top2011

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski
Info o mnie.

- przejechane: 186399.27 km
- w tym teren: 67223.10 km
- teren procentowo: 36.06 %
- v średnia: 22.57 km/h
- czas: 342d 06h 25m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156 TN-IMG-2156 tn-IMG-6357

Zrowerowane gminy



Archiwum 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

  • dystans : 41.79 km
  • czas : 01:24 h
  • v średnia : 29.85 km/h
  • v max : 53.24 km/h
  • rower : Sztywna Biria
  • Trening

    Wtorek, 3 czerwca 2014 • dodano: 03.06.2014 | Komentarze 0


    Start o 13. Standardowa pętla przez WPN.


    Kategoria do 50 km


  • dystans : 51.59 km
  • czas : 01:58 h
  • v średnia : 26.23 km/h
  • v max : 38.89 km/h
  • rower : Sztywna Biria
  • Tlenik

    Poniedziałek, 2 czerwca 2014 • dodano: 02.06.2014 | Komentarze 0


    Start o 10:10. Greiserówka i wokół Warty. W ramach pomaratonowego rozjazdu.
    Lekki chłodek i pochmurno, odcinek Rogalinek - Rondo Starołęka wmordewindowy.


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 75.35 km
  • teren : 75.35 km
  • czas : 03:34 h
  • v średnia : 21.13 km/h
  • v max : 50.72 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • BikeCrossMaraton Krzywa Wieś

    Niedziela, 1 czerwca 2014 • dodano: 02.06.2014 | Komentarze 11


    Maraton w Krzywej Wsi koło Złotowa to najdalej wysunięty na północ w Wielkopolsce wyścig, w tym sezonie będący Mistrzostwami Wielkopolski w maratonie. Skoro jest to trzeba być, a ja od tygodnia bez żadnych treningów ...

    Już podczas rozgrzewki (5 km i 120 m w pionie) tętno skoczyło w okolice wyścigowych wartości, będzie ciężko, stwierdziłem że tutejsze pagóry są niezłe, a te krótkie, acz sztywne podjazdy i łachy piachu dają w kość, są nawet specjalnie pod maraton wykoszone z chaszczy fragmenty, nie brakowało bruków podjazdowych jak na Paris-Roubaix i jeszcze do tego nie widziałem żadnego asfaltu.
    Podczas maratonu mój wysokościomierz pokazywał zaskakujące jak na WLKP wartości – najniższy punkt ledwo ponad 120 m, a szczyty podjazdów dochodziły do 200 m.n.p.m. Jednym zdaniem - Ci co stworzyli ową trasę dobrze wiedzą jak dać odpowiedni wycisk maratończykom i wyłonić mistrzów :)

