Info o mnie.
- przejechane: 192899.55 km
- w tym teren: 69687.25 km
- teren procentowo: 36.13 %
- v średnia: 22.49 km/h
- łączny czas: 355d 14h 27m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m
Kategorie
-
Bike Maraton - 42
bikestatsowe zawody - 8
CX - 7
do 100 km - 1259
do 50 km - 1261
do/z pracy - 278
dron - 73
dzień wyścigowy - 254
Etapówki MTB - 31
Festive 500 - 55
Gogol MTB - 62
Kaczmarek Electric - 21
maratony - 183
MTB Marathon - 31
na orientację - 6
nocne - 290
podium, te szerokie też - 37
podsumowanie - 11
pomiar czasu - 67
ponad 100 km - 260
ponad 200 km - 28
ponad 300 km - 4
poza PL - 120
Solid MTB - 30
sprzęt - 50
szoska - 474
Uphill race - 8
w górach - 341
w roli kibica - 10
w towarzystwie - 412
wyprawy - 80
wysokie szczyty - 35
XC - 32
z przyczepką - 4
-
Moja stajnia
w użyciu
Orbea Oiz M20

Black Peak

Accent Peak 29
Canyon Endurace
Sztywna Biria
archiwum
Scott Scale 740
TREK 8500
Kross Action
Accent Tormenta 1
Accent Tormenta 2
Accent Tormenta 3
Archiwum
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
-
2026, Wrzesień - 7 - 0
2026, Sierpień - 8 - 0
2026, Lipiec - 15 - 12
2026, Czerwiec - 11 - 2
2026, Maj - 12 - 0
2026, Kwiecień - 10 - 0
2026, Marzec - 9 - 0
2026, Luty - 8 - 0
2026, Styczeń - 8 - 0
2025, Grudzień - 8 - 0
2025, Listopad - 9 - 0
2025, Październik - 8 - 0
2025, Wrzesień - 8 - 0
2025, Sierpień - 13 - 23
2025, Lipiec - 12 - 22
2025, Czerwiec - 9 - 20
2025, Maj - 10 - 20
2025, Kwiecień - 8 - 21
2025, Marzec - 10 - 24
2025, Luty - 8 - 16
2025, Styczeń - 7 - 13
2024, Grudzień - 15 - 38
2024, Listopad - 7 - 15
2024, Październik - 9 - 21
2024, Wrzesień - 10 - 18
2024, Sierpień - 12 - 20
2024, Lipiec - 14 - 30
2024, Czerwiec - 18 - 40
2024, Maj - 10 - 24
2024, Kwiecień - 15 - 37
2024, Marzec - 12 - 29
2024, Luty - 9 - 27
2024, Styczeń - 9 - 25
2023, Grudzień - 12 - 34
2023, Listopad - 10 - 33
2023, Październik - 9 - 27
2023, Wrzesień - 11 - 28
2023, Sierpień - 8 - 16
2023, Lipiec - 16 - 43
2023, Czerwiec - 11 - 27
2023, Maj - 17 - 36
2023, Kwiecień - 12 - 45
2023, Marzec - 6 - 16
2023, Luty - 8 - 32
2023, Styczeń - 8 - 26
2022, Grudzień - 8 - 20
2022, Listopad - 8 - 25
2022, Październik - 9 - 31
2022, Wrzesień - 12 - 16
2022, Sierpień - 10 - 24
2022, Lipiec - 16 - 37
2022, Czerwiec - 12 - 26
2022, Maj - 16 - 32
2022, Kwiecień - 14 - 49
2022, Marzec - 9 - 30
2022, Luty - 8 - 18
2022, Styczeń - 10 - 27
2021, Grudzień - 10 - 25
2021, Listopad - 11 - 29
2021, Październik - 12 - 35
2021, Wrzesień - 15 - 30
2021, Sierpień - 16 - 24
2021, Lipiec - 20 - 34
2021, Czerwiec - 19 - 42
2021, Maj - 15 - 34
2021, Kwiecień - 15 - 30
2021, Marzec - 12 - 35
2021, Luty - 11 - 32
2021, Styczeń - 13 - 42
2020, Grudzień - 17 - 37
2020, Listopad - 13 - 51
2020, Październik - 14 - 40
2020, Wrzesień - 19 - 33
2020, Sierpień - 20 - 42
2020, Lipiec - 25 - 65
2020, Czerwiec - 21 - 77
2020, Maj - 21 - 75
2020, Kwiecień - 14 - 60
2020, Marzec - 7 - 21
2020, Luty - 15 - 34
2020, Styczeń - 13 - 46
2019, Grudzień - 20 - 76
2019, Listopad - 14 - 50
2019, Październik - 13 - 44
2019, Wrzesień - 24 - 46
2019, Sierpień - 23 - 25
2019, Lipiec - 23 - 31
2019, Czerwiec - 26 - 42
2019, Maj - 25 - 58
2019, Kwiecień - 24 - 75
2019, Marzec - 18 - 56
2019, Luty - 16 - 45
2019, Styczeń - 15 - 53
2018, Grudzień - 18 - 68
2018, Listopad - 10 - 36
2018, Październik - 20 - 42
2018, Wrzesień - 31 - 67
2018, Sierpień - 21 - 82
2018, Lipiec - 18 - 58
2018, Czerwiec - 14 - 55
2018, Maj - 19 - 55
2018, Kwiecień - 18 - 68
2018, Marzec - 14 - 55
2018, Luty - 10 - 52
2018, Styczeń - 10 - 52
2017, Grudzień - 10 - 42
2017, Listopad - 7 - 44
2017, Październik - 10 - 43
2017, Wrzesień - 17 - 46
2017, Sierpień - 19 - 43
2017, Lipiec - 19 - 83
2017, Czerwiec - 17 - 42
2017, Maj - 21 - 60
2017, Kwiecień - 19 - 47
2017, Marzec - 15 - 38
2017, Luty - 13 - 32
2017, Styczeń - 14 - 47
2016, Grudzień - 9 - 14
2016, Listopad - 9 - 24
2016, Październik - 14 - 19
2016, Wrzesień - 14 - 66
2016, Sierpień - 16 - 24
2016, Lipiec - 21 - 41
2016, Czerwiec - 15 - 26
2016, Maj - 24 - 77
2016, Kwiecień - 18 - 47
2016, Marzec - 18 - 42
2016, Luty - 13 - 26
2016, Styczeń - 14 - 39
2015, Grudzień - 14 - 72
2015, Listopad - 8 - 26
2015, Październik - 8 - 23
2015, Wrzesień - 12 - 27
2015, Sierpień - 18 - 31
2015, Lipiec - 16 - 59
2015, Czerwiec - 21 - 72
2015, Maj - 21 - 53
2015, Kwiecień - 20 - 88
2015, Marzec - 19 - 88
2015, Luty - 16 - 59
2015, Styczeń - 15 - 59
2014, Grudzień - 11 - 60
2014, Listopad - 19 - 34
2014, Październik - 12 - 22
2014, Wrzesień - 17 - 37
2014, Sierpień - 18 - 31
2014, Lipiec - 22 - 95
2014, Czerwiec - 18 - 73
2014, Maj - 16 - 76
2014, Kwiecień - 21 - 77
2014, Marzec - 20 - 73
2014, Luty - 16 - 80
2014, Styczeń - 7 - 31
