Info o mnie.
- przejechane: 191536.42 km
- w tym teren: 69102.25 km
- teren procentowo: 36.08 %
- v średnia: 22.51 km/h
- łączny czas: 352d 17h 43m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m
Kategorie
-
Bike Maraton - 40
bikestatsowe zawody - 8
CX - 7
do 100 km - 1250
do 50 km - 1257
do/z pracy - 278
dron - 72
dzień wyścigowy - 252
Etapówki MTB - 31
Festive 500 - 55
Gogol MTB - 62
Kaczmarek Electric - 21
maratony - 181
MTB Marathon - 31
na orientację - 6
nocne - 290
podium, te szerokie też - 37
podsumowanie - 11
pomiar czasu - 67
ponad 100 km - 257
ponad 200 km - 28
ponad 300 km - 4
poza PL - 120
Solid MTB - 30
sprzęt - 50
szoska - 467
Uphill race - 8
w górach - 337
w roli kibica - 10
w towarzystwie - 411
wyprawy - 79
wysokie szczyty - 35
XC - 32
z przyczepką - 4
-
Moja stajnia
w użyciu
Orbea Oiz M20

Black Peak

Accent Peak 29
Canyon Endurace
Sztywna Biria
archiwum
Scott Scale 740
TREK 8500
Kross Action
Accent Tormenta 1
Accent Tormenta 2
Accent Tormenta 3
Archiwum
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
-
2026, Lipiec - 12 - 9
2026, Czerwiec - 11 - 2
2026, Maj - 12 - 0
2026, Kwiecień - 10 - 0
2026, Marzec - 9 - 0
2026, Luty - 8 - 0
2026, Styczeń - 8 - 0
2025, Grudzień - 8 - 0
2025, Listopad - 9 - 0
2025, Październik - 8 - 0
2025, Wrzesień - 8 - 0
2025, Sierpień - 13 - 23
2025, Lipiec - 12 - 22
2025, Czerwiec - 9 - 20
2025, Maj - 10 - 20
2025, Kwiecień - 8 - 21
2025, Marzec - 10 - 24
2025, Luty - 8 - 16
2025, Styczeń - 7 - 13
2024, Grudzień - 15 - 38
2024, Listopad - 7 - 15
2024, Październik - 9 - 21
2024, Wrzesień - 10 - 18
2024, Sierpień - 12 - 20
2024, Lipiec - 14 - 30
2024, Czerwiec - 18 - 40
2024, Maj - 10 - 24
2024, Kwiecień - 15 - 37
2024, Marzec - 12 - 29
2024, Luty - 9 - 27
2024, Styczeń - 9 - 25
2023, Grudzień - 12 - 34
2023, Listopad - 10 - 33
2023, Październik - 9 - 27
2023, Wrzesień - 11 - 28
2023, Sierpień - 8 - 16
2023, Lipiec - 16 - 43
2023, Czerwiec - 11 - 27
2023, Maj - 17 - 36
2023, Kwiecień - 12 - 45
2023, Marzec - 6 - 16
2023, Luty - 8 - 32
2023, Styczeń - 8 - 26
2022, Grudzień - 8 - 20
2022, Listopad - 8 - 25
2022, Październik - 9 - 31
2022, Wrzesień - 12 - 16
2022, Sierpień - 10 - 24
2022, Lipiec - 16 - 37
2022, Czerwiec - 12 - 26
2022, Maj - 16 - 32
2022, Kwiecień - 14 - 49
2022, Marzec - 9 - 30
2022, Luty - 8 - 18
2022, Styczeń - 10 - 27
2021, Grudzień - 10 - 25
2021, Listopad - 11 - 29
2021, Październik - 12 - 35
2021, Wrzesień - 15 - 30
2021, Sierpień - 16 - 24
2021, Lipiec - 20 - 34
2021, Czerwiec - 19 - 42
2021, Maj - 15 - 34
2021, Kwiecień - 15 - 30
2021, Marzec - 12 - 35
2021, Luty - 11 - 32
2021, Styczeń - 13 - 42
2020, Grudzień - 17 - 37
2020, Listopad - 13 - 51
2020, Październik - 14 - 40
2020, Wrzesień - 19 - 33
2020, Sierpień - 20 - 42
2020, Lipiec - 25 - 65
2020, Czerwiec - 21 - 77
2020, Maj - 21 - 75
2020, Kwiecień - 14 - 60
2020, Marzec - 7 - 21
2020, Luty - 15 - 34
2020, Styczeń - 13 - 46
2019, Grudzień - 20 - 76
2019, Listopad - 14 - 50
2019, Październik - 13 - 44
2019, Wrzesień - 24 - 46
2019, Sierpień - 23 - 25
2019, Lipiec - 23 - 31
2019, Czerwiec - 26 - 42
2019, Maj - 25 - 58
2019, Kwiecień - 24 - 75
2019, Marzec - 18 - 56
2019, Luty - 16 - 45
2019, Styczeń - 15 - 53
2018, Grudzień - 18 - 68