    Przed startem spotykam teamowe twarze – Olę, Wojtka i Marka, startuje nawet Maks (mini). Po odpaleniu stawki mega najpierw runda rozjazdowa i od razu na czarno-szarym szuterku zjazdowym wytwarzamy ogromną chmurę ciemnego kurzu. Gnając tędy, w środku widoczność prawie do zera, nawet nawierzchni nie widać :) Idzie mi słabo, nogi nie podają, ani nie mogę wejść na odpowiednie obroty. Znani rywale, którzy są na moim poziomie odjeżdżają mi. Łapię mały dołek, gdy na brukowanym podjeździe wyprzedzają mnie najpierw josip, a po chwili dziewczyny (Daria i Marta G.) i jeszcze parę osób. Takiego słabego startu to w tym sezonie nie miałem. W sumie nie dziwię się – tydzień bez żadnego treningu ani chociaż małej aktywności daje znać o sobie. Trudno, trza jechać swoje. I tak pierwszy leśny i ciężki odcinek pokonuję w małej grupce, po drodze i na sztywnym podjeździe podejmuję średnio udany atak i wraz z jednym gościem w koszulce Polartu udaje się wyrwać z grupki. Wpadamy na aż 10 km otwarty odcinek wśród pól i mijając miasteczko zawodów. Jazda tędy to w większości rzeźbienie pod wiatr, nie moja specjalność. Nawet gość z Polartu mi ucieka, a zza pleców cały czas widzę wspomnianą grupkę. Walczę póki mogę, z trudem utrzymuję pozycję. Wreszcie wjazd do lasu, na ciekawszą część pętli i od razu mi lepiej :) No i nareszcie łapię swój rytm. Na sztywnym podjeździe gość z Polartu zsiada z bike’a, bez problemu przesuwam się do przodu i właściwie od tego momentu do mety jadę sam i przy tym cały czas kontroluję sytuację. Po drodze wyprzedzam jednego z Agrochestu. Tamtejszy leśny odcinek jest bardzo fajny – przede wszystkim sporo singli biegnących po zboczach pagórów, nie wspominając już o podjazdach i zjazdach – wszystko miło w siodle, bo jak tu porównać to do hardcorowego Karpacza sprzed tygodnia ? :) Jedynym utrudnieniem są fragmenty z łachami kopnego piachu, które jakoś udaje się przejechać poboczem. Natomiast dokładnie na 1.5 km przed końcem pierwszej pętli dogania mnie lider mini (Kacper Szczepaniak), różnica prędkości mała i miło było popatrzeć jak na przedostatnim podjeździe zasuwa z ładną kadencją i na stojąco do góry. I tak dalej wjeżdżam na drugą rundę, mając na ostatnim brukowanym podjeździe niezły doping kibiców :) Ponownie przejeżdżany pierwszy leśny i ciężki odcinek pokonuję sprawnie, cały czas nikogo przed i za mną, chociaż nogi nie podają tak jak chciałbym. Natomiast na tych nudnych i polnych 10 km, w okolicach 50 km trasy widzę z przodu samotną sylwetkę josipa. Kawałek dalej na krótko przegapiam strzałki i wjeżdżam prawie na posesję :) Kolegę teamowego dochodzę na ostatnim bufecie, na którym się zatrzymał, a ja tradycyjnie w ruchu banana, wodę i myk. Drugi i ciekawy leśny odcinek pokonuję w samotności i bez rewelacji, powolutku odzywa się zmęczenie. Na ok. 5 km przed metą zdobywam jedno oczko w górę, po tym doganiam ogon mini i już na resztkach sił gnam do mety, muszę się sprężać bo jeden z mega dogania mnie, na ostatnim, brukowanym podjeździe nie dałem mu i tak spoko docieram do mety.

    24/52 - open mega
    6/17 – M3

    Strata do zwycięzcy (Michał Putz) – 34:20, do M3 – 27:56, do pudła M3 – 12:12
    Jak na słaby start, całkowity brak treningów od tygodnia to jestem zadowolony :)
    Dekorowana generalka nabiera pewności, ale i tak trzeba walczyć do Łopuchowa !

    24 (6 M3) – JPbike – 3:34:09
    27 (7 M3) – josip – 3:35:21
    41 (13 M3) – Marc – 4:01:58

    Fotki by Hania Marczak, Mirek Sell.
    Koncówka rundy rojazdowej. Tu słabo jadę :(
    Koncówka rundy rojazdowej. Tu słabo jadę :( © JPbike

    No tak, dobrze że na wyścigu nie zauważyłem piwoszy. Skusiłbym się :)
    No tak, dobrze że na wyścigu nie zauważyłem piwoszy. Skusiłbym się :) © JPbike

    Tak oto wjeżdżam na drugą rundę
    Tak oto wjeżdżam na drugą rundę © JPbike

    Ostatni podjazd. Było ciężko. Szósty w M3 to może być :)
    Ostatni podjazd. Było ciężko. Szósty w M3 to może być :) © JPbike

    Puls – max 174, średni 152
    Przewyższenie – 1195 m



  • dystans : 46.49 km
  • teren : 28.00 km
  • czas : 02:06 h
  • v średnia : 22.14 km/h
  • v max : 37.06 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • Rozruch