2013, Grudzień - 18 - 87
2013, Listopad - 13 - 78
2013, Październik - 15 - 60
2013, Wrzesień - 16 - 65
2013, Sierpień - 15 - 76
2013, Lipiec - 26 - 161
2013, Czerwiec - 21 - 121
2013, Maj - 20 - 102
2013, Kwiecień - 20 - 116
2013, Marzec - 18 - 117
2013, Luty - 15 - 125
2013, Styczeń - 12 - 92
2012, Grudzień - 20 - 106
2012, Listopad - 10 - 82
2012, Październik - 13 - 46
2012, Wrzesień - 17 - 96
2012, Sierpień - 16 - 99
2012, Lipiec - 23 - 113
2012, Czerwiec - 17 - 97
2012, Maj - 18 - 61
2012, Kwiecień - 20 - 132
2012, Marzec - 20 - 130
2012, Luty - 9 - 57
2012, Styczeń - 10 - 55
2011, Grudzień - 11 - 84
2011, Listopad - 12 - 96
2011, Październik - 20 - 127
2011, Wrzesień - 17 - 170
2011, Sierpień - 23 - 109
2011, Lipiec - 11 - 116
2011, Czerwiec - 3 - 154
2011, Maj - 24 - 186
2011, Kwiecień - 15 - 255
2011, Marzec - 24 - 213
2011, Luty - 26 - 187
2011, Styczeń - 18 - 199
2010, Grudzień - 19 - 173
2010, Listopad - 13 - 106
2010, Październik - 14 - 118
2010, Wrzesień - 15 - 192
2010, Sierpień - 25 - 209
2010, Lipiec - 27 - 126
2010, Czerwiec - 28 - 191
2010, Maj - 20 - 255
2010, Kwiecień - 24 - 220
2010, Marzec - 18 - 196
2010, Luty - 9 - 138
2010, Styczeń - 11 - 134
2009, Grudzień - 12 - 142
2009, Listopad - 11 - 128
2009, Październik - 8 - 93
2009, Wrzesień - 24 - 158
2009, Sierpień - 22 - 118
2009, Lipiec - 19 - 143
2009, Czerwiec - 20 - 94
2009, Maj - 19 - 170
2009, Kwiecień - 25 - 178
2009, Marzec - 14 - 137
2009, Luty - 7 - 50
2009, Styczeń - 11 - 96
2008, Grudzień - 11 - 131
2008, Listopad - 13 - 56
2008, Październik - 17 - 64
2008, Wrzesień - 17 - 62
2008, Sierpień - 21 - 78
2008, Lipiec - 18 - 39
2008, Czerwiec - 24 - 74
2008, Maj - 15 - 23
2008, Kwiecień - 7 - 40
2008, Marzec - 6 - 14
Wpisy archiwalne w kategorii
dzień wyścigowy
| Dystans całkowity: | 15687.74 km (w terenie 14227.43 km; 90.69%) |
| Czas w ruchu: | 859:44 |
| Średnia prędkość: | 18.25 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 73.88 km/h |
| Suma podjazdów: | 211753 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 180 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (95 %) |
| Suma kalorii: | 15145 kcal |
| Liczba aktywności: | 254 |
| Średnio na aktywność: | 61.76 km i 3h 23m |
| Więcej statystyk | |
Niedziela, 21 maja 2017 • dodano: 21.05.2017 | Komentarze 4
Mistrzostwa Wielkopolski w kolarstwie górskim - od czasu gdy jeżdżę z pasją XC, to dla mnie punkt obowiązkowy i to niezależnie od posiadanej formy :)
Ten sezon jeśli chodzi o kalendarz XC, wypada niestety słabiutko - tylko jedna taka impreza, w kultowej już miejscówce - w Księżych Górach, w Pniewach.
W czwartek poprzedzający ów ścig dopadł mnie nieznaczny ból gardła i gorsze samopoczucie, co oczywiście spowodowało przerwę w zaplanowanych treningach i wielką niewiadomą jeśli chodzi o dyspozycję startową w dniu wyścigu. A ambicje miałem duże, zwłaszcza że rok temu wywalczyłem tytuł wicemistrzowski ... :)
Z mojego teamu to przyszło mi samemu, ale godnie reprezentować barwy Unit Martombike Team. Rozgrzewka, powitania i pogaduszki ze znajomymi, przyglądanie się potencjalnym rywalom w mojej kategorii (są mocarze i będzie ciężko o wynik), ustawianie na starcie (bez wyczytywania nazwisk) i można ruszać. Do pokonania mamy 5 okrążeń na wymagających siły, skupienia i techniki rundach po 4 km, co daje ponad godzinną jazdę na 100-110%.
Start z drugiej części stawki Mastersów i Juniorów Młodszych nie wyszedł mi. Nie czułem ani świeżości w łydach, ani będąc w pełni rozgrzanym, w efekcie w pierwszą techniczną sekcję wjeżdżam grubo poniżej oczekiwań, co chwila ktoś zwalnia i blokuje mnie. Mi też idzie ciężko wejście na właściwe obroty. Dopiero na drugiej połowie 1 okrążenia udaje mi się wyprzedzić grupkę tych co mnie spowalniali i po tym powoli łapię swój rytm (nadal poniżej oczekiwań). Na 2 okrążeniu, na piaszczystym zjeździe popełniam jedyny błąd - skutkujący potknięciem się i trzech rywali mnie wtedy załatwia (w tym Arek z Bydzi). Okrążenia 3,4 i 5 przebiegły następująco - złapałem swój rytm (wciąż gorszy od oczekiwanego), wyprzedziłem stopniowo i na ciężkich podjazdach kolejno 1, 2, 3, 4 i 5-go rywala i tak dojechałem do mety będąc średnio zadowolonym z przebiegu wyścigu. Napęd 1x10 spisał się znakomicie - niemal wszystkie zakresy w kasecie 11-40 były w użyciu na takich wymagających rundach XC.
16/38 - open Masters + Juniorzy Młodsi
5/8 - Masters II
Strata do zwycięzcy open (Grzegorz Maleszka) - 10:40 min, do Masters II (Darek Drelak) - 7:53 min
Wynik open spoczko, a w kategorii oczywiście poniżej oczekiwań.
Pucharku nie ma, dekorowali trzech najlepszych pięknymi korbami, takimi na oko "odlanymi z brązu" ...
Fotki autorstwa świetnego kolegi - Macieja :)