2018, Listopad - 10 - 36
2018, Październik - 20 - 42
2018, Wrzesień - 31 - 67
2018, Sierpień - 21 - 82
2018, Lipiec - 18 - 58
2018, Czerwiec - 14 - 55
2018, Maj - 19 - 55
2018, Kwiecień - 18 - 68
2018, Marzec - 14 - 55
2018, Luty - 10 - 52
2018, Styczeń - 10 - 52
2017, Grudzień - 10 - 42
2017, Listopad - 7 - 44
2017, Październik - 10 - 43
2017, Wrzesień - 17 - 46
2017, Sierpień - 19 - 43
2017, Lipiec - 19 - 83
2017, Czerwiec - 17 - 42
2017, Maj - 21 - 60
2017, Kwiecień - 19 - 47
2017, Marzec - 15 - 38
2017, Luty - 13 - 32
2017, Styczeń - 14 - 47
2016, Grudzień - 9 - 14
2016, Listopad - 9 - 24
2016, Październik - 14 - 19
2016, Wrzesień - 14 - 66
2016, Sierpień - 16 - 24
2016, Lipiec - 21 - 41
2016, Czerwiec - 15 - 26
2016, Maj - 24 - 77
2016, Kwiecień - 18 - 47
2016, Marzec - 18 - 42
2016, Luty - 13 - 26
2016, Styczeń - 14 - 39
2015, Grudzień - 14 - 72
2015, Listopad - 8 - 26
2015, Październik - 8 - 23
2015, Wrzesień - 12 - 27
2015, Sierpień - 18 - 31
2015, Lipiec - 16 - 59
2015, Czerwiec - 21 - 72
2015, Maj - 21 - 53
2015, Kwiecień - 20 - 88
2015, Marzec - 19 - 88
2015, Luty - 16 - 59
2015, Styczeń - 15 - 59
2014, Grudzień - 11 - 60
2014, Listopad - 19 - 34
2014, Październik - 12 - 22
2014, Wrzesień - 17 - 37
2014, Sierpień - 18 - 31
2014, Lipiec - 22 - 95
2014, Czerwiec - 18 - 73
2014, Maj - 16 - 76
2014, Kwiecień - 21 - 77
2014, Marzec - 20 - 73
2014, Luty - 16 - 80
2014, Styczeń - 7 - 31
2013, Grudzień - 18 - 87
2013, Listopad - 13 - 78
2013, Październik - 15 - 60
2013, Wrzesień - 16 - 65
2013, Sierpień - 15 - 76
2013, Lipiec - 26 - 161
2013, Czerwiec - 21 - 121
2013, Maj - 20 - 102
2013, Kwiecień - 20 - 116
2013, Marzec - 18 - 117
2013, Luty - 15 - 125
2013, Styczeń - 12 - 92
2012, Grudzień - 20 - 106
2012, Listopad - 10 - 82
2012, Październik - 13 - 46
2012, Wrzesień - 17 - 96
2012, Sierpień - 16 - 99
2012, Lipiec - 23 - 113
2012, Czerwiec - 17 - 97
2012, Maj - 18 - 61
2012, Kwiecień - 20 - 132
2012, Marzec - 20 - 130
2012, Luty - 9 - 57
2012, Styczeń - 10 - 55
2011, Grudzień - 11 - 84
2011, Listopad - 12 - 96
2011, Październik - 20 - 127
2011, Wrzesień - 17 - 170
2011, Sierpień - 23 - 109
2011, Lipiec - 11 - 116
2011, Czerwiec - 3 - 154
2011, Maj - 24 - 186
2011, Kwiecień - 15 - 255
2011, Marzec - 24 - 213
2011, Luty - 26 - 187
2011, Styczeń - 18 - 199
2010, Grudzień - 19 - 173
2010, Listopad - 13 - 106
2010, Październik - 14 - 118
2010, Wrzesień - 15 - 192
2010, Sierpień - 25 - 209
2010, Lipiec - 27 - 126
2010, Czerwiec - 28 - 191
2010, Maj - 20 - 255
2010, Kwiecień - 24 - 220
2010, Marzec - 18 - 196
2010, Luty - 9 - 138
2010, Styczeń - 11 - 134
2009, Grudzień - 12 - 142
2009, Listopad - 11 - 128
2009, Październik - 8 - 93
2009, Wrzesień - 24 - 158
2009, Sierpień - 22 - 118
2009, Lipiec - 19 - 143
2009, Czerwiec - 20 - 94
2009, Maj - 19 - 170
2009, Kwiecień - 25 - 178
2009, Marzec - 14 - 137
2009, Luty - 7 - 50
2009, Styczeń - 11 - 96
2008, Grudzień - 11 - 131
2008, Listopad - 13 - 56
2008, Październik - 17 - 64
2008, Wrzesień - 17 - 62
2008, Sierpień - 21 - 78
2008, Lipiec - 18 - 39
2008, Czerwiec - 24 - 74
2008, Maj - 15 - 23
2008, Kwiecień - 7 - 40
2008, Marzec - 6 - 14
Piątek, 12 sierpnia 2016 • dodano: 13.08.2016 | Komentarze 0
Dwa dojazdy (czwartek i piątek).