    Sobota, 31 maja 2014 • dodano: 31.05.2014 | Komentarze 13


    Pięć dni z rzędu bez roweru - masakra i wieczność dla mnie :)
    A to wszystko przez ciągły ból w okolicach stawu biodrowego, przy chodzeniu utykałem prawą nogą. Lekarz stwierdził jakiś stan zapalny (na pewno ?), dał tydzień chorobowego i jakiś lek. Poza tym szlify z Karpacza na kolanie przeszkadzały w zginaniu, więc zatem był czas na bezrowerową regenerację. Poza oglądaniem Giro, w końcu zabrałem się za stworzenie w bikemapie trasy wyprawy do Rzymu - wyszło ponad 2200 km i godna podziwu suma przewyższeń, a to dzięki przeprawie przez Alpy :)
    W końcu ból niby ustąpił i wsiadłem na Scotta, by sprawdzić czy po takiej (wiecznej dla mnie) przerwie dam radę pościgać się jutro w Krzywej Wsi o tytuł Mistrza Wielkopolski w maratonie.
    No i całkiem spoko się kręciło, więc jadę, ale i tak cudów się nie spodziewam, chociaż kto wie ? :)
    Co do trasy - nadwarciański - mały mix szlakowy WPN - nadwarciański.

    Puls - max 147, średni 118
    Przewyższenie - 395 m


    Kategoria do 50 km


  • dystans : 81.16 km
  • teren : 70.00 km
  • czas : 06:25 h
  • v średnia : 12.65 km/h
  • v max : 49.26 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • MTB Marathon Karpacz

    Niedziela, 25 maja 2014 • dodano: 26.05.2014 | Komentarze 9


    Kolejne golonkowe giga w Karpaczu za mną i satysfakcja z ukończenia musi być :)
    No, w zeszłorocznej relacji pisałem że od czasu gdy tam startuję to zawsze coś albo ze mną, albo ze sprzętem się dzieje i … nie inaczej było tym razem. Cóż, albo muszę z tym żyć, albo w końcu uda się przejechać sprawnie ten pokazujący prawdziwe oblicze kolarstwa górskiego giga maraton w Karkonoszach.

    Do Karpacza zajechaliśmy w sobotę późnym popołudniem, w trzyosobowym składzie ProGoggli – Marek, Mariusz i ja. Pogoda wtedy nie dopisała, co jakiś czas padało i nici z chociaż krótkiego rekonesansu po okolicznych górkach. Na kolację decydujemy się wstąpić na pizzę, po czym wróciliśmy na wysoko położoną kwaterę by obejrzeć finał LM. Browarki też były ... :)

    Pobudka dnia wyścigowego wita nas piękną pogodą, zza okna piękne widoczki na karkonoskie szczyty. Na śniadanie decyduję się zjeść jedynie dwie bułki z bananem i jogurcik, myśląc że na wyścig wczorajsza pizza wystarczy na zapas kalorii – okaże się że to był błąd ! Dodam jeszcze że od czwartku męczy mnie co jakiś czas nawracający ból w stawie biodrowym, nie mający nic wspólnego z rowerowaniem i którego nie wiedzieć jak nabawiłem się ze 10 lat temu. Zatem tegoż dnia nie byłem w dobrej dyspozycji sportowej.

    Marek jedzie mega, a Mariusz przyjechał pojeździć po górkach turystycznie. Na rozgrzewkę wybieramy się najpierw na super stromy podjazd w okolice Wanga, taki stromy że asfalt przy wylewaniu nie utrzymałby się i wspinaliśmy się po betonie. Na górze tętno moje skoczyło do 170 i trzeba było odsapnąć. Ładny początek :) Po tym miły zjazd wprost na stadion, a tam masa znajomych, pogaduchy i myk do sektora.

