Info o mnie.
- przejechane: 186781.87 km
- w tym teren: 67375.10 km
- teren procentowo: 36.07 %
- v średnia: 22.57 km/h
- czas: 343d 01h 01m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m
Kategorie
-
Bike Maraton - 39
bikestatsowe zawody - 8
CX - 7
do 100 km - 1209
do 50 km - 1245
do/z pracy - 278
dron - 68
dzień wyścigowy - 251
Etapówki MTB - 31
Festive 500 - 55
Gogol MTB - 62
Kaczmarek Electric - 21
maratony - 180
MTB Marathon - 31
na orientację - 6
nocne - 290
podium, te szerokie też - 37
podsumowanie - 11
pomiar czasu - 67
ponad 100 km - 247
ponad 200 km - 28
ponad 300 km - 4
poza PL - 114
Solid MTB - 30
sprzęt - 50
szoska - 456
Uphill race - 8
w górach - 322
w roli kibica - 10
w towarzystwie - 404
wyprawy - 74
wysokie szczyty - 35
XC - 32
z przyczepką - 4
-
Moja stajnia
w użyciu
Orbea Oiz M20

Black Peak

Accent Peak 29
Canyon Endurace
Sztywna Biria
archiwum
Scott Scale 740
TREK 8500
Kross Action
Accent Tormenta 1
Accent Tormenta 2
Accent Tormenta 3
Archiwum
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
-
2026, Styczeń - 6 - 0
2025, Grudzień - 8 - 0
2025, Listopad - 9 - 0
2025, Październik - 8 - 0
2025, Wrzesień - 8 - 0
2025, Sierpień - 13 - 23
2025, Lipiec - 12 - 22
2025, Czerwiec - 9 - 20
2025, Maj - 10 - 20
2025, Kwiecień - 8 - 21
2025, Marzec - 10 - 24
2025, Luty - 8 - 16
2025, Styczeń - 7 - 13
2024, Grudzień - 15 - 38
2024, Listopad - 7 - 15
2024, Październik - 9 - 21
2024, Wrzesień - 10 - 18
2024, Sierpień - 12 - 20
2024, Lipiec - 14 - 30
2024, Czerwiec - 18 - 40
2024, Maj - 10 - 24
2024, Kwiecień - 15 - 37
2024, Marzec - 12 - 29
2024, Luty - 9 - 27
2024, Styczeń - 9 - 25
2023, Grudzień - 12 - 34
2023, Listopad - 10 - 33
2023, Październik - 9 - 27
2023, Wrzesień - 11 - 28
2023, Sierpień - 8 - 16
2023, Lipiec - 16 - 43
2023, Czerwiec - 11 - 27
2023, Maj - 17 - 36
2023, Kwiecień - 12 - 45
2023, Marzec - 6 - 16
2023, Luty - 8 - 32
2023, Styczeń - 8 - 26
2022, Grudzień - 8 - 20
2022, Listopad - 8 - 25
2022, Październik - 9 - 31
2022, Wrzesień - 12 - 16
2022, Sierpień - 10 - 24
2022, Lipiec - 16 - 37
2022, Czerwiec - 12 - 26
2022, Maj - 16 - 32
2022, Kwiecień - 14 - 49
2022, Marzec - 9 - 30
2022, Luty - 8 - 18
2022, Styczeń - 10 - 27
2021, Grudzień - 10 - 25
2021, Listopad - 11 - 29
2021, Październik - 12 - 35
2021, Wrzesień - 15 - 30
2021, Sierpień - 16 - 24
2021, Lipiec - 20 - 34
2021, Czerwiec - 19 - 42
2021, Maj - 15 - 34
2021, Kwiecień - 15 - 30
2021, Marzec - 12 - 35
2021, Luty - 11 - 32
2021, Styczeń - 13 - 42
2020, Grudzień - 17 - 37
2020, Listopad - 13 - 51
2020, Październik - 14 - 40
2020, Wrzesień - 19 - 33
2020, Sierpień - 20 - 42
2020, Lipiec - 25 - 65
2020, Czerwiec - 21 - 77
2020, Maj - 21 - 75
2020, Kwiecień - 14 - 60
2020, Marzec - 7 - 21
2020, Luty - 15 - 34
2020, Styczeń - 13 - 46
2019, Grudzień - 20 - 76
2019, Listopad - 14 - 50
2019, Październik - 13 - 44
2019, Wrzesień - 24 - 46
2019, Sierpień - 23 - 25
2019, Lipiec - 23 - 31
2019, Czerwiec - 26 - 42
2019, Maj - 25 - 58
2019, Kwiecień - 24 - 75
2019, Marzec - 18 - 56
2019, Luty - 16 - 45
2019, Styczeń - 15 - 53
2018, Grudzień - 18 - 68
2018, Listopad - 10 - 36
2018, Październik - 20 - 42
2018, Wrzesień - 31 - 67
2018, Sierpień - 21 - 82
2018, Lipiec - 18 - 58
2018, Czerwiec - 14 - 55
2018, Maj - 19 - 55
2018, Kwiecień - 18 - 68
2018, Marzec - 14 - 55
2018, Luty - 10 - 52
2018, Styczeń - 10 - 52
2017, Grudzień - 10 - 42
2017, Listopad - 7 - 44
2017, Październik - 10 - 43
2017, Wrzesień - 17 - 46
2017, Sierpień - 19 - 43
2017, Lipiec - 19 - 83
2017, Czerwiec - 17 - 42
2017, Maj - 21 - 60
2017, Kwiecień - 19 - 47
2017, Marzec - 15 - 38
2017, Luty - 13 - 32
2017, Styczeń - 14 - 47
2016, Grudzień - 9 - 14
2016, Listopad - 9 - 24
2016, Październik - 14 - 19
2016, Wrzesień - 14 - 66
2016, Sierpień - 16 - 24
2016, Lipiec - 21 - 41
2016, Czerwiec - 15 - 26
2016, Maj - 24 - 77
2016, Kwiecień - 18 - 47
2016, Marzec - 18 - 42
2016, Luty - 13 - 26
2016, Styczeń - 14 - 39
2015, Grudzień - 14 - 72
2015, Listopad - 8 - 26
2015, Październik - 8 - 23
2015, Wrzesień - 12 - 27
2015, Sierpień - 18 - 31
2015, Lipiec - 16 - 59
2015, Czerwiec - 21 - 72
2015, Maj - 21 - 53
2015, Kwiecień - 20 - 88
2015, Marzec - 19 - 88
2015, Luty - 16 - 59
2015, Styczeń - 15 - 59
2014, Grudzień - 11 - 60
2014, Listopad - 19 - 34
2014, Październik - 12 - 22
2014, Wrzesień - 17 - 37
2014, Sierpień - 18 - 31
2014, Lipiec - 22 - 95
2014, Czerwiec - 18 - 73
2014, Maj - 16 - 76
2014, Kwiecień - 21 - 77
2014, Marzec - 20 - 73
2014, Luty - 16 - 80
2014, Styczeń - 7 - 31
2013, Grudzień - 18 - 87
2013, Listopad - 13 - 78
2013, Październik - 15 - 60
2013, Wrzesień - 16 - 65
2013, Sierpień - 15 - 76
2013, Lipiec - 26 - 161
2013, Czerwiec - 21 - 121
2013, Maj - 20 - 102
2013, Kwiecień - 20 - 116
2013, Marzec - 18 - 117
2013, Luty - 15 - 125
2013, Styczeń - 12 - 92
2012, Grudzień - 20 - 106
2012, Listopad - 10 - 82
2012, Październik - 13 - 46
2012, Wrzesień - 17 - 96
2012, Sierpień - 16 - 99
2012, Lipiec - 23 - 113
2012, Czerwiec - 17 - 97
2012, Maj - 18 - 61
2012, Kwiecień - 20 - 132
2012, Marzec - 20 - 130
2012, Luty - 9 - 57
2012, Styczeń - 10 - 55
2011, Grudzień - 11 - 84
2011, Listopad - 12 - 96
2011, Październik - 20 - 127
2011, Wrzesień - 17 - 170
2011, Sierpień - 23 - 109
2011, Lipiec - 11 - 116
2011, Czerwiec - 3 - 154
2011, Maj - 24 - 186
2011, Kwiecień - 15 - 255
2011, Marzec - 24 - 213
2011, Luty - 26 - 187
2011, Styczeń - 18 - 199
2010, Grudzień - 19 - 173
2010, Listopad - 13 - 106
2010, Październik - 14 - 118
2010, Wrzesień - 15 - 192
2010, Sierpień - 25 - 209
2010, Lipiec - 27 - 126
2010, Czerwiec - 28 - 191
2010, Maj - 20 - 255
2010, Kwiecień - 24 - 220
2010, Marzec - 18 - 196
2010, Luty - 9 - 138
2010, Styczeń - 11 - 134
2009, Grudzień - 12 - 142
2009, Listopad - 11 - 128
2009, Październik - 8 - 93
2009, Wrzesień - 24 - 158
2009, Sierpień - 22 - 118
2009, Lipiec - 19 - 143
2009, Czerwiec - 20 - 94
2009, Maj - 19 - 170
2009, Kwiecień - 25 - 178
2009, Marzec - 14 - 137
2009, Luty - 7 - 50
2009, Styczeń - 11 - 96
2008, Grudzień - 11 - 131
2008, Listopad - 13 - 56
2008, Październik - 17 - 64
2008, Wrzesień - 17 - 62
2008, Sierpień - 21 - 78
2008, Lipiec - 18 - 39
2008, Czerwiec - 24 - 74
2008, Maj - 15 - 23
2008, Kwiecień - 7 - 40
2008, Marzec - 6 - 14
Wpisy archiwalne w kategorii
w górach
| Dystans całkowity: | 20821.18 km (w terenie 9289.00 km; 44.61%) |
| Czas w ruchu: | 1235:38 |
| Średnia prędkość: | 16.82 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 83.56 km/h |
| Suma podjazdów: | 277363 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 179 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 166 (94 %) |
| Suma kalorii: | 3943 kcal |
| Liczba aktywności: | 319 |
| Średnio na aktywność: | 65.27 km i 3h 53m |
| Więcej statystyk | |
Czwartek, 12 sierpnia 2010 • dodano: 14.08.2010 | Komentarze 4
Kolejny dzień mojego wspaniałego urlopu w górach.
Zanim ruszyłem na trasę, musiałem się przenieść do innej noclegowni – ktoś po prostu wcześniej zarezerwował.
Tegoż dnia umówiłem się z Karoliną na wspólne kręcenie, oczywiście po górach :) No i dodatkowo chciałem zapoznać się z kolejnym fragmentem nowej golonkowej trasy. Pogoda wspaniała – wręcz idealna do urlopowania, chociaż czasem było za gorąco :)
Z Krynicy wyruszyłem o 11-tej, po drodze zahaczyłem o sklep, by napełnić na full picie w bidonach i bukłaku. Po drodze trzeba było pokonać ok. 750 metrową Przełęcz Krzyżówka i stamtąd szybko w dół do Łabowej, gdzie nastąpiło spotkanie z Karlą.
Na miejscu ustaliliśmy że udamy się najpierw niebieskim na Halę Łabową – Karolina w sumie kilka razy tam się wspinała :)