Kategoria do/z pracy
Wtorek, 9 sierpnia 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 0
Start o 19:30. Zachodnia pętla.
Niedziela, 7 sierpnia 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 2
Jazda tlenowa. Ruszyłem spod działki i obrałem kierunek w okolice Pniew.
90% trasy to otwarta przestrzeń, zatem pierwsza połowa troszkę wmordewindowa.
Ciekawszych atrakcji na trasie brak, same pola, pola, wioski, np. w Zajączkowie tamtejszy pałac pozamykany i wokół wyrastają chwasty. Poza tym nawigowałem testowo za pomocą smartfona - raz zaprowadziła mnie na 2 km poniemiecki bruk, gorszy od tego co mają na Paris-Roubaix. W drodze powrotnej dopadł mnie kryzys głodowy i w Dusznikach konieczna była wizyta w sklepiku.

Takie tam ujęcie z niedzielnej przejażdżki po szoskach © JPbike
Kategoria ponad 100 km, szoska
Sobota, 6 sierpnia 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 0
Jazda w jednym kierunku i zostałem tam na noc.
Sobota, 6 sierpnia 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 0
Tydzień odpoczynku po etapówce i kręcimy dalej.
Kategoria do 100 km
Piątek, 29 lipca 2016 • dodano: 09.08.2016 | Komentarze 4
Nastał ostatni dzień sześciodniowej etapówki MTB. Z jednej strony można się cieszyć, bo ciężka jazda po górach dzień po dniu dobiega końca i będzie ultra browarowanie, a z drugiej to szkoda że to już prawie koniec super przygody spędzanej w 100% z pasją :)
Nazajutrz czułem już nogi, widocznie podczas wczorajszego etapu musiałem sporo z siebie wycisnąć, by nie zawieść kompana, a tu jeszcze do pokonania mamy 55 km i ponad 2100 m podjazdów na technicznej trasie, pokazującej prawdziwe oblicze kolarstwa górskiego. Dla mnie nic dziwnego - jeśli zliczyć wszystkie moje maratonowe starty w Karpaczu i parę tutejszych urlopowych pobytów to okaże się że te tereny to moje drugie „domowe“ podwórko :). Trasę, jej twórcę i poziom trudności oczywiście znałem, poza jednym nowym odcinkiem, ale po kolei.
Stojąc w sektorze na głównym deptaku w centrum Karpacza, Jarek stanowczo mnie informuje że zamierza mocno kręcić i walczyć, zatem skąd on ma jeszcze siły na takie mocno górskie szaleństwa na rowerze ? Cóż, różnymi sposobami próbowałem mu wmówić że nie mam już tyle powera w nogach ... Poza tym naoglądałem się rowerów pozostałych uczestników obok mnie - same carbony, xtr-y, sramy z górnej półki, mnóstwo wypasionych fullów 29 za grubą kasę (min. 15000), po tym spojrzałem na swojego aluminowego Scotta - ma się wrażenie że przy tym to chyba rower z supermarketu, hehe :) No dobra, to nie sprzęt sam jeździ :) I jeszcze wspomnę że tuż przed odpaleniem stawki podszedł do nas Gogol i poza życzeniem powodzenia namawiał Drogbasa aby odłożył telefon, bo on ciągle klik klik i halo halo :)
No to start. Na początek klasyczny i parokilometrowy asfaltowy podjazd do Karpacza Górnego. Kompan tak jak mówił - zwiał mi, nie zamierzał czekać i tyle go widziałem, do czasu. Ów podjazd średnio mi wszedł w nogi, kręciłem swoje i zauważyłem że tętno mam niskie (max 154), ale ogólnie z samopoczuciem nie było tak źle. Pierwszy zjazd i ciężki podjazd ponownie do Karpacza Górnego przebiegły bez rewelacji i trochę tasowania było. Po tym kultowy już zjazd zielonym do Borowic po kamieniach wielkości AGD - pokonany sprawnie poza dwoma momentami, gdzie zostałem przyblokowany. Dojeżdżamy do pierwszego bufetu, a tam czekał kompan i od razu mówi „5 