    O 10 start królewskiego dystansu. Na początek 4 km doskonale znany asfaltowy podjazd do Karpacza Górnego. Idzie mi sprawnie, dość szybko znajduję się w swoim miejscu, ale i tak niemało znanych rywali mnie wyprzedza. Pierwsze myśli – będzie ciężko o fajny wynik. Pilnuję tętna, bo wiem że nie tylko 2x Chomontowa do góry mocno da w kość. W teren skręcam mając komfortową pozycję. Na pierwszym zjeździe nabieram tempa, nie szarżuję. Podjazd na Czoło jest bardzo ciężki, wąski i są grząsko-błotne fragmenty, równie ciężko idzie mi podjeżdżanie, nie brakło butowania. Tędy zrównuję się z Kasią G. i tak tasując się docieramy do zjazdu sławnym zielonym po kamieniach wielkości AGD. Odtąd technicznie pomknąłem w dół, przy tym bez problemu wyprzedzam kolegę z Thule (Janusz P.) i Kasię. Nawet najgorszy uskok udaje mi się w końcu zjechać, w innym miejscu wybieram zły tor i muszę zejść. Po tym jazda w stronę znanego zjazdu z Grabowca, po drodze mijając bufet (ten sam 3x odwiedzany na giga). Ów techniczny zjazd czerwonym poszedł sprawnie, nierzadko trzeba było na podeszczowej wyrytej nawierzchni bardzo mocno zaciskać klamki hamulcowe. Po zjechaniu czas na jazdę typu góra-dół szuterkami, duktami i fragmentami asfaltu w okolicy Sosnówki. Gdzieś tam znów trzeba było butować stromo do góry, by po tym zjechać równie stromym singielkiem. Zjeżdżając tędy jeden gość przede mną się wywala i to tak że muszę przyhamować prawie do zera, do tego ocieram o jego rower co powoduje wybicie mnie z rytmu i zaliczam niezłą glebę z fikołkiem w krzaki, bez strat. Jadąc tędy i nierzadko pokonując grząsko-błotne odcinki praktycznie cały czas utrzymuję swoją pozycję. I tak docieram do super stromej ścianki zjazdowej – zjechana sprawnie, chwilami było ślisko że sunąłem w dół na zablokowanym tylnym kole. Po tym jakiś kilometr lub dwa asfaltu i skręt na dobrze mi znany teren w okolicach Przesieki. Na drugim bufecie obsługują mnie jak na pitstopie w F1 – tankują bidon i częstują owocami :) Wtedy zrównuję się z Arkiem S. i tak razem docieramy do klasyka – długiego podjazdu Chomontową. Ów podjazd idzie nam jakoś-takoś, trochę gadamy o formie i o trasie, dobrze że wtedy trafiliśmy na pochmurny fragment i słońce nie piekło. W pobliżu szczytu Arek bierze żela i mi powoli odjeżdża. Na górze wyprzedzam gościa w stroju Scotta. Po wjechaniu na grubo ponad 900 m czas na hardcorowy zjazd żółtym. Najpierw fragment w dół z kamieniami i rynną, po tym skręt na wypłaszczenie z błotno-kałużowym fragmentem (z buta). Jadąc tędy zauważam że przednie koło lata na boki – zacisk się poluzował, uff. W końcu właściwy zjazd. Górny fragment po sporych kamieniach i korzonkach, do tego po wczorajszych opadach okazuje się być jeszcze większym hardcorem, mimo to ryzykuję i od razu na mokrym korzeniu zaliczam nieprzyjemną glebę – kolano obtarte, zabolało i minęło kilka chwil zanim doszedłem do siebie. Kawałek schodzę, robię sikstop (za dużo piłem ?). I dalej już zjeżdżam sprawnie w dół, do Borowic. Czuję że kryzys, prawdopodobnie głodowy się zbliża, 4 zabrane żele niewiele pomogły. Po przejechaniu powtarzalnym fragmentem docieram do miejsca, gdzie Kowal (twórca trasy) kieruje mnie na 2 rundę giga. Na początek ponowny zjazd czerwonym z Grabowca – poszło jeszcze lepiej niż za pierwszym razem. I po zjechaniu tędy zaczynam powoli zdychać i stopniowo tracić pozycje. M.in. wyprzedza mnie wspomniana Kasia. Od 50 km, mimo słabej jazdy zaczynam dublować ogon mega. Na stromej ściance w rejonie DW Łokietek ze zdziwieniem zauważam zjeżdżającego przede mną w dół po stromiźnie gościa na monocyklu. Kolejny powtarzalny odcinek w okolicach Przesieki to ciągłe i powolne dublowanie niebieskich, jak i mnie pojedyncze sztuki z giga pokonują. Na bufecie robię z konieczności postój na owocowe żarcie, minimalnie pomogło i ruszam dalej by zmierzyć się drugi raz z Chomontową. Tym razem w słońcu, non stop młynek, bardzo ciężko idzie wspinaczka, mały kawałek stromizny muszę zbutować, bo źle ze mną. Nie poddaje się i reszta na szczyt wjechana, po drodze z minimalną prędkością wyprzedzam paru z mega, na ich twarzach widać zmęczenie i wolę walki. Ponowny ostry zjazd żółtym. Poziom zmęczenia i dekoncentracji powoduje że ponownie odpuszczam hardcorowy górny fragment i kawałek złażę. Po zjechaniu i pokonaniu 3x powtarzalnego odcinka to już zaczynam się włóczyć na zgonie, wyprzedza mnie dwóch ostatnich rywali z giga (w tym Janusz P.). W końcu zjazd w kierunku mety, fajny i dość szybki, by na koniec pokonać jeszcze jeden podjazd – tam już zdycham, tętno ledwo 135 i kolejne butowanie na szczyt mam w kolekcji. Stromy zjazd do Centrum Pulmonologii idzie bardzo dobrze, po tym już tylko dojazd do sławnych Agrafek. Pierwsza nawrotka OK, wyprzedzam dwóch z mega, na drugiej nawrotce wjeżdżam w świeżo wyrytą ścieżynkę i wpadam w poślizg z podpórką, na trzeciej, najtrudniejszej znów poślizg tyłu i muszę zejść, a kamienna sekcja sprawnie zjechana. Na koniec jeszcze tylko stromo w dół po trawie, pokaźny uskok odpuszczam, szlify na kolanie wystarczą, szkoda zaliczać kolejne :) I tak dojeżdżam bez emocji do mety, po drodze wyprzedzając turystyczny traktor z turystami :) Od razu wędruję do bufetu, a tam pożeram mnóstwo pomarańczy, lepiej mi, idę do myjki i w kolejce dzielę się wrażeniami z Izą, lecę szybko po makaron, który znika w oku mgnienia, jeszcze lepiej mi, myję średnio zabłoconego Scotta, spotykam się z Markiem i Mariuszem, czas wracać podjazdowo do kwatery na prysznic, zakup browarów na drogę i do Poznania.