Start z tyłów nie jest fajny. Tu to ustawiam coś w liczniku © JPbike

No tak, trzeba cisnąć na maxa :) Stylówa teamowa pasuje, chyba rękawiczki zmienię na czerwone :) © JPbike

Fakt, czyli Pniewy, Pasja, Wyzwanie i JPbike :) © JPbike

Technikę na "beczkach" mam znakomitą że omal nie zmieściłem się w kadrze :) © JPbike
Kategoria Gogol MTB, dzień wyścigowy, XC
Czwartek, 11 maja 2017 • dodano: 11.05.2017 | Komentarze 9
Po niezliczonej ilości zastanawiania się czy skusić się na debiut w szosowym Kolarskim Czwartku, w końcu przełamałem się i pojechałem na Tor Poznań. Nie było łatwo się ogarnąć, wiecie czemu - od 6 do 16 w robocie (fizycznej, non stop w ruchu), po tym szybko do domu, zero odpoczynku, obiad (barszcz z makaronem), wskok w wyprane po błotnej przeprawie w Mosinie teamowe portki i jazda oczywiście rowerem na oddalony o 7 km tor wyścigowy. Zdążyłem na sporo przed czasem. Luz. Ze 115 osobowej stawki szosonów (wliczając w to bikerki) rozpoznałem ledwo kilkanaście znanych twarzy, bo szosa to nie moja bajka. Z bliżej znanych kolegów to zjawili się Maciej i Grzesiek (kumpel Krzycha). Pozerkałem na rowery rasowych szosowców za 30000 zł - kosmos jakiś :).
Dzięki Maciejowi dowiedziałem sie niemal wszystko na temat co i jak. Na okrążenie rozgrzewkowe trzeba było poczekać do 18 - w tym czasie trenowali motocykliści wyścigowi (na długiej prostej robili „rrrrrrr...“ w okolicy 200 km/h). Po kółku zapoznawczym od razu stwierdziłem że jak chce się być pro-szosonem to od startu do mety trzeba będzie kręcić na pełnym gazie, nawet zakręty można brać przy pełnej prędkości, no i wschodni wiatr będzie dawał popalić na najdłuższej prostej.
W końcu o 18:15 start. Do pokonania mamy 12 rund po 4083 m. Z racji mojego zerowego doświadczenia w płaskich wyścigach na szosie i obawami o kraksę ruszam z tyłów stawki. Pierwszy kilometr przebiega w dużym peletonie dostojnie, bez szarpań - tak jak lubię :). Po tym stopniowo się zaczęło i szybko przede mną utworzyła się wielka grupa która niestety mi powoli ucieka, nie te progi. Już w połowie pierwszego kółka tworzę z paroma gośćmi kilkuosobową grupkę w której o dziwo na pierwszych kilku okrążeniach idzie mi dobrze, sporo razy będąc na czele nadawałem tempo, takie że po drodze zebraliśmy kilku co odpadli z czołówki. Najcięższa i bardzo nierówna współpraca następowała za każdym razem na najdłuższym wmordewindowym odcinku - to tam sporo sił zużywaliśmy. Na półmetku wyścigu w mojej grupie trochę się pozmieniało - kilku odpadło, coraz częściej robiły się odstępy, ja wciąż trzymałem się w czubie. Aż w końcu zostało nas czterech (raczej 2 + 2). Na 4 kółka przed końcem nastąpił nielubiany moment - dostajemy dubla, najpierw od trzech, a po kilku minutach od wielkiej grupy, do której nie udało się podczepić na ogon. Ostatnie dwa okrążenia pokonałem już samotnie i jako trzeci z mojej grupki. Udane treningowe przepalenie łydek. Jak uda się czasowo ogarnąć to za tydzień powtórka by znów przepalić łydę przed Mistrzostwami WLKP w Kolarstwie Górskim.
Kilometraż zawiera dojazd, rozgrzewkę, wyścig, rozjazd i powrót.
Dane z wyścigu (11 rund)
dst - 44.83 km, czas - 1:10:52, średnia - 37.95 km/h, hr avg - 155 bpm, hr max - 170 bpm
90/113 - open
31/36 - M40+50

Stwierdzam że szosowanie na torze wyścigowym jest spoko, ale wolę MTB :) © JPbike
Fotki by Tomasz Szwajkowski.

