ...
    Obudziłem się zgodnie z planem, uszykowałem sprzęt, jedzonko, picie i wyruszyłem spod domu (o 7:30) i po 750 metrach zawróciłem ... brr zimno (9 stopni), wiało i kropiło :(
    I tak, siedząc w domu trzeba było wymyślić jakąś alternatywę, tym bardziej że pogoda zaczęła się poprawiać, oprócz znacznego wiatru.
    Więc po 13 udałem się przez WPN na działkę.
    Tatko robił tam coś dobrego na grilla i świeżutkie truskawki były :)

    Dom - Luboń - jazda nadwarciańskim - Puszczykowo - Osowa Góra - Jeziorko Kociołek (postój) - jazda szlakiem PP - Stęszew - Krąplewo - Wielkawieś - Mirosławki (niesamowity wmordewind) - Tomice - Podłoziny - Dopiewo - Sierosław (obiadokolacja i spotkanie z kuzynkami) - Zakrzewo - Dąbrowa - Skórzewo - Poznań - Lasek Marceliński - Dom (od działeczki to już miałem wicher w plecy) :)

    Puls - max 163, średni 127

    Kategoria do 100 km


  • dystans : 112.06 km
  • teren : 51.00 km
  • czas : 04:48 h
  • v średnia : 23.35 km/h
  • v max : 48.87 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Spontanicznie na północ

    Piątek, 12 czerwca 2009 • dodano: 12.06.2009 | Komentarze 6


    Jako, że dziś dzień urlopu, koniecznie trzeba potrenować rowerowo !
    Pomysłów miałem parę, w końcu zdecydowałem pokręcić na północ od Poznania, czyli po prostu: jedź tam gdzie zapragniesz :)
    Spory, w większości zachodni wind miał znaczny wpływ na przebieg trasy.

    Dom - Rusałka - Strzeszynek - Kiekrz - Złotniki - jazda przez poligon - Biedrusko - Promnice - Mściszewo - Starczanowo - Uchorowo - Białężyn - Murowana Goślina - kręcenie po Puszczy Zielonka - Dziewicza Góra - Czerwonak - Koziegłowy - Poznań - Cytadela - Park Sołacki - Rusałka - Lasek Marceliński - Dom

    Na poligonie ... jechać tamtędy ? :)


    No, załadowałem bika na pokład T-54 i chociaż przez chwilę poczułem się jak załoga pancernych :)


    W Murowanej Goślinie - obowiązkowo wpadłem kupić lodzika :)

    Po chwili wpadłem do Puszczy Zielonka i kręciłem tam po terenie, gdzie tylko chciałem, zatrzymując się nad Jeziorem Kamińsko.


    By w końcu zaliczyć podjeżdziki (wjeźdżałem fajnym niebieskim szlakiem) na Dziewiczą Górę i ...


    ... wdrapać się na szczyt wieży :)


    Taka sobie panoramka na Poznań i dalej widać ... mini wzniesienia WPN :)


    Natomiast z Dziewiczej Góry zjeżdżałem czerwonym ... z KILLERA :)

    Później już tylko powrót ulicami Poznania, kręcąc w kierunku Cytadeli pojawiła się nade mną bardzo ciemna duża chmura i popadało, schroniłem się na 10 minut w przystanku MPK.

    Kolejny, po poligonowym T-54, w znacznie lepszym stanie :)


    Na koniec ... zazdroszcząc Kosmie raczenia ciemnych browarków w Danii zrobiłem postój nad Rusałką na właśnie ciemnego browka produkcji Browaru Fortuna :)


    Puls - ... (bateria padła)

    Kategoria ponad 100 km


  • dystans : 56.09 km
  • teren : 32.00 km
  • czas : 02:16 h
  • v średnia : 24.75 km/h
  • v max : 56.37 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Późny trening

    Środa, 10 czerwca 2009 • dodano: 10.06.2009 | Komentarze 2


    Długie dni w sezonie (wręcz uwielbiam takie) zachęcają mnie do wyjścia na rower właśnie późną porą, zwłaszcza po ciężkiej pracy. Tak właśnie ostatnio jest :)
    Zanim wyruszyłem (po 18), stwierdziłem że w tylnej oponce RR pojawiło się małe przetarcie na boku - pewnie skutek maratonowej jazdy po kamieniach ...