    Aha, jak zdychałem na końcówce to wmawiałem sobie „nigdy więcej”, a zaledwie po kilkunastu minutach po przekroczeniu linii mety powiedziałbym głośno „za rok znów jadę to giga” – taki już jest ten urok ciężkich maratonów, gdzie satysfakcja z ukończenia JEST ! :)

    58/87 - open giga
    28/36 - M3

    Strata do zwycięzcy (Bartek Janowski) - 2:04:06, do M3 - 1:45:06
    Wynik mam gdzieś, ważniejsza jest frajda z pokonywania tylu trudnych odcinków !

    Foto by Ela Cirocka.
    MTB Marathon Karpacz 2014
    MTB Marathon Karpacz 2014 © JPbike

     
    Puls - max 171, średni 142
    Przewyższenie - 3050 m !




  • dystans : 44.19 km
  • teren : 35.00 km
  • czas : 02:00 h
  • v średnia : 22.09 km/h
  • v max : 38.04 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • Luźny trening z atrakcją

    Czwartek, 22 maja 2014 • dodano: 22.05.2014 | Komentarze 4


    Udało się wyjść o 17:30, po pracy i zarazem po obejrzeniu na Giro świetnej jazdy Rafała Majki. W niedzielę esencja MTB - kultowy już Karpacz, więc dziś tylko luźna jazda, nie do końca :) Tegoż dnia byłem zagadany z Dawidem, na wspólną przejażdżkę i browarek w Strzeszynku. W drodze nad Rusałkę mijałem Michała Górniaka podążającego na szosie, na Tor Poznań. Zgodnie z planem, w Strzeszynku się spotkaliśmy, oprócz daVe'a byli jeszcze duda i dwie bikerki - na Morasku trenowali.
    Kasia zapragnęła przejażdżki na moim 27.5-erze, nie odmówiłem :)
    Po czym męska część ekipy udała się na atrakcję dnia - browarek na świeżym powietrzu, PYCHOTA ! :)
    W końcu ruszyliśmy na wspólny trip, duda pognał w swoją stronę, a daVe ze mną na terenową Rundę Drogbasa.
    No i jadąc tędy nierzadko narzucałem godne tempo i kontrolując przy tym na wyczucie tętno.
    Po dokręceniu nad Rusałkę każdy z nas udał się w swoją stronę. To był miły dzień :)