Profesjonalna analiza mapy© JPbike

Jedziemy do góry :)© JPbike

Po drodze mamy same arcywidoczki :)© JPbike

Wpadamy górski teren ...© JPbike

Coraz wyżej ...© JPbike

Bardzo dzielna Karla :)© JPbike

Tutaj jest stromo i młynkowanie obowiązkowe :)© JPbike

Czasem było ciężko ...© JPbike

Dobijamy do schroniska pod Halą Łabowską© JPbike

Widok ogólny :)© JPbike
Na szczycie zrobiliśmy zasłużony i miły odpoczynek, nie zabrakło chwili zaskoczenia – Karolina w pewnym momencie wyciągnęła z plecaka … mini batonik ze świeczką !
A to by uczcić moje urodziny, które miałem w kwietniu :) Szok ! Warto było kilka miesięcy poczekać na osobiste życzenia i to złożone na ponad 1000 metrowej wysokości – jeszcze raz wielkie dzięki Karolinko :*

BS łączy ludzi :)© JPbike
Po tych miłych chwilach pora ruszać dalej, wspięliśmy się na pobliską polankę, by zobaczyć Tatry, było oczywiście widać, chociaż nie najlepiej – głównie zarysy szczytów, no cóż, to też coś :) Nie było dane nam dłużej tam posiedzieć bo zaatakowała nas chmara wysokogórskich much.
Przez Halę Łabowską, czerwonym szlakiem będzie przebiegać trasa dla Gigowców – właśnie tamtędy ruszyłem w kierunku na Runek, a Karolinka udała się w drogę powrotną niebieskim ponownie do Łabowej, tym razem w dół.
Po jakimś czasie się zatrzymałem przy zadaszonej budce dla turystów i smsik od Karli – okazało się że źle mnie zrozumiała, bo myślała że chciałem sam dalej kręcić po górskim terenie – ależ skąd, ze mną można jeździć 24 h na dobę, wiesz Karolinko ja zawsze tempo dostosowuję do każdego i od następnego razu nie pozwolę abyś mi znikła z pola widzenia :)