Początki były ciężkie, zresztą widać że ruszałem z tyłów © JPbike

Rytm złapałem i cisnę ile się da :) © JPbike

Ja nadaję tempo grupce - tego się nie spodziewałem :) © JPbike

Współpraca w grupce szła spoczko © JPbike

Mocna jazda trwała do końca © JPbike
Kategoria do 100 km, dzień wyścigowy, szoska
Niedziela, 7 maja 2017 • dodano: 08.05.2017 | Komentarze 13
Drugi tegoroczny start u Gogola - tym razem na własnym podwórku treningowym. Trzy ostatnie dni poprzedzające ów wyścig były dla mnie ciężkie - 3x praca, zero treningów, do tego na dobitkę dzień przed składałem do 22-tej rower dla chrześniaczki na przyszłotygodniową komunię.
W dzień poprzedzający maraton w WPN solidnie popadało - cieszyło mnie to nawet, bo trudne warunki MTB to ja lubię, do tego mój Scott nie jest już młodzieniaszkiem i można go katować w trupa :). W połączeniu z temperaturą poniżej 10°C gwarantowało to pewne podkłady błota. Tylko czy w dniu wyścigu będzie power w nogach czy nie ...
Start tym razem z 2 sektora. Asfaltowy odcinek rozciągający stawkę przebiegł w dół z nerwówką - co chwilę trzeba było mocno hamować. Po skręcie na Pożegowską poszedł ogień, na szczyt wspiąłem się przyzwoicie i mając czub ze 100 metrów przede mną, zauważam że Dawid i Wojtek jadą kilka/kilkanaście pozycji przede mną. No i zaczęło się taplanie w błotku, ale bez przesady. Zgodnie z przewidywaniem zaczęła się tworzyć spora grupa, w której znaleźli się wspomniani teamowi kumple. No to zabrałem się z nimi, niestety w ogonie, bo tempo jakie nadawali ci przede mną było niezłe, raz ktoś potykał się w błotnistej mazi, raz ktoś szarpał, itd. Po dojechaniu do nowego odcinka - pseudo sekcji XC w Szreniawie zauważam że trasę skrócili, zapewne z powodu błota, albo po prostu byłoby zbyt niebezpiecznie. Na tym odcinku nic w mojej części stawki się nie zmieniło, w dalszym ciągu jadę na ogonie. Na autostradzie do Jarosławieckiego widzę że dwóch gości poprzedzających mnie wyraźnie zaczęło odstawać od grupy, zresztą i ja też nie miałem już takiej ilości sił by przyspieszyć, czyli jednak tegoż dnia powera w nogach do mocnego parcia po płaskim nie było. Dalej to jedynie wyprzedziłem dwóch poprzedzających i próbowałem dogonić grupę, bez skutku i zaczęła mnie łapać kolka wysiłkowa. Na otwartym przed Trzebawem ostatecznie odpadłem i tak zakończyła się moja dobra jazda. No to lipa i pozostało mi robić swoje do mety. Na kolejnej autostradzie w stronę Góreckiego dogoniło mnie trzech (osobno). Na Janosiku jeden mnie przyblokował i z buta. Gdy kończyłem rundę to zauważyłem moich starych, uśmiech do mamy i taty zaliczony i myk dalej. Na drugiej rundzie, na odcinku do Szreniawy nic nie zmieniło się, pomykałem sam, na pseudo XC dwóch mnie załatwiło, po wyjechaniu z lasu na odcinek do Trzebawia dopadł mnie psychiczny dołek w postaci dogonienia mnie sporej grupy z Hałajczakową i kilka znanych kolegów w składzie - resztkami sił w nogach zabrałem się z nimi na ogonie i odpadłem na dojeździe do Janosika (już nawet nie próbowałem podjechać). I tak dojechałem sobie bez spiny do mety i będąc pięknie uwalonym błotem.
Maraton w moim wykonaniu wypadł poniżej oczekiwań, ale bez tragedii i dzień był dobrze spędzony.
47/110 - open mega
13/26 - M4
Strata do zwycięzcy (Michał Górniak) - 21:34 min, do M4 (Przemek Mikołajczyk) - 17:53 min.
Brawa dla Krzycha (10 open), Dawida (29 open) i Wojtka (33 open) za dobrą jazdę !
Fotki by Hania Marczak i moja (ostatnia).

Na uphillu Pożegowska wykręciłem właśnie swoje personal record na góralu :) © JPbike

Janosik mnie tegoż dnia pokonał 2x ... © JPbike

Dokumentacja jak wyglądałem na kilometr przed metą :) © JPbike

Cały urok błotnego MTB :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Gogol MTB, maratony
Niedziela, 30 kwietnia 2017 • dodano: 30.04.2017 | Komentarze 7
Drugi start w priorytetowym cyklu dla mojego teamu. Lokalizacja nowa, a trasa częściowo mi znana, głównie z maratonu w Klęce i kibicowania na MP w XC. Dojazd na miejsce spoczko, w towarzystwie Wojtka. Unit Martombike Team zjawił się w komplecie. Na miejscu strasznie zimno było (poniżej 10°C), do tego chłodnawo powiewało, mimo tego decyduję się pościgać w krótkich spodenkach, krótkiej koszulce, rękawkach i bezrękawniku - komfort przez całą giga trasę miałem znośny.
Rozgrzewka krótka (niespełna 3 km), ale konkretna bo na trasie XC. Po Rydzynie udało mi się utrzymać pierwszy sektor, który w Żerkowie okazał się dość liczny. No to start. Krzychu stojący obok mnie tradycyjnie szybko znika gdzieś z przodu (skusił się na giga i dołożył mi na mecie 23:13 min). Pierwszy km po asfalcie i od razu wpadamy na dłuższy teren. Pomykając tędy w strasznym tłoku jedzie się trochę nerwowo, co jakiś czas ktoś nas przystopowuje i powoduje spore mieszanie się w stawce, był tam wąski singiel zjazdowo-podjazdowy - w takim tłoku i z prędkością niższą od spacerowej to masakra i sporo czasu stracone, do tego szybko dogonił nas drugi sektor z widocznymi dla mnie Dawidem i Adrianem w składzie. Na domiar złego jeden koleś z VW bezsensownie wjeżdża w mój lewy bok, przy tym zahacza siodełkiem o moją linkę blokady skoku i łamiąc przy tym śrubę regulacyjną ($%!!&!%). Napierając dalej po całkiem fajnej trasie w mojej części stawki było parę tasowań (większość z mega). Ano, był nawet piękny turystyczny akcent w postaci rozległego wiosennego widoku z pokaźnego pagóra :). Gdy zbliżaliśmy się do premii lotnej usytuowanej na solidnym polnym wzniesieniu to doszła mnie grupka z Dawidem w składzie i od razu stwierdziłem że moje nogi nie podawają jak powinny, ani żele, ani odpoczynek od roweru poprzedniego dnia nie pomogły i czułem się wtedy bezradny by powalczyć o wynik na giga. Gdy dokręciliśmy do wymagającej sekcji XC (średnio mi poszło) to doszedł mnie Wojtek cisnący w stronę mety mega. Po minięciu rozjazdu to klasycznie zrobił się luz i każdy gigowiec był zdany na swoje możliwości. W dalszym ciągu za żadne skarby nogi me nie chciały pracować jak należy i toczyłem się po niezłym mtbowsko terenie jakoś - takoś, dobrze tylko że kryzysu nie było. Ogólnie cała druga runda przebiegła dla mnie gorzej od pierwszej, wyprzedziło mnie tędy stopniowo niemal 10 kolarzy, a ja tylko jednego. I tak dojechałem do mety bez emocji. A tam teamowe towarzystwo dopisało i można było zapomnieć o słabszym wyniku open.
53/73 - open giga
9/16 - M4
Strata do zwycięzcy (Marek Konwa) - 53:15 min, do M4 (Mariusz Chyła) - 28:52 min.
O stracie open nie ma co gadać, a do M4 - niemal taka sama jak w Rydzynie.
O ile dobrze policzyłem - sektor pierwszy utrzymany i to ledwo :)
Teamowa generalka - awans na 9 miejsce !

Przedstartowe chwile z team-leaderem :) © JPbike
Foto by Renata Tyc.