    Dom - Luboń - jazda nadwarciańskim - Puszczykowo - żółtym szlakiem - kawałek Greiserówką - czerwonym wzdłuż Góreckiego - niebieskim do Kociołka - Osowa Góra - Puszczykowo - nadwarciański - Luboń - Poznań ...

    Miałem szczęście bo przelotny deszcz przeszedł tuż obok mnie, a ostatnie 5 km jechałem po mokrym asfalcie :)

    Puls - max 175, średni 131

    Kategoria do 100 km


  • dystans : 30.05 km
  • teren : 20.00 km
  • czas : 01:08 h
  • v średnia : 26.51 km/h
  • v max : 42.00 km/h
  • rower : Accent Tormenta 2
  • Standard późną porą

    Poniedziałek, 8 czerwca 2009 • dodano: 08.06.2009 | Komentarze 0


    Kręciłem po 19 i przyjemnie było o tej późnej czerwcowej porze dnia.
    Z trasy często zbaczałem na leśne podjeżdziki ...

    Puls - max 169, średni 137

    Kategoria do 50 km


  • dystans : 69.25 km
  • teren : 13.00 km
  • czas : 02:44 h
  • v średnia : 25.34 km/h
  • v max : 42.90 km/h
  • rower : Accent Tormenta 2
  • Treningowo

    Niedziela, 7 czerwca 2009 • dodano: 07.06.2009 | Komentarze 8


    Trenować trzeba !
    Początkowo nie miałem konkretnego celu ... Chcę w góry !!!
    Wyruszyłem po 14:30, zamierzałem przejechać się trasą BM ... zniechęcił mnie wind – więc pokręciłem w kierunku WPN i dalej asfaltem prawie do Kórnika, głównie dlatego bo tam jest mnóstwo lasów dających naturalną osłonę przed wiatrem, ale i tak na większości trasy przeważał wmordewind ...

    Dom – Plewiska (do sklepiku po lodzika) – Komorniki – jazda Greiserówką (gdzieś zrobiłem pauzę na lodzika) – żółtym szlakiem przez Rezerwat Pojniki – Puszczykowo – Mosina – Rogalinek – Rogalin (skręciłem zobaczyć dęby) – Mieczewo – Mościenica – Borówiec – Koninko – Krzesiny – Starołęka – ul.Hetmańska – Górczyn – Dom

    Tunel w Komornikach był zalany
    Dla mnie przejazd tędy to frajda, jasne że przejechałem z pluskaniem :)


    W Rogalinie zboczyłem z drogi obejrzeć słynne dęby - imponujące


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 78.76 km
  • teren : 37.00 km
  • czas : 03:04 h
  • v średnia : 25.68 km/h
  • v max : 50.80 km/h
  • rower : Accent Tormenta 2
  • Do WPN i na urodziny siostry

    Sobota, 6 czerwca 2009 • dodano: 06.06.2009 | Komentarze 4


    Po tygodniu przerwy regeneracyjnej i porządnym wyczyszczeniu rowerka nr.1 (2 dni czyściłem i sprawdzałem stan) wsiadłem na bika - fajne uczucie kręcić, będąc wypoczętym :)
    Po wspaniałym górskim urlopie z rowerem już podczas pierwszych kilometrów stwierdziłem brak solidnych podjazdów, za którymi już tęsknię ... :)
    Jako że tegoż dzionka moja młodsza siostra miała urodziny - to wypadało pokręcić przez WPN i na działeczkę, gdzie była imprezka.