Fragment czerownego szlaku na Runek© JPbike

Zabawy MTB-owskiej nie mogło zabraknąć :)© JPbike

Początek podjazdu na Runek© JPbike

Do góry, do góry ...© JPbike

Górska serpentynka :)© JPbike
Generalnie ten interwałowy i z jednym solidnym podjazdem na Runek odcinek czerwonego szlaku mi się spodobał, po dokręceniu do krzyżówki z niebieskim dalej to już tylko zjazd w dół tym samym odcinkiem, co wczoraj zjeżdżałem – dzięki temu wypracowałem sobie idealny tor jazdy na sobotę :)

Przyjemnie ... :)© JPbike

Mała panoramka ze zjazdu z widoczkiem na Krynice© JPbike
W okolicach Słotwin zjechałem w dół po polanie w pobliżu kompleksów narciarskich i stamtąd już do noclegowni, po drodze zahaczając o sklep.
Dziękuję Karolinko za wspólne i bardzo górskie kręcenie - do następnego !
Puls – max 158, średni 127 (jazda bez wycisku i częste foto-postoje)
Przewyższenie – 1164 m
Kategoria do 50 km, w górach, w towarzystwie
Środa, 11 sierpnia 2010 • dodano: 11.08.2010 | Komentarze 14
Po wczorajszej całodziennej wyprawie do Krynicy nogi nie bolały, miałem ochotę gdzieś w górki pokręcić, więc po południu pokusiłem się, by wjechać i zjechać na Jaworzynę (1114 m) głównie fragmentami znanej mi dobrze z zeszłorocznej edycji trasy.
Pierwsze kilometry przez centrum Krynicy - jakoś dziwnie się jechało, czyli tak, jakbym w dalszym ciągu ciągnął przyczepkę :)
Wszystko wróciło do normy po pierwszym skręcie w górski teren, czyli żywioł Treka :)

Tam do góry właśnie jadę :)© JPbike

Robi się stromo ...© JPbike

Wysoko, coraz wyżej (ok. 800 m) ...© JPbike

....... :)© JPbike

Tu 1000m przekroczone i wciaż do góry ...© JPbike

Arcywidoki na Jaworzynie :)© JPbike

Fragment krótkiego zjazdu ze szczytu© JPbike
Zjeżdżając tamtędy przy okazji odkryłem golonkowe taśmy i strzałki kierujące na nowy odcinek tegorocznej edycji krynickiego maratonu - oczywiście sam jestem ciekaw co tam dalej jest :)

Oznaczenia kierujące na nową pętlę© JPbike
Ja jednak pojechałem dalej najpierw czerwonym po korzeniach do góry, a następnie fajnym niebieskim kamienisto-korzennym w dół

Fragment zjazdu niebieskim szlakiem© JPbike
No i podczas przeskakiwania przez widoczny na pierwszym planie rów walnąłem tylnym kołem w nieodpowiednie miejsce i błyskawiczna guma złapana ...

Guma w górach złapana ...© JPbike
A propos błotka - występowało jedynie fragmencikami.
A tutaj to największe jakie zauważyłem, zresztą to samo miejsce doskonale znam - KLIK dla porównania :)

Troszke błotka :)© JPbike
Dalej to już jazda do samego końca niebieskiego szlaku - świetnie poprowadzonym po grzbiecie, fajnym szuterku, miejscami po korzeniach, z mocno zjazdową i wąską końcówką biegnącą wprost na jedną z głównych ulic Krynicy.

Fajnie być znów z rowerem w górach :)© JPbike
Puls - max 165, średni 130
Przewyższenie - 786 m
Wtorek, 10 sierpnia 2010 • dodano: 11.08.2010 | Komentarze 16
Urlopu w górach z rowerem czas zacząć !
Jako cel obrałem Krynicę Zdrój, połączone z tamtejszym maratonowym startem.
Po porządnym spakowaniu się poprzedniego dnia, pobudce i skromnym śniadaniu ruszyłem Trekiem z przyczepką i plecakiem na poznański dworzec i … zjawiłem się na 2 minuty przed odjazdem składu IR do Krakowa, gdy tylko na chwilkę wszedłem na hol dworca, coś pokręciło mi się z peronami – wjechałem na inny i później, już w trakcie jazdy okazało się że wsiadłem do innego pociągu i do tego TLK … :)
Blisko 7 i pół godzinną podróż z trudem zniosłem, tłoczno było, na szczęście ze mną podróżowała również z rowerem sympatyczna bikerka, nie kryła wrażenia, gdy jej powiedziałem że z Krakowa jadę na własnych siłach przez góry do Krynicy :)
Po dobiciu do Krakowa nie mogło zabraknąć wizyty na tamtejszym Starym Rynku, na którym zrobiłem krótką przerwę. By po chwili udać się przez most z widokiem na Wawel w kierunku na drogę wylotową do Wieliczki – bezproblemowo dokręciłem.

Kraków. Widok na Wisłę i Wawel© JPbike
Kręcąc przez miasto ze słynną Kopalnią Soli zaczęły się solidne podjazdy, co chwila napotykałem znaki 6,8,9,7 % raz do góry, raz w dół, przy takich podjazdach moja Osowa Góra to pikuś :D
No, przyczepka miała dociążone chyba ze 25-30 kg, wiozłem nawet … laptopa !
Każdy podjazd to dla mnie istny trening siłowy, a zjazdy to szaleństwo – przekonałem się że mój Trek, a właściwie jego wyścigowa geometria ramy nie nadaje się do turystyki z dużym obciążeniem – każdy lekki ruch kierownicą przy ponad 25 km/h powodował wibracje przyczepki – mimo tego raz na zjeździe osiągnąłem 61 km/h … Raz kompletnie na zjeździe przesadziłem że przyczepka tak silnie rozwibrowała i … odczepiła się ! Na szczęście wylądowała na poboczu, błotnik pękł, i jedna sakwa lekko obtarta … już się boje że Młynarz mi sprawi lanie :D
Całe szczęście, mój dobytek wraz z laptopem ocalał, uff :)
Od tamtej chwili przypomniało mi się że rok temu czytałem instrukcję obsługi przyczepki – pisali że nie należy przekraczać 40 km/h :) I tak dalej, jadąc do celu starałem się na zjazdach, których miałem mnóstwo nie przekraczać tejże prędkości, pewnie klocki hamulcowe wkrótce pójdą do wymiany :)
Dalsza jazda, najpierw drogą 966, a następnie lokalną do Limanowej to czysta przyjemność, pokonywanie podjazdów, zjazdów, jak i cała masa urzekających górskich widoczków …

Urok górskiego rowerowania© JPbike

Urok górskiego rowerowania c.d.© JPbike
Po dotarciu do Limanowej była już późna pora, skierowałem się na 28-tkę i zaraz za tymże miastem zaczął się długi podjazd na ponad 620 m, momentami było ciężko, mozolnie się wspinałem.