Stary zatwardziały gigowiec w akcji :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, Kaczmarek Electric, maratony
Niedziela, 9 kwietnia 2017 • dodano: 09.04.2017 | Komentarze 6
To już mój ósmy z rzędu start w klasycznej wielkopolskiej miejscówce maratonowej - w Dolsku, z miłymi pagórkami wokół. Aaa ... w zeszłorocznej relacji pisałem że w tegorocznej edycji prawdopodobnie nie wystartuję (słabe wyniki na otwarcie sezonu), a jednak nowy team, nowa motywacja i bardzo dobra do ścigania pogoda skusiły mnie do kolejnego startu u Gogola :)
Dojazd na miejsce luzik, odbiór pakietu startowego luzik (dzięki Adrianie), wskok w obciski, rozgrzewka, powitania i pogaduchy z masą starszych i nowszych znajomych, wlot do 2 sektora, oczekiwanie na start i megowcy poszli !
Unit Martombike Team wystawił trzy sztuki - mnie, Adriana i Krzycha.
Pierwsze km lekko do góry spoko, nic nie tracę, pierwszy szeroki zjeżdzik w piachu - paru się wywala i sprawnie omijam małą kraksę. Następnie ku mojemu zdumieniu jadę w wielkiej ... czołowej grupie, trwa to do pierwszego podjeżdzika w lesie i zaczynają się pierwsze powolne tasowania. Na krótkim asfaltowym odcinku napieram w 8 osobowej grupce, mając w zasięgu wzroku całą czołówkę, mam wtedy wrażenie że ci z czuba jadą zbyt wolno. Po skręceniu w teren się zaczęło, mimo dobrego samopoczucia i odpowiedniego tętna nogi moje nie chcą dobrze podawać i w efekcie moja grupa zaczyna powoli uciekać (gdyby nie to - byłoby top 30 open). Dalej przez długi czas jadę sam, jednego rywala wyprzedzam i tuż za pomiarem czasu dogania mnie spora grupa z Adrianem w składzie, podczepiam się do nich. No i się zaczęło gigantyczne wyprzedzanie miniowców poczynając od ich ostatniego sektora - czułem się wtedy jakbym startował z ostatniego sektora u Kaczmarka lub Grabka :). W trakcie owego wyprzedzania warunki terenowe nie ułatwiały sprawy, bo napieraliśmy wtedy po tzw. łagodnym XC w pagórkowatym lesie - zbyt wąsko, raz grząsko, raz w chaszcze, przez piach, masę zeszłorocznych liści itp, generalnie było ciężko, ale przebijanie się naprzód szło sprawnie. Pomykając tędy, moja wielka grupa megowców się rozpadła, ja zostałem gdzieś w środku. Dopiero po rozjeździe zrobił się luz. Jadąc dalej pomykałem raz z jednym raz z drugim gościem - obaj lepsi ode mnie na płaskim, a ja lepszy od nich na pure mtb :). Na ok 10 km przed metą niestety koniec dobrego ścigania dla mnie - w dalszym ciągu mimo dobrego samopoczucia i równie dobrego tętna nogi już nie podawały jak należy, a szkoda bo byłby fajny dla mnie wynik na mecie. Po części winę zwalam na to że ścigałem się bez żeli. W efekcie straciłem od tędy do końcowej kreski ze kilkanaście miejsc open i kilka w M4. Wypada wspomnieć że kolejny raz jestem zadowolony z napędu 1x10, była nawet ścianka 19% (podjechana), natomiast gdybym musiał robić sprinterski finisz lekko z górki po asfalcie - na pewno przegrałbym bo zabrakłoby przełożeń tak pod 60 km/h, ale to nie moja bajka :)
52/177 - open mega
12/44 - M4
Strata do zwycięzcy (Michał Górniak) - 19:40 min, do M4 (Darek Drelak, rywal z XC) - 12:41 min.
Strata open do przełknięcia (po 3 browarach), do M4 dla mnie zadowalająca, powalczę o generalkę M4 :)
A nasz team leader Krzychu ... zajął 4 open i wygrał M3 !

Mamy pierwszy triumf w teamie. Gratsy dla Krzycha :) © JPbike
Fotki "w akcji" ... jak coś znajdę w gąszczu sieci.
Kategoria dzień wyścigowy, Gogol MTB, maratony
Niedziela, 2 kwietnia 2017 • dodano: 02.04.2017 | Komentarze 10
Ano, właśnie zaczął się mój dziesiąty z rzędu sezon wyścigowy.
W tym sezonie starzy, świetni i sprawdzeni kumple zwerbowali mnie do nowo powstałego teamu - Unit Martombike Team. Ustalono że priorytetem są starty w cyklu Kaczmarek Electric wliczając w to walkę o jak najlepsze miejsce w drużynowej generalce.
Ostatnio w tym cyklu startowałem pod koniec sezonu 2013 (Wolsztyn). Od dawna nie przepadam za wspólnym startem wszystkich dystansów i by nie startować z samego końca licznej kaczmarkowej stawki załatwiono mi 1 sektor. Dojazd na miejsce, przy okazałym zamku w Rydzynie (byłem tam turystycznie) i odbiór pakietu startowego poszły spoko. Pogoda w pełni dopisała - piękne słońce i przyjemne ciepełko że można kręcić odzianym na krótko, jedynie zachodni wiatr troszkę dawał znać.
Z teamowych kumpli zjawili się prócz mnie (jadę giga), Krzychu (mega), David (mega), Wojtek (mega) i Przemek (mega). No to start. Krzychu stojący obok mnie w połowie 1 sektora pognał jak pocisk i tyle go widziałem tegoż dnia. Po pokonaniu ze 200 m ostre hamowanie - ktoś nie poradził w piachu. I tak następuje bardzo długie napieranie po płaskim i szerokim - wyprzedza mnie David. Nie daję rady dospawać się do licznej poprzedzającej grupy i jadę dalej swoje z paroma osobnikami aż 13 km - tyle liczyła znienawidzona przeze mnie płaska dojazdówka do dużo ciekawszej sekcji z góreczkami. No i się zaczęło prawdziwe pure mtb Wielkopolska - cały czas na przemian góra - dół, kilka(naście?) fajnych, krętych i wertepiastych sekcji XC, niektóre dość techniczne - w sam raz dla mnie :). Pomykając tędy raz robiło się tłoczno, raz luzowano, raz ktoś gorszy technicznie mnie blokował, no i tędy cały czas jechał blisko za mną Wojtek, czyli formę tradycyjnie mamy podobną :). Był taki moment że jeden gość w stroju CCC przede mną wywinął orła (przez korzeń). Na kilka km przed rozjazdem mega/giga Wojtek przyspieszył i wraz z paroma gośćmi powolutku mi zwiewali z pola widzenia, w sumie nic dziwnego, bo mnie czekało jeszcze jedno pokonanie ze 25 kilometrowej sekcji MTB. Faktycznie, na rozjeździe, w mojej części stawki tak na oko ze 95% (!) kolarskiej wiary skręciło na mega i od tego momentu miałem full luz i w 100% mogłem robić swoje bez presji, bez stresu :). Generalnie całą drugą rundę pokonałem sam, bez większych problemów, nowy napęd 1x10 doskonale się spisywał, nawet na ściankach 18%. Początkowo przez długi czas miałem jednego gościa przede mną w zasięgu wzroku, a następnie narastające zmęczenie spowodowało że na końcówce sekcji MTB doszło mnie dwóch. I tak pozostała mi jeszcze do pokonania ta strasznie długa i strasznie płaska powrotówka do mety. O dziwo kręciło mi się tędy nie najgorzej, jednego rywala załatwiłem i tak już mając bezpieczną przewagę dotarłem bez kryzysu do mety. Ogólnie to była spoko inauguracja maratonowa w moim giga wykonaniu :)
40/69 - open giga
9/18 - M4
Strata do zwycięzcy giga (Adam Adamkiewicz) - 42:49 min, do M4 (Mariusz Chyła) - 28:15 min
Poziom u Kaczmarka wysoki. W drużynowej generalce od razu wskoczyliśmy do top 10 :)