minut“, jednak po krótkim posileniu się chyba zrozumiał moje zmęczenie ciężką etapówką. Od tego momentu kręcimy razem, nieznacznie oddalając się. Techniczny zjazd z Grabowca spoko, wypych na stromiźnie i trochę śliski zjazd, na którym Jarek zalicza glebę. Na półpłaskim fragmencie kompan znów był niezadowolony z mojego „zamulania“, raz dałem mu znać aby pognał sam i spotkamy się na bufecie - odmówił. Kolejny ciężki podjazd i docieramy do bardzo stromej ścianki zjazdowej - dla mnie sprawnie zjechanej. I tak dalej myk znanymi mi duktami do Przesieki, wizyta przy bufecie (coś tam pokropiło z nieba), kolejne miłe leśne dukty, troszkę asfaltu i czas zmierzyć się ze sławnym podjazdem na Przełęcz Karkonoską, nie całkowicie, bo w pewnym momencie skręciliśmy na zupełnie nowy odcinek - okazał się największą masakrą na całej etapówce. Niby tylko kilka km, to nawierzchnia z jaką przyszło nam pokonać przerastała możliwości chyba wszystkich uczestników - na przemian kamienie, głębokie błotne koleiny, setki kałuż, sporo pozrywkowych szkód, żadnego optymalnego toru jazdy, do tego trzeba było mnóstwo razy przenosić swoje rumaki (np. przez strumień z pokaźnymi skarpami). Przemieszczając się tędy Jarek powiedział że ma już dość, nie wiem tylko czy i jego dopadło zmęczenie, czy po prostu chęci siadły. Na jednej zjazdowej i błotnośliskiej ścieżce kompan zalicza kolejną glebę - tym razem jego sprzęt dostaje w kość, do tego z niewiadomego powodu niesprawna manetka xtr wrzuciła blacik (o tym jak Jarka ogarnęło !#$%!&! to pomińmy). Gdy wreszcie udało się wydostać z paskudnego odcinka to obaj nie ukrywaliśmy swojego niezadowolenia z tegoż fragmentu (po co to wymyślili, skoro większości nie dało się pokonać w siodle?). Pora pokonać sławny podjazd Chomontową. Najpierw z racji drogbasowego blacika robimy pitstop - odkręcam linkę przerzutki i kompan może młynkować pod górę. Porządny ten podjazd wszedł ani dobrze, ani żle, kilka osób nas (raczej mnie) wyprzedziło. Po tym bardzo trudny technicznie zjazd żółtym - najgorsze fragmenty odpuszczamy, resztę zjeżdżam i na dole chwilę czekam na Jarka. Wizyta przy ostatnim bufecie, pokonujemy trudną kondycyjnie sekcję XC. Było nam tędy już ciężko kręcić swoim rytmem, parę kolejnych osób nas pozałatwiało. O ile ja miałem w sobie sporo cierpliwości, to Drogbas (ponownie) mówił że to jego ostatnie Sudety MTB Challenge :). W końcu dojazd do sławnych agrafek - zmęczenie i dekoncentracja we mnie takie że odpuściłem to kamienno-korzenne hardcore w siodle, zjazd po trawie i jest META, na którą wjeżdżamy oczywiście równo :)
Oj, to był bardzo ciężki etap, wszyscy uczestnicy to odczuli - sporo wiary (my też) notowało na mecie czas podobny do wczorajszego, prawie dwa razy dłuższego etapu !
Mija minutka, uciski, gratulujemy sobie nawzajem, mija kilka minut - Jarek mówi mi szczerze „dziękuję“ i uciska tak mocno że prawie mnie udusił :) i jeszcze do tego szok, bo wydusił z siebie „za rok znowu tu jedziemy“ :). Cóż, po tym się poznaje prawdziwego mountain bikera :). Na koniec miła przejażdżka w stronę deptaka, na oficjalną metę - obaj wjeżdżamy radośnie i trzymając się rękoma uniesionymi do góry (może będzie foto). W końcu jeszcze jedna szczęśliwa chwila - dostajemy koszulki FINISHERA :)
9/15 (+3 dnf) - team MAN
18/37 (+6 dnf) - open team
Generalka MAN - awans z 10 na 9 miejsce, gdyby nie kara z 3 etapu - byłoby 7 miejsce.