Na 628 m i w oddali szczyty Beskidu Sądeckiego© JPbike
Po odpoczynku na szczycie to już tylko długi zjazd do Nowego Sącza …

Zjazd z serpentynami do Nowego Sącza© JPbike
Kręcąc przez NS nie mogło zabraknąć wyjątkowej chwili – spotkania z Karolinką – mocno się uciskaliśmy, podczas powitania z trudem utrzymywałem równowagę po tylu podjazdach :) Było miło :) Poznałem również jej śliczną Werkę :)
Do Krynicy Zdrój pozostało mi prawie 30 km, ruszyłem dalej, już po zapadnięciu zmroku i zamontowaniu lampek, nie wiedząc że droga do celu to kolejna długa wspinaczka, podczas której zrobiłem trzy postoje i wcinałem resztki tego, co miałem, oraz osiągnąłem kulminację wysokościową – aż ok 750 m ! Najcięższa była końcówka – byłem już zmęczony, ale co tam, fajnie pokonywać własne słabości i zadowolony w końcu dotarłem o 23-tej do Krynicy i do noclegowni, tej samej, co rok temu urlopowałem.
Była to jedna z moich najcięższych górskich jednodniowych wypraw ze sporym bagażem – będzie co wspominać :)
V max – 61.01 km/h – mój rekord mocno obładowaną przyczepką z laptopem !
Przewyższenie – 1625 m !
Kategoria ponad 100 km, w górach, z przyczepką
Niedziela, 1 sierpnia 2010 • dodano: 02.08.2010 | Komentarze 16
Ten maraton w Głuszycy do tej pory zapisze się dla mnie jako rekordowy pod paroma względami:
- pokonałem ponad 3000m w pionie
- spędziłem na trasie 6 godz i 47 minut
- około 10 razy złapały mnie skurcze nóg
- zaliczyłem chyba największą ilość wprowadzania ścigacza do góry
Te powyższe przykłady wskazują że do tej pory dla mnie był to najcięższy giga maraton …
Dobra, zrelacjonuję trochę :)
Do Głuszycy, a raczej do agro-noclegowni w pobliskiej Sierpnicy zajechałem dzień przed zawodami z Markiem. Po drodze zahaczyliśmy o biuro zawodów i w końcu udało mi się wymienić mój zniszczony numer startowy. Na miejscu byli już Krzysztof i Zbyszek, później zjawili się pozostali znajomi – DunPeal i Paweł z Kamilą.

Ekipa mocnych ścigantów MTB z Wielkopolski :)© JPbike
Po śniadaniu ruszyłem z Pawłem na krótką rozgrzewkę na pobliski podjazd i stamtąd 9 km w dół na miejsce startu w Głuszycy, gdzie spotkałem golonkowych znajomych – Izę, Adama, Arka, Damiana, Mariusza, Piotra i chyba kogoś jeszcze :)
Przed tym maratonem nie trenowałem zbyt wiele, wolałem odpocząć i pogłębić głód solidnej dawki MTB :)
Start troszkę opóźniono. Na początek jazda asfaltem do Łomnicy za samochodem organizatora i po skręcie w górski teren zaczęło się prawdziwe ściganie. Na pierwszym podjeździe szło mi całkiem nieźle, jechałem bez szaleństw i równym tempem, na ok. 5 km Damian, który kilka chwil wcześniej mnie wyprzedził i widocznie starał się poprawiać pozycje, na dość wąskim odcinku górskiego szlaku się zatrzymał (regulacja napędu). Ze spokojem mijałem Go i pomknąłem dalej, wiedząc że podczas pokonywania 3 km w pionie wszystko może się zdarzyć. Na pierwszym wąskim zjeździe tradycyjnie cisnąłem na maxa w dół, tak mocno że po zjechaniu z klocków hamulcowych wydobywał się charakterystyczny swąd, w sumie pierwszy raz na tarczówkach coś takiego doświadczyłem. Frajda z prawdziwie MTB-owskich zjazdów była i to jaka – wszystkie zjazdy na całej trasie to dla mnie bajka :) Dalsza jazda wschodnią pętlą przebiegła równo, nogi nieźle podawały na podjazdach – jest dobrze, pomyślałem :) Przez dłuższy czas miałem Arka w zasięgu wzroku. No i był pewien moment że dogoniłem późniejszą zwyciężczynię giga – Justynę Frączek, i po raz kolejny przez jakiś czas jechaliśmy we dwójkę i blisko siebie. Ewelinę Otyl też wyprzedzałem, kilka razy, za każdym razem na trudnych zjazdach. I wtedy, po 29 km (już ?) mocnej jazdy, podczas wnoszenia rowerka na dużej stromiźnie poczułem zbliżające się skurcze nóg. Będzie ciężko – pomyślałem, ale nie poddam się do mety ! Pierwszy skurcz złapał mnie podczas przejazdu przez trudny graniczny odcinek i od tamtej chwili powolutku zacząłem tracić ciężko wypracowane pozycje, nadzieję na dobry wynik, jak i pokonania Damiana … trudno. Wtedy każdy mocniejszy podjazd oznaczał dla mnie walkę ze zbliżającymi się skurczami, ilość wprowadzań była spora, ratunkiem okazały się zjazdy – na każdym szalałem, sporo ryzykując, wyprzedzając każdego, którego się dało i ciesząc się ze swojej techniki :) Po zjechaniu do Głuszycy i rozpoczęcia zachodniej pętli moje tempo było już słabsze, dogoniła mnie Ewelina i tak jakoś udało mi się przez pewien czas na półpłaskim odcinku jechać za Nią – do czasu kolejnego skurczu :( A dalej, było już tylko gorzej … Po dokręceniu pod niezły i stromy podjazd (na 50 km) który zacząłem pokonywać młynkując, złapał mnie kolejny … usiadłem na minutę na trawie i Damian mnie wtedy doszedł, następna tegoroczna porażka z rywalem zaliczona :( Po kolejnym wprowadzeniu na szczyt i zjechaniu po trawiastym stoku (v max trasy, 64 km/h) kolejny stromy i długi podjazd – całość znów z buta, z głową skierowaną w dół :( Potem fajny techniczny zjazd i podjazd w okolice Wielkiej Sowy – z trudem, wraz z pętlą z asfaltowym zjazdem udało mi się podjechać na ponad 1000 metrowy szczyt bez bike-walkingu, i to po drodze sporo Megowców zdublowałem. No i podczas wspinaczki po mocno kamienistym odcinku dogonił mnie Adam (po 70 km) który mnie wyprzedził podczas krótkiego postoju bo znów … Mocny, kamienisto-korzenny zjazd z Wielkiej Sowy – pewnie nie muszę nic pisać, kolejny poziom zadowolenia miałem :) Od tamtej chwili mknąłem do mety tak, jak mogłem, starając się nie złapać kolejnych skurczów. Po drodze zdublowałem Izę – zanim to zrobiłem, przez chwilę przyglądałem się jej technice i całkiem nieźle radziła :) W końcu trawiasto-polankowo-leśny zjazd do mety, która była nietypowo umiejscowiona – w innym miejscu niż start, a to dlatego by uniknąć kolizji przez główną ulicę w Głuszycy.
Co do bufetów – było ich sporo, pominąłem dwa – pierwszy i przedostatni a na pozostałych się zatrzymywałem, by uzupełnić picie w bidonach, wciąć banana i coś tam :)
Po dotarciu do mety honorowej nastąpiły pogaduszki i dzielenie się wrażeniami z całą masą znajomych, w tym z Dorotą i Arturem. Mamba tym razem nie wystartowała by doprowadzić do sprawności skręconą kostkę – słuszna decyzja.
Z ekipy, z którą wspólnie mieszkaliśmy (większość to Megowcy) – największe emocje towarzyszyły Pawłowi, który na takie trudne giga wybrał się na semislickach … udało Mu się, dojechał do mety po ponad 8 godzinach – gratki za ukończenie !
78/137 - open giga
28/46 – M3
Wynik dla mnie przeciętny, zadowolony to musze być, bardziej z przejechania bardzo wymagającej trasy i to bez gleb oraz żadnych defektów :)
Tego ciężkiego giga nie ukończyło 28 osób …
Strata do zwycięzcy open giga – 2:22:11, do M3 (Galiński) – 2:21:18, czyli do tej pory największe …
Arek pokonał mnie o 32, Damian 23, Adam 7 minut
A klosiu przyjechał 1 godz i 39 minut za mną
W generalce M3 giga po 6 wyścigach zajmuję 13 pozycję :)
Gdzieś na podjeździe ...
Fotka z galerii Janka_2010