W akcji na sekcji XC. Coś dla mnie :) © JPbike
Kategoria maratony, Kaczmarek Electric, dzień wyścigowy
Sobota, 1 października 2016 • dodano: 02.10.2016 | Komentarze 4
Nieplanowany start. Kilka dni temu mąż kuzynki (Suwik) postanowił zadebiutować w wyścigu MTB i zapytał mnie czy będę we Wiórku, nie wypada odmówić i skusiłem się na taki kameralny maratonik poprowadzony przez nadwarciańskie dukty i okoliczny las.
Dojazd na miejsce rowerowy, spoko rejestracja, powitania i pogaduszki ze znajomymi, m.in. Asia i Marcin z córkami, Rafał z Erki, Daniel z GKKG, Ryszard nie tylko od Rybek i jeszcze paru innych.
Po tym zapoznanie z Suwikiem początku trasy i można startować.
Ustawienie w sektorze trochę chaotyczne - nie wiem kto nakazał nam pokręcić tam i skręcić w stronę linii startu/mety, przez to wylądowałem gdzieś w drugiej połowie stawki, no to chyba mam pozamiatane, bo na trasie leży pełno piaszczystych odcinków i będzie ciężko się przebijać.
No to start. Jeszcze przed minięciem kreski startowej bezsensownie przyblokowali mnie i faktycznie zauważam że mam pełno roboty by znaleźć się w swoim miejscu stawki. Już na pierwszym zakręcie po długiej prostej widzę że sporo straciłem. Nie mam wyjścia i zmuszony jestem pruć do przodu z pełną mocą i atakować gdzie się da. Pomykając tędy niemało luda zalicza potknięcia w piachu. Zbytnio nie przejmuję się tym że taka ostra jazda zapewne spowoduje ubytek powera w drugiej części trasy (doświadczenie w tym mam). I tak kolejno wyprzedzam, wyprzedzam. Po pokonaniu 15 km trasy, po samopoczuciu czuję że więcej nie zdziałam - w tym momencie wyprzedziłem trzech z krótszej pętli (wszyscy stanęli na pudle). Płaska trasa z mini interwałami, masą piaszczystych odcinków i setką wertepów nie ułatwiała mi sprawy w szybkim pomykaniu i odrabianiu strat. Przyznam nawet że ostatni raz byłem na rowerze we wtorek w ... Karkonoszach i zdążyłem zapomnieć o piachach :). Pierwszą rundę mijam z czasem dającym na krótszej pętli ... 6 miejsce open :). Już na początku drugiej pętli dogania i wyprzedza mnie dwóch, w tym znany mi kolega z mojego rocznika, to nic, jadę dalej swoje. Jak się okazuje - całą drugą pętlę pokonuję całkiem nieźle i całkiem sprawnie, do tego dwóch rywali udaje się pokonać bez problemów, nie pisząc o tym że praktycznie przez cały czas mam przede mną na oku 3 osoby, tym wspomniany kolega z mojego rocznika (z MedBike). Na kilka km przed metą niespodziewanie wyprzedza mnie Daniel z GKKG, ten to wyraźnie ma dobry dzień. I tak już bez spiny docieram do końcowej kreski.
13/66 - open
2/14 - M50
Strata do zwycięzcy (Wojtek Polcyn) - lekko ponad 10 minut.
Do zwycięstwa w kategorii straciłem ... 37 sekund.
Jak na nienastawienie bojowe i ciężkie przebijanie się - poszło mi nieźle :)
Foto by Joanna Horemska, MedBike.

Dyskusja przedstartowa z Suwikiem :) © JPbike

Start niestety z tyłów i cała naprzód ! © JPbike

Tak sobie napieram w lesie :) © JPbike

Miłe chwile :) Statuetka w postaci srebrnej szprychy bardzo oryginalna :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, podium, te szerokie też
Niedziela, 25 września 2016 • dodano: 25.09.2016 | Komentarze 9
Planując starty w sezonie 2016 jakoś tak wyszło że nie udało mi się zapisać na wrześniowy Uphill na Śnieżkę organizowany przez Rotary Club, zamiast tego bez wahania skusiłem się na ich kolejną imprezę rowerową „Rowerem przez Karkonosze“ z trasą ze startem w Szklarskiej Porębie a metą w Karpaczu (50 km).
Z logistyką, by dojechać w rześki poranek na miejsce startu z noclegowni w Karpaczu nie miałem najmniejszego problemu - towarzyszyli mi rodzice :)
Rejestracja, przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę przebiegła sprawnie i szybko, wskok w teamowe portki, krótka rozgrzewka (czuję że nóżki mam wypoczęte i głodne podjazdów) i w oczekiwaniu na odpalenie niespełna 140 osobowej stawki znalazłem jeszcze czas na cappuccino :)
W sektorze i na pełnym luzie ustawiam się w drugim rzędzie. Rozpoznaję ledwo kilka znanych twarzy, no to myślę sobie że będzie szansa na wynik w górach :) No i o 10 start. Od razu nogi podają, co mnie trochę dziwi (w tygodniu zrobiłem tylko jeden tlenik). Dość szybko, na pierwszym podjeździe przede mną formuje się kilkuosobowa czołowa grupka, a za mną jedzie dwóch i spora przestrzeń :) Na pierwszym zjeździe z dużą ilością ostrych kamieni mijam pierwszego defekciarza, kolejnego parę km dalej (obaj problemy z ogumieniem). I tak dalej zasuwam zarówno pod górę, jak i w dół po przyjemnych karkonoskich szuterkach wraz z dwoma gośćmi - po jakimś czasie, na długim podjeździe obaj nie wytrzymują mojego tempa i jadę dalej sam. Zaczął się kolejny i długi podjazd w stronę Petrowki (na 1044m) - jedzie mi się tedy bardzo dobrze, z tą różnicą że dogania mnie znana kobieca twarz (Aleksandra Podgórska) i jeden kolega z którym chwilę gadam (na temat niezłego tempa Oli, miejsca w stawce open i długości trasy). Pora na najdłuższy zjazd, szeroki i dość wymagający przez ilość kamieni i wysokich na 10 cm progów odwadniających - dla mnie spoko, wyprzedzam wspomnianego kolegę, a na dole przybliżam się do Oli. Po tym trochę półpłaskich szutrów i kolejne uphilowanie - kolega i Ola widocznie mają lepsze możliwości podjazdowe ode mnie i powolutku, na znanej Drodze na Dwa Mosty mi uciekają. Podjeżdżając tędy zaczynam kontrolować sytuację - za mną i ze sporej odległości dostrzegam jednego rywala, no to spoko, bo wiem że od startu jadę w top 10 open. Po szybkim zjechaniu wpadam na doskonale mi znane z tutejszych maratonów odcinki - całość przejeżdżam szybko i sprawnie, po drodze mijam wesołą i głośno kibicującą mi grupę emerytów :) Po (ponownym) wjechaniu na Drogę Sudecką to został do pokonania jeszcze jeden ciężki i o zgrozo asfaltowy podjazd w stronę górnych partii sławnej Drogi Chomontowej - pokonany sprawnie i z bezpieczną przewagą nad rywalem. Na Chomontowej jeszcze kawałek podjazdu i stamtąd już tylko zjazd tejże drogą w stronę mety, w Karpaczu Górnym, przy DW Stokrotka. Gdy tylko przekroczyłem kreskę to po pierwsze - zdziwił mnie czas przejazdu (poniżej 2:30h, a myślałem że będą okolice 3h), po drugie - dowiaduję się z szokiem że jestem TRZECI OPEN wśród facetów, o wygranej w kategorii ponad czterdziestolatków nie wspominając :)
4/134 - open (sami faceci - 3/127)
1/48 - M40
Strata do zwycięzcy open (Filip Helta) - 22:05 min
Trasa była przyjemna, głównie kondycyjna i bez technicznych fajerwerków rodem z Golonki :)