Było warto się solidnie zmęczyć. Takie koszulki są moimi ulubionymi :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Etapówki MTB, w górach, w towarzystwie
Czwartek, 28 lipca 2016 • dodano: 08.08.2016 | Komentarze 0
Od jakiegoś czasu, zarówno ja i kompan na wieść o długości tegoż najdłuższego etapu z Głuszycy do Karpacza (90 km) mieliśmy sporo obaw, zastanawiań się i takich tam ... :). Poranna krzątanina poszła sprawnie, pogodę mieliśmy dobrą do ścigania po górskich duktach, szlakach i singlach. W oczekiwaniu na start trochę gadaniny, śmiechów, taka etapówka po prostu łączy ludzi ze wspólną pasją :). No to o 10 start. Na początek parokilometrowa, łagodna i asfaltowa wspinaczka, wraz z Jarkiem powolutku przesuwamy się coraz wyżej w stawce. Drogbas jest zadowolony bo dotrzymuję mu kroku na długiej wspinaczce. Pierwszy zjazd - szybki i luźno szutrowy, po tym przejazd miłą ulicą w Sokołowisku. Drugi i dość wymagający podjazd i zjazd, znów fragment asfaltowy i wpadliśmy na zielony szlak, ciekawy mtbowsko i dość urozmaicony. Kręcąc tędy, Drogbas zaczął mi się oddalać (wolał napierać w paroosobowej grupce, bo tak lubi). W pewnym momencie pojawił się bardzo trudny i podmyty deszczem zjazd, na którym tłoczno się zrobiło i zauważyłem moment jak kompan przy sprowadzaniu się wywalił na plecy (dziura w koszulce i szlify na plecach). Doganiam go przy bufecie, a on informuje że ma na oku konkurencyjną parę Austriaków, każe mi szybko się posilić i myk dalej. Ciężko mi idzie wtedy jazda na kole pod górę, czyli widocznie ogarniało mnie zmęczenie parodniową etapówką. W trakcie podjeżdżania na widokowym i szerokim szuterku zrobiło się troszeczkę tasowań w stawce, m.in dogoniła nas kolejna konkurencyjna para (Trybiki 68) - Drogbas siadł im na kole, a ja z wielkim trudem dotrzymywałem im kroku. Nastąpił fajny, wąski i graniczny odcinek, spoko przejechany. Nagle Trybiki stanęli (awaria), Jarek się ucieszył i pognaliśmy sami dalej długim i szybkim zjazdem w stronę Lubawki, po drodze wyprzedziliśmy kolejną parę - to Holendrzy z też piwnego teamu (Beerse Bikers 1) :). Wizyta w przedostatnim bufecie i nastąpiła długa asfaltowa jazda stopniowo pod górę (aż ponad 10 km) w stronę podjazdu na Okraj. Początkowo jedzie mi się OK, do momentu gdy wspomniani Holendrzy z jednym gościem nas dochodzą. Wtedy okazuje się że nie mam już tyle mocy w nogach, by usiąść im na kole - wtedy po raz pierwszy kompan mój był niezadowolony, ale co zrobić? zajechać się w trupa? bez sensu, bo jutro jeszcze jeden etap. Wreszcie skończył się ten nudny asfalt i zaczynamy ciekawą końcówkę etapu. Najpierw długa wspinaczka po szerokim dukcie, nachylenie stopniowo rosło (momentami 20%), młyneczki poszły w ruch, szło mi średnio (Jarkowi lepiej). Po podjechaniu czas na zjazd, znanym szlakiem ER2, przy ostatnim bufecie kibicowała mi Ania (żona Arka z Bydzi) i czekał na mnie (siedział na barierce) Drogbas, i tak zjechaliśmy do krzyżówki oznaczającej ostatni i ciężki podjazd prowadzący do Tabaczanej Ścieżki. Kompan wtedy cały czas widocznie daleko przede mną kontrolował sytuację, a ja robiłem co mogłem. Znów pojawiła się szansa by pokonać wspomnianych Holendrów (drobne defekty). Po wjechaniu czas na arcytechniczny zjazd Tabaczaną - na górnych i hardcorowych fragmencikach ze skałkami i kamieniami nie ryzykuję i schodzę, a resztę z radochą pokonuję w siodle :). Aha, zjeżdżając tędy doszedł mnie Andrzej Jackowski (na fullu 29) znany z dobrych wyników - co oznaczało że i my jesteśmy wysoko w stawce :). Po zjechaniu zaczekałem na kompana (nie dziwić się że na owym zjeździe go wyprzedziłem), a tam niespodzianka - są i Austriacy i Holendrzy - w obu przypadkach czekali na swoich kompanów, widocznie gorzej radzących w technice. No to przekazuję wieści Drogbasowi, ostatni krótki podjazd i pora na pełny ogień zjazdowy wprost na metę do Karpacza. Powiem że nie było łatwo - kompan był pozbawiony blacika, do tego luźna nawierzchnia wymagała 100% koncentracji, a Holendrzy widocznie próbowali nas dogonić. Aż do końcowej kreski ulokowanej na podjazdowej ulicy w Karpaczu nie byliśmy pewni wygranej z nimi - na ostatnich metrach musiałem dać z siebie wszystko. Udało się i po szalonej końcówce radośnie i z pełnym zadowoleniem obaj wjechaliśmy na metę. To był nasz najlepszy wynikowo etap :)
6/14 (+4 dnf) - team MAN
11/36 (+7 dnf) - open team
Zarówno w kategorii, jak open wszystkich par to nasz THE BEST wynik :)
Generalka MAN - awans z 12 na 10 miejsce.