MTB Marathon Głuszyca 2010© JPbike
Wytrawny technik :)

MTB Marathon Głuszyca 2010© JPbike
Puls – max 184, średni 152 (na wschodniej pętli ponad 160)
Przewyższenie – 3144 m !
Kategoria maratony, w górach, MTB Marathon, dzień wyścigowy
Niedziela, 20 czerwca 2010 • dodano: 22.06.2010 | Komentarze 9
Korzystając z tego że do agroturystycznej noclegowni w Kozielnie przyjechaliśmy na cały weekend, ostatniego dnia przed powrotem do stolicy Wielkopolski wybraliśmy się do Czech na tamtejsze świetne trasy rowerowe - pomysłodawcą i przewodnikiem wypadu był Jarek, który już parę razy był w tamtych okolicach.
Wyruszyliśmy po śniadaniu w czteroosobowym składzie Poznaniaków:
- Jarekdrogbas
- JPbike
- Maks
- toadi69
Ruszamy w góry ... :)

Humory dopisywały :)

Po dokręceniu asfaltem przez Bily Potok i Javornik skierowaliśmy się na świetnie oznakowany zieloną strzałką szlak dla bikerów

Szlak, zwany Cyklo 6222, który Jarek znał okazał się bardzo przyjemny, w większości przez górski las, nachylenia zarówno podjazdów, jak i zjazdów znośne, nie zabrakło postojów przy pięknych widokach.
Zbyszek i Maks podjeżdżają na czeskim szuterku

Drogbas zjeżdża wśród górskich widoczków

Kompletna ekipa Poznaniaków na czeskim terenie :)

Niezłych terenowych podjazdów nie zabrakło

Fragmentem poruszaliśmy się znaną z maratonu w Złotym Stoku trasą i tak dalej dokręciliśmy na szczyt Góry Borówkowej (900 m)

Na szczycie zrobiliśmy kilkunastominutowy postój i jazda w dół, najpierw technicznym zjazdem niebieskim szlakiem pieszym, a następnie oznakowanym również niebieskim szlakiem rowerowym - cały czas w dół do Javornika

Na jednym z wielu szybkich łuków Jarek przesadził z prędkością i wylądował w rowie :)
No ... masa mijanych bikerów :)