    Dom - Luboń (na lodzika) - jazda nadwarciańskim - Puszczykowo - Puszczykowo Stare (o dziwo podjazd ... za krótki) - kręcenie przez WPN-owski las - jazda Greiserówką - Szreniawa (wieża widokowa) - Chomęcice - Konarzewo - Dopiewiec - Sierosław (tam była imprezka) - Lusówko - Lusowo - Sady - Kiekrz - Strzeszynek - Rusałka - Lasek Marceliński - Dom (ostatnie 5 km w lekkim deszczu)

    JPbike na swoim terenie - WPN :)


    Wdrapałem się również na szczyt wieży widokowej, która była otwarta i to za darmo


    Schody w wieży - prawie jak w latarni morskiej ...


    Panoramka z punktu widokowego w stronę WPN ... strasznie płasko


    Na działeczce siostra urządzała ... :)


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 71.54 km
  • teren : 68.00 km
  • czas : 05:48 h
  • v średnia : 12.33 km/h
  • v max : 60.43 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • MTB Marathon Szczawnica

    Sobota, 30 maja 2009 • dodano: 30.05.2009 | Komentarze 21


    Moje pierwsze w pełni górskie GIGA i zwieńczenie wspaniałego tygodniowego urlopu w Szczawnicy :)

    Dzień przed maratonem nie jeździłem, wyczyściłem bika, założyłem oponki z klockami. Pobudka o 6:30, solidne śniadanko i poszedłem zamocować numerek startowy. Wyruszyłem z noclegowni po 8 i udałem się na rozgrzewkę do Jaworek, troszkę zimno było o tej porze. Na miejsce startu zjawiłem się o 9:30, strasznie błotniście tam było. Pogoda zaczęła się poprawiać, słońce też od czasu do czasu wychodziło zza chmur. W sektorze (trzecim) ustawiłem się bez pośpiechu i gdzieś w połowie. Ruszyliśmy o 10, wszyscy Gigowcy bez szaleństw kręcili pierwsze kilometry po szczawnickiej ulicy. No i skręciliśmy na długi, szeroki i szutrowy podjazd o znośnym nachyleniu prowadzący w okolice Przechyby (1175m) i wtedy zaczęła się powolna selekcja, każdy jechał swoim tempem. A Ja ? oczywiście brnąłem do góry, kręciłem tak, jak mogłem, niewielu udało mi się wyprzedzić, jak i mnie też raptem kilku wyprzedziło, spoczko, bo to moje pierwsze górskie giga. Po 7 km zaczęło się robić błotniście i … leżał śnieg. Po 11 km następuje pierwszy, dość krótki zjazd, przez coraz większą ilość błota i śniegu zaczęło mi zarzucać, zjeżdżałem ostrożnie by nie wpaść w błotne koleiny. Później do 21 kilometra trasy, gdzie był pierwszy bufet to seria kilku średniej długości niezłych podjazdo-zjazdów, ciężko się kręciło po miękkim błotku i byłem już solidnie uwalony, zdjąłem i schowałem przezroczyste okularki, które zbyt szybko parowały na podjazdach a na zjazdach chlap, chlap. Przy bufecie chwyciłem tylko Powerade i jazda, wtedy łańcuch zaczął się stopniowo zaciągać na młynku, na szczęście nie było aż tak źle. Na kolejnym długim podjeździe stwierdziłem, że klocki hamulcowe niesamowicie szybko się ścierały, napiąłem linki, nie zsiadając z rowerka. Ciekawie, czy dotrwają do końca trasy … Na około 28 km nastąpił rozjazd mega/giga (skręt na czerwony szlak pieszy), potem kamienisty i już tradycyjnie błotnisty podjazd, a dokładnie na 30 kilometrze wpadłem w koleinę i zaliczyłem glebę całym prawym bokiem w błotną kałużę, zażywając kąpieli, przynajmniej część potu zmyłem :) Po chwili trzeba było wnosić rowerki na plecach, jakieś 200 metrów do góry po wielkich kamieniach, nie pisząc już o ilości błota. Gdy pojawił się przejezdny odcinek, strasznie wysoko było, nastąpił