W 100% full zadowolenie na mecie - tak miało być :) © JPbike
Ślad gps niepełny - brakuje zjazdu Tabaczaną do mety, bo bateria w liczniku padła.
Kategoria dzień wyścigowy, Etapówki MTB, w górach, w towarzystwie
Środa, 27 lipca 2016 • dodano: 04.08.2016 | Komentarze 2
No to półmetek etapowki za nami. Pobudka, śniadanie, zwijanie szkolnego obozowiska i gotowość do startu poszły sprawnie. Pogoda początkowo dopisywała.
Po ruszeniu najpierw przejazd przez klimatyczną uliczkę i ryneczek w Bardzie, po tym troszkę asfalciku i skręciliśmy na podjazdowy szuterek. Zanim tam wjechaliśmy to od razu zauważyłem że Jarek ma problemy z przednią manetką xtr - odmówiła posłuszeństwa i kompan kręcił przez całą resztę etapówki na małej tarczy w korbie xtr (26). Ów długi podjazd był przyjemny, przez las, troszkę kręty i szeroki. Stawka powoli się rozciągała. Drogbas kręcił jakieś 100-200 m przede mną. Po pokonaniu przyjemnego zjazdowego singla ponownie szutry, tym razem półpłaskie. I tak dojechaliśmy do atrakcji - przejazd po nieczynnym i wysokim akwedukcie, zaraz po tym mieliśmy do pokonania bardzo stromy zjazd - gdyby nie nagłe zakorkowanie (bo wąsko) to odważyłbym się zjechać, zatem wszyscy sprowadzali po dość wyrytej ziemi. A na dole niefajny widok - stał tam kompan z zakrwawioną nogą i niesprawnym rowerem (przy sprowadzaniu ktoś w niego walnął). No to krótki, acz stromy wypych i docieramy do bufetu, poza posileniem bierzemy się do serwisu. O ile krew na nodze to pryszcz (kilka szlifów), to z doprowadzeniem do sprawności Canyona mamy problem - udaje się poprawić rozlegulowaną linkę przerzutki, próba czy działa i coś tu nie gra, bo okazuje się że poprowadzony wewnątrz ramy pancerz tylnej przerzutki się przesunął i zakleszczył w ramie tak że nie dało się skręcić kierownicą w prawo, ani ręcznie przesunąć pancerza. No to przerąbane, zleciało sporo czasu, mnóstwo wiary nas wtedy minęło, Drogbas dwa razy mówił że DNF. Trudno, umawiamy że spotkamy się na mecie w Głuszycy i pojechałem dalej sam i myśląc coś w rodzaju „jak to wszystko wpłynie na nasz wynik ?“. Zaraz po tym kolejna atrakcja - przejazd singlem wokół Twierdzy Srebrnogórskiej i się zaczęło mozolne odrabianie strat w moim wykonaniu - na początek łyknąłem ze 10-15 osób, po tym ciężej było kogoś doganiać, bo teren stawał się trudny, ale w pełni mtb-owski - cały czas czerwonym szlakiem, na przemian podjazdy i zjazdy, m.in. widziałem sporo oznaczeń ścieżek strefy MTB Głuszyca, jak i mijaliśmy nowo powstały odcinek startowy trasy enduro „Romet Red Line“. Wtem zaczęło się chmurzyć i na jakiś czas spadł deszcz, oczywiście stopniowo mokłem. Po drodze był jeden chyba najstromszy wypych na etapówce, jak i mglisty przejazd wśród skał szczytu Kalenicy (964 m). I tak dotarłem do bufetu, a tam spotkałem Artura. Przemoczony i po uzupełnieniu węglowodanów owocami ruszyłem dalej, w stronę Wielkiej Sowy (1015 m). Ów podjazd okazał się po części masakrą nawierzchniową - mimo że dość szeroki, nachylenie znośne, to ilość luźnych i pokaźnych kamieni nie dała wybierać odpowiedniej linii przejazdu. Po osiągnięciu kulminacji wysokościowej pora na zjazd. Dosyć techniczny - nie mogłem zaszaleć na maxa, bo jeden masters na fullu mnie blokował, gdy się to udało to wyprzedziłem i Damiana. Po zjechaniu ostatni ciężki podjazd - po trawie i błotku. Ponownie zaczęło padać i tak już bez emocji, bez szaleństw zjechałem szerokimi szutrami wprost na metę, a tam Drogbasa nie było widać. No to myk na stadion posilić się i ustawiłem w kolejce do myjni, mineło trochę czasu i nagle ... dojechał kompan :) Oczywiście że ukończył - opowiedział że do bufetu, gdzie próbowaliśmy uporać się z defektem dojechali niesamowici czescy mechanicy i wymienili mu pancerz. Ta sytuacja spowodowała że tegoż dnia dostaliśmy od sędziów sporą karę czasową i w efekcie ostatnie miejsce w kategorii.