W Javorniku udaliśmy się pozwiedzać wokół tamtejszy zamek

Po odpoczynku na tarasie zamkowym nastała pora wracać do kraju :)
Puls - max 161, średni 125
Przewyższenie - 1071 m
Kategoria do 100 km, poza PL, w górach, w towarzystwie
Sobota, 19 czerwca 2010 • dodano: 21.06.2010 | Komentarze 12
Międzygórze - ściganie u stóp Śnieżnika
Od czasu, gdy nie mam własnego auta (ten stan trochę potrwa) zaczęła się dla mnie pora na kombinowanie z dojazdami na poszczególne maratony. Tym razem z pomocą pospieszył się mój partner treningowy, czyli Jarek, nie tylko zafundował transport pakowną furą, ale i załatwił nocleg na cały weekend – wielkie dzięki zarówno dla Niego, jak i jego Agi :) Do noclegowni w Kozielnie oddalonej kilkadziesiąt km-ów od Międzygórza przybyli również dwaj Megowcy – Krzysztof i Zbyszek.
Na miejsce startu zajechaliśmy po 9-tej. Po raz pierwszy się zjawiłem w Międzygórzu. Poskładaliśmy swoje rumaki i jazda z Jarkiem i Mariuszem na rozgrzewkę na podjazd i zjazd.
Z powodu wypadku drogowego start giga opóźnił się o 30 min. Czekając na start spotkałem niemal wszystkie mi znajome twarze, spotykane na golonkowych edycjach - no dobra, wymienię: Izę, Adama, Arka, głównego rywala Damiana, Marka, Mateusza, Przemka i paru innych mniej znanych.
Trasę zapowiadali jako łatwa technicznie, głównie szerokie szutrowe dukty, ale wymagającą kondycji, czyli ok. 2700 m przewyższenia. Było pochmurno z przejaśnieniami i kilkanaście st.C.
No i start. Ustawiłem się dość blisko linii w trzecim sektorze. Na początek kilka km pod górę, jechałem swoje, dość szybko mnie wyprzedził Damian, a po chwili Arek i obaj powolutku mi znikali z zasięgu pola widzenia. To nic, to jest górskie ściganie i wszystko może się zdarzyć. No i nie zabrakło zaskoczenia – niespodziewanie wyprzedził mnie … Rodman - lekki szok ! Myślałem że ze mną coś nie tak … Po bezproblemowym zjechaniu ze szczytu pierwszego podjazdu, następny długi podjazd – znów byłem zaskoczony, przez moment się odwróciłem i zauważyłem zbliżającego się do mnie … klosia - znów lekki szok ! Rodmana pokonałem po wizycie w pierwszym bufecie, na którym się nie zatrzymałem, a facet z obsługi widząc mnie w ruchu z kubkiem wody wrzucił do mojej kieszonki banana. Na tym długim i dość szerokim podjeździe na najwyższy punkt trasy na którym ciut lepiej mi się podjeżdżało wyprzedził mnie klosiu, jak się okazało, był jedyną osobą, która mnie pokonała na tym podjeździe, dalej miałem Go cały czas w zasięgu wzroku. Im dłuższy podjazd, tym bardziej zaczęła mnie pobolewać dolna cześć pleców. Po wjechaniu na Halę Pod Śnieżnikiem (1275 m) nareszcie nastąpił zjazd czerwonym szlakiem pieszym. Już na samym początku technicznego zjazdu wśród masy kamieni stał sam Grzegorz Golonko i wśród grupki, która zaczęła zjeżdżać – ja byłem jedyny co odważył się zjechać trudny początkowy fragment i zjechałem bez najmniejszych problemów, klosia załatwiłem lekko i tak zostało do mety :) Dalej w dół, po kamieniach cisnąłem na maxa, dochodziłem kolejnych rywali i moim oczom ukazał się widok … Damiana :) Jasne pokonałem Go. W sumie na tym zjeździe załatwiłem kilkunastu osób. Gdy skończył się wąski odcinek, dalej mknąłem w dół po szutrze dość szybko i to bez okularów (max 63.90 km/h). Po zjechaniu kolejny długi podjazd, na początkowym fragmencie zbyt mocno naciskałem na pedały i poczułem zbliżający się skurcz prawego kolana – 30 sek postoju pomogło. Podjazd pokonałem przyzwoitym tempem, od czasu do czasu spoglądając na tył, czy nie jedzie za mną Damian, wiedziałem że na podjazdach jest mocny - zaczynał mnie dochodzić na końcówce tegoż podjazdu, gdzie na wysokości ponad 1000m znajdował się drugi bufet i rozjazd mega/giga. Przy bufecie na krótko stanąłem i szybko zwiałem bo stamtąd zaczynał się długi zjazd. Damianowi na tym dość wyboistym zjeździe odjechałem. Od tamtejszych wybojów ręce mi zesztywniały i z trudem przełączałem biegi. Całą dodatkową pętlę giga biegnącą po szerokich szutrowych duktach - do trzeciego bufetu przejechałem raz sam, raz mieszając się z gościem z M4, jechało mi się dobrze, no i dodatkowo w górnych patriach miałem porcję arcywidoków :) Gdzieś tam na kolejnym podjeździe na stromej serpentynie znów zauważyłem Damiana – od razu mi przyszło do głowy że będzie ciężko wygrać z Nim ten maraton. Ostatni bufet poprzedzony był niezbyt długim asfaltowym podjazdem, znów dolna część pleców dała o sobie znać, zrobiłem tam krótki postój (woda, banan i rodzynki) i dogonił mnie Damian, który wyprzedził mnie kawałek dalej podczas krótkiego rozciągania pleców. Dalej, na ostatnim długim podjeździe już nie kręciło mi się tak dobrze, nie wiem czemu. Aha, dokładnie podczas połączenia pętli giga z mega natrafiłem na Megowca – Zbyszka :) Ostatni, ponad 10 kilometrowy odcinek biegnący w okolicy kompleksu narciarskiego Czarna Góra był trochę ciężki, grząsko, trochę błota, powolutku dublowałem megowców, nie obyło się bez wprowadzania na nierównym i podmytym odcinku z kamieniami. Wreszcie zjazd, trochę błotnisty, tradycyjnie cisnąłem w dół, na koniec, bliziutko mety jeszcze jeden krótki i niezbyt stromy podjazd – znów łańcuch zaczął mi się kleić i kawałek zmuszony byłem wprowadzać, i w końcu zjeżdzik do samej mety, na którą wjechałem zbyt szybko – spiker dał mi znak, bym zwolnił :)
Zaraz po minięciu linii mety spotkałem Dorotę, chwilę pogadaliśmy, mamba złapała 3 gumy …
Później już tylko bufet, makaron, dzielenie się gratulacjami i wrażeniami ze ścigania, sprawdzenie wyników, czyszczenie rowerka w strumyku i myk do przyjemnej agroturystycznej noclegowni i … kilka browarów poszło :)
58/146 - open GIGA
20/54 - M3
Strata do zwycięzcy open (jak i M3) – 1:16:26
Spoglądając na tablicę wyników – byłem lekko i pozytywnie zaskoczony :)
Nie zmartwiła mnie nawet 6 minutowa porażka z Damianem, który w tym sezonie w górach spisuje się nieźle.
Do Arka strata wyniosła 9 min.
Klosiu i Rodman stracili do mnie odpowiednio 7 i 37 min.
Po czterech golonkowych wyścigach zajmuję w generalce giga M3-owców 14 miejsce – nieźle :)
A team BIKEstats uplasowany jest na 39 miejscu na 121 sklasyfikowanych drużyn na giga.