skręt z czerwonego na niebieski szlak, który już znałem dzięki wypadzie z GraLo. Ten wąski, kamienisty zjazd zaczął się robić arcytrudny, arcytechniczny, błotko i spływająca woda spowodowały że kilkukilometrowy bardzo stromy zjazd zamienił się w błotną ślizgawkę. Co się ze mną działo ? :) Ilość zsiadania przekroczyła ze 10 razy, kilka potknięć, kolano znowu obtarłem, zaliczyłem niegroźne OTB w krzaki, klocki hamulcowe szybko kończyły swój żywot. Słowem: masakra, ale przeżyłem i jestem bogatszy o kolejne doświadczenie :) Wspomnę jeszcze, że na tym zjeździe wyprzedziły mnie dwie bikerki, w tym Justyna Frączek, którą miałem okazję jeszcze kilka razy spotkać na trasie, ale po kolei. Następnie to już szybki szutrowo-asfaltowy zjazd do Rytra (najniższy punkt trasy) i tam nagle nawrót i początek najdłuższego podjazdu na całej giga trasie, ponad 11 km non stop do góry w okolice Wielkiego Rogacza (1182m). Zanim procenty nachylenia zaczęły rosnąć, po 40 km pojawił się drugi bufet, zatrzymałem się na banana, ciastka, i Powerade, stała tam wspomniana Justyna, polewała wodą mocno rozgrzane tarcze. Ten długi, szeroki i szutrowy podjazd okazał się najcięższym na całej trasie, w większości dało się jechać na najmniejszej tarczy korby. Oczywiście wjechałem, nawet trzech bikerów dogoniłem i wyprzedziłem. Niestety tuż przy szczycie znów był koszmarny i bardzo stromy podjazd, więc wszyscy, wraz ze mną wprowadzali swoje rumaki. W końcu znalazłem się ponownie bardzo wysoko, pięknie widać było stamtąd Tatry, słowem: arcywidokowo :) No dobra, wróćmy do ścigania – po 55 km pętla giga łączyła się ponownie z mega i zaczęło się dublowanie wolniejszych Megowców, którzy startowali godzinę później od Gigowców. Nastąpił dość długi i kamienisty zjazd w większości biegnący przez otwartą przestrzeń, dość szybko zjechałem, choć z obawami o zużyte okładziny, czułem wtedy swąd palonych klocków, a klamki już prawie dotykały chwytów. I tak zjechałem tak do Jaworek, gdzie się rankiem rozgrzewałem. Na 60 km ostatni bufet, też postój zaliczyłem i wciąłem banana, rodzynki i picie, znów tam spotkałem Justynę i ponownie polewającą wodą tarcze hamulcowe – musiała dać niezły wycisk na zjazdach. Nie pamiętam już gdzie mnie znów wyprzedziła, pewnie dużo miałem wrażeń :) Zaraz za tym ostatnim bufecie nastąpił dość stromy drobno kamienisty solidny podjazd, na dwóch ostrych stromiznach niestety po raz kolejny zsiadłem z rowerka i tak większość taszczyła swoje maszyny do góry, aż do polany za schroniskiem „Pod Durbaszką” (850m). Od tamtej chwili już tylko szybki zjazd (v max) po polanie wprost do Szczawnicy. Oj, to nie koniec, pojawił się stromy zjazd, po którym płynął błotny strumyk – tam zaliczyłem ostatnią glebę i po raz ostatni wyprzedziła mnie Justyna (uśmiechnęliśmy się nawzajem) :) Po zjechaniu do Szczawnicy kolejna niespodzianka – naprawdę ostatni podjazd po spływającym błocie, jedynym sposobem na wjechanie było pchanie. Nareszcie ostatni zjazd, znów zaskoczenie bo biegł po stromej nartostradzie, a ja już prawie kompletnie bez hamulców, uff, zjechałem :) Na koniec, tuż przed metą ostatnia przeprawa – czyli przejazd przez szeroki na ok. 15 m Grajcarek (górski potok) o głębokości ponad suport, fajnie :) I w końcu wpadłem na błotnistą metę nieźle uwalony i już bez hamulców.
    Pokonana suma podjazdów: 2655 m !