    Przewyższenie - 260 m




  • dystans : 54.38 km
  • teren : 32.00 km
  • czas : 02:21 h
  • v średnia : 23.14 km/h
  • v max : 36.09 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • Troszke interwałów

    Wtorek, 20 maja 2014 • dodano: 20.05.2014 | Komentarze 2


    Od 18:35. Nadwarciański - stoki Osowej Góry - nadwarciański.
    Na szczyt 4 razy asfalcikiem, po czym za każdym razem w dół trasą DH.
    Z atrakcji - na dole trasy DH dwa razy spotkałem się z dwoma dzikami :)

    Puls - max 173, średni 129
    Przewyższenie - 390 m


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 65.27 km
  • czas : 02:14 h
  • v średnia : 29.23 km/h
  • v max : 60.97 km/h
  • rower : Sztywna Biria
  • Niedzielne dwie godzinki

    Niedziela, 18 maja 2014 • dodano: 18.05.2014 | Komentarze 0


    Start o 15:45. Dwie standardowe pętle przez WPN.


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 68.17 km
  • teren : 36.00 km
  • czas : 02:59 h
  • v średnia : 22.85 km/h
  • v max : 44.87 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • Przerwany trening

    Sobota, 17 maja 2014 • dodano: 17.05.2014 | Komentarze 4


    W planach było zrobienie 4h mocno terenowego treningu.
    Miało być tak: nadwarciański - runda JPbike'a - nadwarciański.
    Było pochmurno i wietrznie, a prognozom pogody ja to nie wierzę.
    W trakcie dojazdówki do WPN długo szło rozkręcanie (pewnie przez wczorajsze % i słabe śniadanie). Po dokręceniu w rejon Dymaczewskiego zaczęło padać, olałem to, komórkę do woreczka i jazda dalej. Napierając na czarnym wzdłuż jeziora dość szybko zacząłem siebie i bike'a uwalać błotkiem. Ostatnie majowe opady spowodowały stopniowe zarastanie wąskich odcinków, w tym przypadku wjeżdżanie w soczystą i mokrą zieleń zapewniało błyskawiczny prysznic :) Pomykając moimi sinusoidami przekonałem się że dłuższa jazda w mokrych obciskach może nieprzyjemnie się skończyć, zarządziłem przerwanie terenowego treningu i wracam asfaltami do domu. W trakcie powrotu przestało padać i poza pluskaniem w kałużach okazało się że musiałem stoczyć na całej długości walkę z wmordewindem i stopniowym wychładzaniem. Po drodze udało się jeszcze zaliczyć myjkę i do bazy wróciłem zziębnięty, ze zesztywniałymi dłońmi, i to tak że potrzebowałem dwóch godzin w kocyku by dojść do siebie.


    Kategoria do 100 km


  • dystans : 46.02 km
  • teren : 28.00 km
  • czas : 02:06 h
  • v średnia : 21.91 km/h
  • v max : 42.43 km/h
  • rower : Scott Scale 740
  • Trening

    Czwartek, 15 maja 2014 • dodano: 15.05.2014 | Komentarze 2


    Start o 18:30. Ciągle wieje, więc myk do lasu.
    W końcu zawitałem po dłuższej przerwie na moraskie ścieżki, a raczej na jego najdłuższy i super kręty singiel bo całej rundy nadal nie potrafię ogarnąć. Na owym singlu w jednym miejscu dobudowali mini bandy i hopy - poskakałem, a w drugim miejscu zaskoczyło mnie nieznane rozwidlenie ścieżek i w efekcie spory fragment pokonywałem dwa razy jak na gigowca przystało :)

    Dom - Marceliński - Rusałka - Strzeszynek - Jelonek - Morasko - Winogrady - Sołacki - Rusałka - Marceliński - dom.

    Przewyższenie - 388 m


    Kategoria do 50 km