MTB Marathon Międzygórze 2010© JPbike
Puls – max 176, średni 153
Przewyższenie – 2692 m
Kategoria maratony, w górach, MTB Marathon, dzień wyścigowy
Niedziela, 6 czerwca 2010 • dodano: 08.06.2010 | Komentarze 19
Istebna – Skrzyczne – Istebna (55 km, 1984 m przewyższenia)
Gdy tylko wsiadłem na swojego wyścigowego rumaka na rozgrzewkę na miejsce startu to od razu podczas podjeżdżania poczułem lekki ból lewej łydki i tylnej części kolana, z tego powodu wiedziałem że podczas finałowego etapu będzie bardzo ciężko jechać swoim tempem i nie myliłem się. Te ostatnie 3 etapy nieźle dały mi w kość, jak i doświadczenie na przyszłość. Stojąc w sektorze nie czułem się zbyt dobrze. Damian z Arkiem ustawili się bliżej, Tomek i Czarek za mną. Jedno co miałem na myśli – ukończyć Trophy w pierwszej połowie całej stawki Finisherów. Już pierwsze kilometry po starcie dały mi do zrozumienia że o ściganiu zarówno z Damianem, Arkiem i Tomkiem nie było mowy. Początkowy i dość długi pierwszy podjazd prowadzący w okolice Rezerwatu Barania Góra kręciłem w miarę przyzwoitym tempem – trwało to do pierwszego bufetu na którym zatrzymałem się. Podczas tego początkowego podjazdu zaskoczyła mnie nawierzchnia – wielkie wypłaszczone kamienie, jak i dalszy mniej stromy podjazd z całą masą beskidzkich arcywidoków :) Gdy zaczęły się większe stromizny, gorzej mi się już jechało, co kilka minut ktoś mnie doganiał (w tym Tomek) i wyprzedzał. Trudno, jechałem dalej swoje. Gdy tylko pojawił się zjazd przed kolejnym długim podjazdem – tradycyjnie cisnąłem w dół, jak i doświadczyłem się niezłych emocji, mykając w dół po wielkich kamieniach :) Sam podjazd na kulminację trasy (Skrzyczne 1251m) mimo że niezbyt stromy – okazał się dla mnie męczący i znów co jakiś czas byłem wyprzedzany. Na szczycie nasmarowali mi łańcuch, uzupełniłem picie w bidonie. Natomiast na długim i bardzo wymagającym zjeździe mogłem zaszaleć na maxa, kilka pozycji odrobiłem, jak i nieźle zatrzęsło. Po wizycie na ostatnim bufecie – pojawił się dość stromy podjazd, większość odcinka wprowadzałem. Po niemal samotnym i szybkim zjechaniu do zapory przy Jeziorze Czerniańskim zaczął się ostatni podjazd – asfaltowy na Przełęcz Szarcula (759m) na którym jakoś odzyskałem trochę sił i zdołałem trzyosobową grupkę wyprzedzić. Później już tylko znany mi z drugiego etapu terenowo – asfaltowy zjazd do mety, gdzie wpadłem samotnie, zastanawiając się nad wynikiem ostatniego etapu. Po odebraniu koszulki finishera podszedł do mnie Tomek i po chwili spotkałem Arka i Damiana – Ci trzej znów mnie objechali.
Moje wyniki 4 etapu:
157/303 – open
81/139 – M3
Arek pokonał mnie aż ponad 25 minut
Damian dołożył mi kolejną stratę czasową – 18 minut, po drodze łapiąc gumę
Tomek – dojechał do mety bez łańcucha i szybciej ode mnie o prawie 14 minut
Czarek - ? ważne że dojechał i został Finisherem :)
Znając swoją słabszą dyspozycję ostatniego dnia Trophy - takie miejsca były do przewidzenia i są to moje najgorsze wyniki w dotychczasowym ściganiu. No cóż, trzeba z tym się pogodzić i wyciągać wnioski na przyszłość.
Moje miejsca w końcowej klasyfikacji generalnej
122/283 – open
63/132 – M3
Cel, jaki sobie założyłem przed wyzwaniem sezonu 2010, czyli Beskidy MTB Trophy - został osiągnięty !
Cieszy mnie również że Trek wszystko wytrzymał, z wyjątkiem lekkiego obtarcia na oponie NN i rysek.
Szalony i superszybki zjazd ze Skrzycznego

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Pełne MTB w Beskidach - to jest to !

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
FINISHERZY :)

Ekipa Finisherów Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Puls – max 164, średni 142 (zadziwiająco niskie wartości)
Przewyższenie – 1984 m
Kategoria Etapówki MTB, w górach, dzień wyścigowy
Sobota, 5 czerwca 2010 • dodano: 05.06.2010 | Komentarze 7
Istebna – Wielka Racza – Istebna (74 km, 2756 m przewyższenia)
Trzeci dzień górskiej etapówki MTB przywitał nas słoneczną pogodą. Po śniadaniu, uszykowaniu sprzętu i zajechaniu na miejsce startu tradycyjnie przywitałem się ze znajomymi. W sektorze Damian ustawił się obok mnie, coś czułem że ma zamiar pocisnąć. Start, pierwsze kilkanaście km to w większości podjazdowy i asfaltowy z odrobiną terenu odcinek biegnący na Ochodzitą (894 m) – na tamtejszy szczyt dokręciłem spoczko i swoim tempem, Damiana miałem w zasięgu wzroku. Wyprzedziłem go na końcówce technicznego zjazdu z tymże szczytu. Dalej kręciliśmy na przemian wąskim asfaltem i terenem w dół do Lalik, gdzie znajdował się pierwszy bufet. Na tamtejszym zjazdowym odcinku dwukrotnie przesadziłem z prędkością na łukach i musiałem gwałtownie hamować, by nie wpaść w krzaki. Zaczął się solidny teren i to do góry. Stromizna rosła. Szczerze pisząc – po tych dwóch etapach przyzwyczaiłem się do wymagających beskidzkich tras z kamieniami, korzeniami i masą błota, więc relację ograniczę do ciekawych dla mnie momentów. Podczas pokonywania singletrackowego i trudnego odcinka poprowadzonego po zboczu góry i z błotem spokojnie przepuściłem Damiana, niech jedzie szybciej ode mnie, by miał swój dzień i na mecie okazało się że miał. Natomiast na kolejnym i stromym zjeździe znów go pokonałem. Ilość błota na większości trasy w dalszym ciągu była spora, słoneczna pogoda dopiero się zaczęła. Znów zaczęły się problemy z zaciągającym się łańcuchem, trudno. Drugi bufet, podobnie jak na dwóch pozostałych zrobiłem prawie minutowy postój i wcinałem co się dało, przy okazji płucząc uwalony łańcuch wodą. Stojąc tam wyprzedził mnie Tomek. Po krótkim czasie miałem okazję doświadczyć najcięższego i najdłuższego do tej pory wprowadzania rumaka, stromizna taka, że masakra. No i zjazd – oczywiście techniczny i zaszalałem :) Trzeci bufet był poprzedzony asfaltowym dojazdem. Stojąc tam dogonił mnie i wyprzedził Arek. Od tamtej chwili zaczął się długi i najcięższy podjazd – na Wielką Raczę (1230 m), było ciężko, prędkość stromego podjeżdżania oscylowała się na poziomie 5-6 km/h. Całkiem mi poszło, kilku udało się wyprzedzić. Na szczycie zatrzymałem się, był tam serwisant, wyczyścił i nasmarował mi łańcuch i od tamtej chwili przestał się zaciągać :) Na niezbyt długim i technicznym zjeździe tradycyjnie zaszalałem trochę. Kręciliśmy wtedy czerwonym i przygranicznym szlakiem, aż do Zwardonia, raz do góry, raz w dół, nierzadko było grząsko, nie odbyło się bez wprowadzania. No i lekko zaczęła mnie pobolewać tylna cześć lewego kolana, zwolniłem trochę, by nie ryzykować. Od tamtej chwili moje tempo jazdy spadło, na szczęście nie było takie złe. Aha, wspomnę, że na jednym zjeździe wpadłem w podmyty rów z kamieniami i zaliczyłem glebę. Dobijając do ostatniego bufetu pewien gość na wąskim odcinku chciał mnie z impetem wyprzedzić i … walnął kierownicą w mój tyłek, obaj wylądowaliśmy w trawie. Po tym zdarzeniu mój tyłek się odsłonił, czyli dziura w spodenkach :) Po pokonaniu kolejnego podjazdu i zjechaniu, w końcu nastąpił ostatni i dający w kość podjazd na Złoty Groń i stamtąd stromy i arcybłotny zjazd po stoku narciarskim wprost do mety. Dopiero na mecie dowiedziałem się że Damian mnie nieźle objechał, pewnie na którymś bufecie mnie załatwił, no cóż, mam się martwić ? Ależ skąd, pozostał jeszcze jeden ostatni i decydujący etap :)
Moje wyniki 3 etapu:
116/300 open
54/140 M3
Damian pokonał mnie niespodziewanie aż 20 minut – masakra :(
Tomek i Arek też byli lepsi ode mnie odpowiednio o 11 i 6 minut.
Niech chłopaki się cieszą, wszystko się okaże po ostatnim etapie – mój główny cel, jaki zakładałem przed tą wymagającą górską etapówką - to dojechanie do mety w pierwszej połowie całej stawki i oczywiście założyć koszulkę finishera :)
Na słynnym podjeździe na Ochodzitą