    87/155 – open GIGA
    32/60 – M3

    Co do zadowolenia z pierwszego górskiego Giga – najbardziej mnie cieszy ukończenie takiej arcytrudnej (średnia mówi sama za siebie), błotnej przeprawy przez góry Beskidu Sądeckiego. A wynik to sprawa drugorzędna, ale i tak biorąc pod uwagę ilość zsiadania, pchania, zaliczonych gleb, potknięć ... to zadowolony jestem :)

    Podczas porannej rozgrzewki ...


    Czyściutki mój rowerek :)


    Błotnista strefa startu i mety


    To właśnie ta opisana przeprawa przez potok tuż przed metą


    Na pierwszych kilometrach po starcie wzdłuż Grajcarka


    Nawet z pozoru takie niewielkie błoto sprawiało trudności w manewrowaniu


    Błotny problemik z zaciągającym się łańcuchem na rozjeździe mega/giga
    Nooo ... i troszkę śniegu widać !


    Na ostatnim długim i stromym podjeździe ... arcywidokowym :)


    Latać i lądować na rowerku też potrafię ... i lubię :)))


    Super impresja aerodynamicznej pozycji mountainbikera i z Tartami w tle :)


    Po zawodach. Widok ścigacza z przodu ...


    ... i od tyłu :)




  • dystans : 66.24 km
  • teren : 12.00 km
  • czas : 02:54 h
  • v średnia : 22.84 km/h
  • v max : 65.08 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Przez Słowację i do Białej Wody

    Czwartek, 28 maja 2009 • dodano: 28.05.2009 | Komentarze 4


    Tegoż dnia do Szczawnicy przyjechał na wspólne kręcenie ze mną Robert znany na BS jako robin z Krakowa. Pobudka o 7, szybkie śniadanie i już 40 minut później po powitaniu z Nim w centrum Szczawnicy kręciliśmy razem. Ruszyliśmy najpierw do granicy ze Słowacją piękną ścieżką biegnącą wzdłuż Dunajca, o tak wczesnej porze była pusta, więc fajnie się nam kręciło wśród Pienin. Po przekroczeniu granicy obraliśmy kierunek na Lesnicę, a następnie po pokonaniu niezłego podjazdu (12%) odpoczęliśmy na przełęczy (720m) i ostro zjechaliśmy w dół. Po dotarciu przez Haligovce do Czerwonego Klasztoru, gdzie zrobiliśmy postój na fotki, ruszyliśmy na czerwony szlak – wspomnianą ścieżkę wzdłuż Dunajca, pięknie tam :)
    Po powrocie do Szczawnicy zatrzymaliśmy się przy Dunajcu na kawę, robinowi zostało jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem zaciągnąć do rezerwatu Biała Woda, gdzie byłem dnia poprzedniego. Robertowi się spodobało i zapewne jeszcze tam wróci. Na koniec jeszcze raz przejechaliśmy fragment ścieżki wzdłuż Dunajca, zaczynał się wtedy ruch, jak i spływy flisackie. Zwieńczeniem wycieczki były lodziki :)

    Na granicy ze Słowacją


    Robin i JPbike :)


    W Słowacji


    Na mnie taki znak nie zrobił większego wrażenia ... a na robinie - widać :)


    Pięknie ... :)


    Początek zjazdu na którym wycisnęliśmy v-max


    W Czerwonym Klasztorze. Widok na Trzy Korony


    Dunajec w pełnej krasie


    Wodospadzik :)


    Dzięki Robercie za wizytę w Szczawnicy, miło było Cię poznać, pokręcić wspólnie i do następnego !