Start oczywiście mam z czuba © JPbike

Właśnie i radośnie mijam metę :) © JPbike

Historyczna chwila w moim życiorysie - TRZECI OPEN ! © JPbike

To też trzeba pokazać - druga w sezonie wygrana w kategorii :) © JPbike
Na koniec przyznaję że znając siebie - po prostu miałem dobry dzień na solidne ściganie :)
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, w górach, podium, te szerokie też
Niedziela, 11 września 2016 • dodano: 13.09.2016 | Komentarze 5
Mistrzostwa Polski w maratonie, zatem będzie okazja, by sprawdzić siebie w porównaniu z nie tylko krajową czołówką MTB, bo ów maraton, organizowany przez Grabka został wpisany do prestiżowej UCI Marathon Series.
Po pobudce na kempingu (średnio się wyspałem), śniadaniu i zwinięciu obozowiska wraz z Dawidem udałem się do Jeleniej Góry, a Drogbas (nie startował) postanowił że pokręci sobie po oznakowanej trasie i przy tym popatrzy, pokibicuje i pofoci.
Start mieliśmy spod samego centrum - na Plac Ratuszowy dojechaliśmy na 20 min przed startem i od razu zaskakuje nas pokaźny tłum, przeszło 1300 kolarskiej wiary :). Grabek przydzielił mi tradycyjnie 2 sektor - okazuje się że bardzo szybko się zapełnił i będę musiał startować z poza barierek (prócz mnie jeszcze sporo ścigantów tędy zaczynało wyścig).
Krótkie przemówienie miejscowych włodarzy i samej Mai, lekkie opóźnienie i można ruszać. Najpierw Elita, po krótkim czasie odpalili 1 sektor (z micorem) i w końcu czas na tłoczny 2 sektor - gdy wreszcie wjechałem wewnątrz barierek to Ci z przodu byli już daleko, no to pozamiatane. Mijam pierwszą kraksę. Pierwsze kilometry pokonujemy po ulicach Jeleniej Góry w stronę Karpacza i po chwili wpadamy na asfaltową ścieżkę rowerową. Gnając tamtędy powolutku wyprzedzam kolejnych, póki starczy miejsca na takie manewry. Pierwsze 15 km to jazda asfaltami i szutrami wśród widokowych pól i wiosek. Jedzie mi się spoko, w dalszym ciągu powoli, acz stopniowo wyprzedzam kolejnych (m.in. micora). Jedynie co mnie zastanawia, to nie wiem gdzie znajduję się w stawce, bo w tym ogólnopolskim cyklu ciężko kogoś znajomego rozpoznać. Zanim wjechaliśmy w porządne góry (Rudawy Janowickie) to raz się zakorkowało - przez banalną przeszkodę o szerokości na jeden rower :). Tuż przed najstromszym podjazdem („łopata“, momentami 20%) dwukrotnie mijam focącego Drogbasa. Ów podjazd wszedł mi sprawnie i bez utraty pozycji, zapewne dlatego że go zapamiętałem z zeszłego roku. W końcu się zaczęła prawdziwa górska jazda, rozkręciłem się na dobre. Na 26 km rozjazd mega/giga i nareszcie miło się zluzowało na trasie. Pierwsze km na dodatkowej pętli giga to najpierw wspinaczka na ponad 800 m, wyprzedzam dwóch i następuje długi zjazd, oczywiście z dodatkiem techniki - zaszalałem i kolejne dwie sztuki rywali załatwione. Myślę sobie że jest dobrze, dużo piję na trasie, ale obawy i są, bo doświadczenie i mój niemal bezzmienny poziom wytrenowania podpowiadają mi że wraz z upływem mocno pokonywanych górskich terenowych km-ów w każdej chwili może nastąpić nagły ubytek powera. Dalsza jazda po fajnie poprowadzonej trasie (raz podjazd, raz zjazd, czasem single, czasem trudne kamieniste zjazdy, czasem wypych na stromych fragmentach) przebiega dla mnie spoko, kilka kolejnych osób wyprzedzam, aż na półmetku giga (po 45 km) czuję wcześniejsze obawy i faktycznie zaczyna mi się ciężej kręcić, czyli następuje dla mnie koniec dobrej jazdy, a szkoda ... W pewnym momencie bidony mam puste, a chce mi się pić - nie czekając aż dotrę do kolejnego bufetu, przy strumyku poprzedzonym niezjeżdżalną ścianką tankuję bidon (prócz mnie jeszcze kilka osób robi to samo). Poczynając od drugi raz pokonywanej „łopaty“ (uff, wjechałem) to ze smutkiem zaczynam powoli i stopniowo tracić ładnie zdobyte wcześniej pozycje :(. Im dalej, tym gorzej ze mną, postoje przy ostatnich bufetach nie pomagają, a ciężkie podjazdy jeszcze nie skończyły się, do tego zmęczenie utrudnia mi sprawne zjeżdżanie z odpowiednią techniką (kilka potknięć zaliczyłem). Były takie myślowe momenty że gdzieś tam napotkam na Drogbasa, co mnie podratuje np. browarem :), a ten wolał oglądać czołówkę giga i ich wyczyny na zjazdach, po czym zwiał wraz z nimi w stronę mety. Włócząc się dalej siłą woli, okazuje się jednak, że nie jestem sam co walczy z sobą - było kilka tasowań z niedobitkami, jak i parę osób się zatrzymało na poboczu. W końcu, na jakieś 10 km przed metą górska jazda ustąpiła półpłaskiej dojazdówce w stronę Parku Paulinum - nadal słabo tędy jechałem, kolejne kilka miejsc w dół i tak po ponad 6 godzinach spędzonych na godnej Mistrzostw Polski trasie dojeżdżam do mety - a tam ani Drogbas, ani Micor nie czekali na mnie przy końcowej kresce, tylko sączyli sobie w miłym miejscu kolejne piwko i właśnie trwała dekoracja najlepszych ...
146/182 - open giga
19/24 - M4
Strata do zwycięzcy open ... ponad 2 godziny, do M4 - ponad godzinę ...
Znając siebie - można było się spodziewać takiego słabego wyniku przy takiej silnej obsadzie.
Analizowałem wyniki na giga i wiem że nawet bez kryzysu osiągnąłbym ledwo 100 pozycję ...
Tylko jedna fotka - cyknął Drogbas, a na dalszej pętli giga do mety nie spotkałem żadnego fotografa ...