Wieczorem pełna integracja na odreagowanie - na łebek poszły 3 browary i kielich żołądkowej z czeskimi mechanikami :)
16/16 (+2 dnf) - team MAN
37/37 (+6 dnf) - open team
Gdyby nie defekt i kara czasowa to byłoby 7 - 8 miejsce w kategorii.
Generalka MAN - spadek z 9 na 12 miejsce.
Foto by Bikelife.

Nasz serwis. Usilnie próbujemy uporać się z defektem © JPbike

To już wysoko, tuż przed Wielką Sową © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Etapówki MTB, w górach, w towarzystwie
Wtorek, 26 lipca 2016 • dodano: 03.08.2016 | Komentarze 4
Trzeci dzień etapówki przywitał nas piękną pogodą. W race booku pisali że to będzie trudny fizycznie i obfity w techniczne odcinki etap - fajnie, będzie co robić na trasie.
Po starcie mamy ponad 10 km niezbyt wymagającą wspinaczkę. Podjeżdżając tędy, sporo tasowań w stawce było, Drogbasa cały czas miałem w zasięgu wzroku. Uwagę przykuła pewna para mix - facet ciągnął pod górkę swoją partnerkę elastyczną linką :). Po wjechaniu na znaczną wysokość nagle skręt na krótki wypych i osiągamy Czernicę (1083 m). Od tamtędy się zaczęła mocno techniczna jazda - najpierw wysokogórska, kręta i usiana masą korzeni ścieżka, następnie kolejny trudny i fajny zjazd, po tym troszkę szutrów i wjechaliśmy w bagatela 20 kilometrową graniczną wąską ścieżkę o naprawdę trudnej nawierzchni. Jadąc tędy raz pod górę raz w dół, wraz z kompanem sporo się namęczyliśmy - ilość rozsianych kamieni i korzeni zmuszała nas do pełnej koncentracji i ciężko było łapać rytm, a co dopiero rozwinąć jakąś prędkość. Dobrze ze w połowie tegoż odcinka był bufet i można było chwilę odetchnąć od strasznych wertepów. Chyba czas pomyśleć o fullu :). Na drugiej części tegoż granicznego odcinka Drogbas mi uciekł jak dogoniła nas znajoma z wczoraj para mix od Gomoli, oraz było parę wypychu na stromiznach. Po tej ciężkiej przeprawie docieramy do bufetu, a tam czekał na mnie kompan i Czesi naprawiali rower Arka z Bydzi. Teraz czas na kultowe już miejsce - ciężki podjazd na Górę Borówkową i techniczny zjazd stamtąd równie kultowym czerwonym szlakiem. Podjeżdżając tędy Jarek w końcu się rozkręcił i zgodnie z moim przewidywaniem (i obawianiem) był lepszy ode mnie. Ja z kolei doszedłem go na końcówce owego trudnego zjazdu, czyli byliśmy parą typu mieszanka wybuchowa (on lepszy na podjazdach, ja lepszy na technicznych zjazdach) :). Po tym podjazd na Przełęcz Jaworową i pora na nieznany nam odcinek po miłych szuterkach i cały czas stopniowo wytracaliśmy wysokość. Napieraliśmy tędy znów ze wspomnianą parą mix. W pewnym momencie coś z tyłu mnie niepokoiło, bo coś ocierało o łydkę - myślałem że znów mleczko pryska, stanąłem - a tu ulga bo gałązka wkręciła się w szprychy. I tak dokręciliśmy do ostatniego bufetu, ulokowanego przy drodze krajowej nr 46, po drodze mając wspaniałe widoki. I wtedy nastąpił dla mnie pierwszy, na szczęście nieznaczny kryzys na etapówce, do tego doszła nas konkurencyjna para Austriaków. Do mety jeszcze 15 km, w tym kilka km podjazdu. Jarek cały czas kontrolował sytuację, na każdym zakręcie i łuku, swoim słynnym szarpanym tempem sprawdzał odległość od austriackich rywali i namawiał mnie bym walczył - robiłem co mogłem. Na złość dogoniło nas kilku i kolejna para, no tak i powiedziałem że jestem w dołku. A jednak mieliśmy spore szczęście, bo Ci co nas przed chwilą wyprzedzili przegapili właściwy skręt i znów, na ostatnim stromym fragmencie trzeba było stoczyć walkę łeb w łeb. Na szczyt Góry Kalwarii, przy kapliczce wjechałem niestety przedostatni z grupki i prawie zdychałem. Znów szczęście nam sprzyjało, bo nastąpił hardcorowy zjazd będący zarazem drogą krzyżową. Drogbas nareszcie się odblokował zjazdowo i ku mojej uciesze sprawnie szalał w dół. To właśnie dzięki temu technicznemu zjazdowi udało się wyprzedzić konkurencyjną parę (Trybiki 68) i jeszcze do tego, już na uliczce w Bardzie załatwiliśmy wspomnianych Austriaków, na ostatnich metrach gorąco kibicował nam Gogol i z radochą przekroczyliśmy metę :)
8/15 (+3 dnf) - team MAN
14/39 (+4 dnf) - open team
Generalka MAN - spadek z 8 na 9 miejsce
Foto by Bikelife.