  • dystans : 25.24 km
  • teren : 12.00 km
  • czas : 01:22 h
  • v średnia : 18.47 km/h
  • v max : 56.22 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Do Białej Wody

    Środa, 27 maja 2009 • dodano: 28.05.2009 | Komentarze 0


    Prognozy pogodowe na ten dzień nie były ciekawe, zapowiadały deszcz, od rana było duże zachmurzenie. Na rower oczywiście wsiadłem :)
    Początkowo zaplanowałem kolejne zapoznanie się z maratonową trasą, dodatkowo zamierzałem dokręcić w większości górskim terenem wzdłuż granicy polsko – słowackiej do Piwnicznej-Zdrój. Nici wyszły z planowanej trasy, dojechałem asfaltem do Jaworek, pomijając w Szczawnicy skręt na rowerowy szlak, w ogóle nie zauważyłem symbolu rowerka, gdzie te oznakowanie ? Dalej terenem do Rezerwatu Biała Woda (1,50 zł za wstęp), trzymając się żółtego szlaku, pieszego, acz przyjemnego. Następnie zgubiłem kompletnie szlak, jadąc szeroką szosą do góry, która po jakimś czasie się skończyła, zaczęło drobno padać, więc zawróciłem i dojechałem do miejsca, gdzie zgubiłem żółty szlak. Wtedy rozpadało się na dobre. Miałem trochę szczęścia bo była tam zamknięta drewniana Bacówka z tarasem, schroniłem się tam i przeczekałem jakieś 30 min. Wciąż padało i robiło się chłodno, zdecydowałem wrócić w deszczu do noclegowni. Dobrze że było z górki. Zimno mi się robiło i rozgrzałem się na 500 metrowym solidnym podjeździe (chyba 20-25%) do miejsca zakwaterowania i od razu czas na ciepłą herbatkę i suszenie ciuchów i SPD-ów ...
    A jednak, przynajmniej troszkę po górach pojeździłem, więc dzień nie był stracony rowerowo.

    Już w rezerwacie "Biała Woda"


    Takie strumyki wolę pokonywać w bród :)


    A jednak zgubka właściwej drogi nie była taka zła ...


    Właśnie w tej zamkniętej bacówce się schroniłem na tarasie przed deszczem na jakiś czas


    Kategoria do 50 km, w górach


  • dystans : 25.16 km
  • teren : 21.00 km
  • czas : 01:38 h
  • v średnia : 15.40 km/h
  • v max : 47.85 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Późną porą na Przechybę

    Wtorek, 26 maja 2009 • dodano: 01.06.2009 | Komentarze 5


    Po wspaniałej wycieczce z Karoliną i powrocie do Szczawnicy miałem jeszcze siły i ochotę na wjazd od mojej strony terenem na Przechybę (1175m) :)
    Wyruszyłem po posileniu się o 18. Już na pierwszym rozwidleniu dróg zapomniałem że szlak rowerowy, zresztą słabo oznakowany, biegnie prosto, a skręciłem w prawo, trzymając się niebieskiego szlaku … pieszego :) Po kilku km właśnie zaczęło się. A jednak dałem radę. Po ponownym styku z rowerowym szlakiem kręciłem swoim tempem do góry, nachylenie było znośne i na środkowym blacie dało się jechać, a ostatnie 2 km były dość strome i najważniejsze, że przejezdne. Na szczyt wjechałem o 19:25, słońce wisiało dość nisko, jeszcze nigdy o tej porze nie byłem tak wysoko :) Wdrapałem się jeszcze na punkt widokowy, robiło się chłodno, więc czas wracać. Nastąpił mega długi zjazd wprost do mojej noclegowni, no prawie w całości zjazd, bo w górnych partiach były jeszcze dwa krótkie podjazdy. Sam długi zjazd był łagodny, szutrowy, fragmentami brukowany, sporo łuków i parę zakrętów. Na miejsce zajechałem po 20. Dzięki temu wjazdowi i zjazdowi zaliczyłem kolejne zapoznanie z trasą maratonu.

    Późnopopołudniowe nisko wiszące słońce daje w górach ciekawe efekty :)


    Na niebieskim szlaku pieszym - początkowo przejezdnym ...


    A po jakimś czasie ... zamieniłem się w pieszego turystę :)
    Na szczęście tylko przez kilometr ... choć dość stromy ...


    Schronisko na Przechybie


    Widoczek na północ z punktu widokowego, godzina 19:30


    Długi, szutrowo - kamienisty zjazd


    Kategoria do 50 km, w górach