Zaraz się zacznie ta osławiona i stroma "łopata" :) © JPbike
Mimo wszystko - te dwa dni zaliczam do tych fajnie spędzonych w górach - dzięki chłopaki :)
Kategoria Bike Maraton, dzień wyścigowy, maratony, w górach
Sobota, 3 września 2016 • dodano: 05.09.2016 | Komentarze 13
Do Klęki, na maraton organizowany przez znajomą mi rowerową parę - Bożenę i Piotra Łąckich i ich przyjaciół wybrałem się tak po prostu, by miło zaliczyć kolejny wyścig :)
Po dotarciu od razu zaskoczyła mnie świetna organizacja i miła obsługa. Powitania, pogaduszki ze znajomymi, wskok w kolarskie portki i czas na rozgrzewkę - sprawdzałem początek i koniec trasy. Z teamowej paczki - prócz mnie zjawili się Asia (kibic i fotograf) i Marcin (mini).
Przed wpadnięciem do sektora wypatruję znanych mi rywali z M4 - zauważam Przemysława Mikołajczyka (ex pro-szosowiec), który jednak skusił się na mini, no to od razu czuję że mam szansę na pudło :). Oczekiwanie na odpalenie dość kameralnej stawki mega (mniej niż 50 osób), przybijanie żółwików z kolegami od Erki, przyglądanie się ilości znanych kolarsko osobistości i można ruszać. Na początek długa szutrowa prosta. Zaczyna się produkcja kurzu spod kół :). Znani mocarze szybko tworzą czołową grupę, przez 2 km mam ich dość blisko przede mną, po czym mądrze postanawiam jechać swoje i już przed pierwszym skrętem w konkretny teren z dużą ilością piachu tworzymy pięcioosobową grupkę - jednego rozpoznaję (Jerzy Kaźmierczak z M5), dwóch ze Strefasportu.pl i jeden mi nieznany. Pierwsza część pętli - leśny, interwałowy, kręty, z dodatkiem fajnych singli i wąwozów odcinek miło mnie zaskakuje - jedzie mi się tędy dobrze, pomijając jedynie walkę o jak najlepszą przyczepność w piachu. Ten nieznany mi gość dość szybko nie wytrzymuje naszego tempa na solidnych wertepach i odpada. Postanawiam że przez całą pierwszą rundę nie będę podejmował żadnych ataków i kontrolował sytuację, póki ktoś z mega nas nie dogoni (nie dogonił nikt :)). Na 16 km wyprzedza nas zwycięzca mini (Michał Górniak, startowali 5 min po mega), a następnych dwóch (wspomniany Mikołajczyk i jeden z Greenbike) zrobili to dopiero po 25 km, czyli dobrym tempem zasuwaliśmy. Druga część pętli była nie mniej ciekawa krajobrazowo - zawierała przelotówki, jazdę po nadwarciańskim wale (wiało z przedniego boku), jak i miły fragment kręciliśmy tuż przy brzegu Warty. Duże wrażenie zrobiła na mnie praca organizatorów szykujących trasę - zarośnięte chaszczami i trawą fragmenty tak pięknie i szeroko wykosili, normalnie miły szok :). No dobra, wróćmy do ścigania. Zatem w okolicach 30 km, tuż przed wpadnięciem na 2 rundę mega, na szerokim szuterku naszej grupce przyszło pomykać wśród licznej stawki uczestników Parady Rodzinnej - fajny widok :). No to ponownie pokonujemy najfajniejszą mtbowsko część pętli. Zaczynam wyczuwać że dość wymagająca trasa wyraźnie dała w kość moim współtowarzyszom, szczególnie na podjazdach i tych trudniejszych zjazdach to ja wysuwam się na czoło grupki - oczywiście wykorzystuję to, ale bez przesady. W końcu kolega ze Strefasportu.pl (zastanawiałem się czy z jest M4 czy z M5 - z tej drugiej) słabnie i gubimy go. Na bufecie, przed ponownym wjazdem na wały muszę stanąć, by zatankować pusty i jedyny bidon, po czym bez problemu doganiam pozostałych dwóch współtowarzyszy. Po ujechaniu paru km, drugi kolarz ze Strefasportu.pl (M3) zwalnia (dopadły go skurcze, po wyścigu pogadałem z nim), i tak zostałem z Jerzym, który wyraźnie zachował więcej sił i na kilka km przed metą zaczął powolutku mi się oddalać. W końcu i mnie dopada stopniowe zmęczenie, ale bez tragedii i z pełną kontrolą dojeżdżam do mety, a tam od razu dowiaduję że jestem 8 open. SZOK ! :)
8/42 - open mega
1/9 - M4
Strata do zwycięzcy (Maciej Kasprzak) - 17:49 min
Zatem po 125 dniach wyścigowych w końcu coś tam wygrałem, fajne to uczucie :)
Fotki by Joanna Horemska, Grażyna Kaźmierczak.

Moja grupka w akcji. Początek 2 rundy mega © JPbike

Ósmy zawodnik open - zadowolenie JEST :) © JPbike

Cierpliwie czekałem kilka lat na taki moment i doczekałem się :) © JPbike

Dumny JPbike z pucharkiem zawierającym cyferkę PIERWSZY :) © JPbike
Kategoria dzień wyścigowy, maratony, podium, te szerokie też