W akcji. Na takich ścieżkach to jestem w swoim żywiole :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Etapówki MTB, w górach, w towarzystwie
Poniedziałek, 25 lipca 2016 • dodano: 02.08.2016 | Komentarze 4
Rano po śniadaniu dowiadujemy się że z powodu całonocnego deszczu trasa pierwszego etapu została skrócona z 66 do 50 km, czyli nie będzie znanego mi technicznego zjazdu czerwonym od schroniska pod Śnieżnikiem, orgi skasowali również fragment granicznego zielonego szlaku.
Stojąc w sektorze, pogaworzyliśmy z kolegą, również z Poznania - m.in. dowiedziałem się że zagląda na mój blog, to miłe :). Tuż przed odpaleniem stawki spotykamy samego Gogola - też startował na tej etapówce (krótszy dystans).
No to o 10 start. Na początek długi i porządny podjazd zielonym na Przełęcz Puchaczówka. Trochę tłoczno było, ale bez przesady, bo wszyscy dostojnie wspinali się pod górę. Kompan mój już na początku podjazdu uruchomił łydę i po kilku minutach nie było go widać, zresztą spodziewałem (i obawiałem) się tego :). Po spoko wjechaniu nastąpił jeszcze jeden szeroki podjazd, po tym równie szeroki zjazd - bez technicznych fajerwerków i czasem trzeba było dokręcać na blaciku. Zjeżdżając tędy wyprzedziłem dwóch charakterystycznych gości - jeden na góralu z jednym biegiem (długowłosy Anglik z pokaźną brodą), a drugi to Estończk na fatbiku - w obu przypadkach po prostu zabrakło im szybkiego przełożenia :). Po zjechaniu do Międzygórza i krótkiej wizycie przy bufecie czas pokonać kolejny długi i porządny podjazd. Właśnie od tędy trochę zaczęło sie dziać w moim wykonaniu - najpierw zrównuję się z Anetą Imielską (zwyciężczyni etapówki solo), po czym wyprzedzam parę sztuk, w tym kolegów z Cellfastu (Andrzej Jackowski, Artur Zarański) i w końcu spoczko dochodzę Drogbasa, no to luz :). Po tym wtapiam się w tempo kompana, teamowa współpraca musi być. Po krótkim czasie, na pięknym widokowo wypłaszczeniu dołączają do nas Andrzej i Artur - odtąd kręcimy we czwórkę jak na czterech Wielkopolan przystało. Dokręciliśmy do znanego mi krótkiego wypychu na zielony graniczny szlak i jak się okazało - ów szlak był jedynym technicznym odcinkiem etapu. Andrzej zwiał, Artur został w tyłach, a ja pilnowałem siebie bym nie uciekł Jarkowi na tym odcinku. Krótka wizyta na drugim bufecie i nudny, bo gładko asfaltowy zjazd z serpentynami do krzyżówki z niebieskim szlakiem podjazdowym, prowadzącym na 1001 metrową Przełęcz Suchą - kompan jeszcze nie złapał swojego podjazdowego rytmu, zatem na szczycie zaczekałem ze minutkę, oczywiście pare osób mnie wtedy minęło. Po tym już tylko długi asfaltowo - szutrowo - trawiasto - asfaltowy zjazd wprost na metę. Jarek dosłownie tędy zaszalał jak kamikadze. Gnał ostro, przeskakiwał przez rynienki odwadniające, a ja musiałem się sprężać jak diabli, raz nie nadążyłem i mocno dobiłem tylnym kołem o ową rynienkę. Szaleńcza jazda kompana w dół pozwoliła nam wyprzedzić kilku rywali. Na ostatnim kilometrze zauważyłem że tył jest miękki (mleczko na szczęście zadziałało) i by dogonić Drogbasa uruchomiłem wszystkie rezerwy mocy aby wyprzedzić wyjątkowo mocną parę mix (późniejsi zwycięzcy etapówki). Udało się i z radochą wpadliśmy na metę w Stroniu Śląskim.
7/15 (+3 dnf) - team MAN
15/39 (+4 dnf) - open team
Generalka MAN - awans z 11 na 8 miejsce
Foto by Bikelife, Sportograf.

Relaksik przedstartowy :) © JPbike

Pierwszy podjazd pokonany, pora gonić kompana ... © JPbike

Tak, to oczywiście szalona końcówka etapu :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Etapówki MTB, w górach, w towarzystwie