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
To już końcówka, zaraz myk w dół do mety po błotnym stoku narciarskim

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Puls – max 174, średni 147
Przewyższenie – 2756 m
Kategoria Etapówki MTB, w górach, dzień wyścigowy
Piątek, 4 czerwca 2010 • dodano: 04.06.2010 | Komentarze 7
Istebna – Klimczok – Istebna (68 km, 2567 m przewyższenia)
Przez całą noc poprzedzającą drugi dzień górskiej czteroetapówki padało … Wiadomo co do ilości błota. Rankiem chłodno było, niewiele ponad 11 stopni. Tym razem wszystkie trzy pozostałe etapy rozpoczynały się o 10-tej. Na miejsce zajechaliśmy po 9:30, przywitałem się ze znajomymi twarzami i wpadłem do sektora (chyba drugiego z dwóch), ustawiłem się znacznie bliżej – tak po prostu, a reszta kumpli gdzieś z tyłu :) Cel na drugi etap był prosty: pokonać trasę najlepiej jak się da i ponownie objechać kumpli. No i ruszyliśmy, na początek 3 km asfaltu, nieznacznie do góry, by po skręcie w teren pokonać niezły podjazd na Kubalonkę (ok. 800m). Jak na pierwsze kilometry przystało – powoli następowała selekcja. Pierwszy zjazd – najpierw trochę asfaltu, następnie trochę błotny teren – nie dało mi się szybko zjechać z powodu tłoku, raz ktoś nas na chwilę przyblokował. Momentem trasa biegła błotną ścieżką wzdłuż Wisły. Po zjechaniu pojawił się pierwszy bufet – tylko wodę i banana wziąłem w ruchu i od razu zaczął się długi i stromy podjazd prowadzący na Kotarz (985m), a następnie fajnie poprowadzony po zalesionych zboczach wąski odcinek do Przełęczy Karkoszczonka, gdzie był drugi bufet. Pokonując tamtejsze błotne i wymagające odcinki znów zaczęły się problemy z klejącym łańcuchem – tym razem zabrałem szmatkę i smar … niewiele pomagało, w sumie na całej trasie kilkakrotnie zmuszony byłem do około półminutowych postojów – przez to stopniowo traciłem ciężko wypracowane pozycje, w ostateczności znaczne stromizny wprowadzałem, zresztą pchania rowerka na większości ślisko błotnych i stromych podjazdów było sporo, ale i tak większość rywali też tak robiła. No i na ok. 25 kilometrze podczas mojego postoju serwisowego wyprzedził mnie Tomek. Zauważyłem go dopiero podczas wąskiego zjazdu. Gleby nie zabrakło – na wąskim odcinku upadłem przez spory i śliski korzeń – leciutkie obtarcie na kolanie zaliczone. Po drugim bufecie, gdzie stanąłem i wcinałem co się dało, oraz wypłukałem wodą łańcuch (pomogło) rozpoczął się najcięższy podjazd na kulminację etapu – Klimczok (1109m), cały czas na najbardziej miękkim przełożeniu kręciłem do góry, Tomka miałem w zasięgu wzroku. Po wjechaniu (wprowadzania na ostrych i błotnych stromiznach nie zabrakło) kręciliśmy przez wysokie patrie raz w dół, raz do góry, przez masę beskidzkich kamieni w kierunku Błatniej (917m), po drodze mając kolejną porcję arcywidoków. Wreszcie porządny i techniczny zjazd do Brennej z niesamowitą ilością luźnych kamieni – zaszalałem trochę, ręce mi zesztywniały od wstrząsów. W tejże miejscowości był trzeci bufet – też postój zrobiłem i początek kolejnego podjazdu na Trzy Kopce (ok. 800m), najpierw lekko do góry i kilka km asfaltem, następnie od razu stromo terenem. Nie wspomnę już o ilości błota. Po zjechaniu do Wisły (w większości asfaltem) – ostatni bufet i wcinanie tego co się da, napełniłem bidon i ostatni długi i ciężki podjazd asfaltowo – terenowy ponownie na Kubalonkę. W końcu zjazd do mety – najpierw ze szczytu wąski i wymagający, po chwili trochę asfaltu, dalej leśno-terenowo po błotnym strumyku i w końcu niecały kilometr asfaltem do mety. Zarówno Damiana, jak i Arka na całej trasie nie widziałem. Treka po raz drugi solidnie uwaliłem i przyozdobiłem kolejnymi ryskami.
Moje wyniki 2 etapu:
129/316 open
67/149 M3
Tomek przyjechał ponad 2 minuty przede mną
Arek stracił do mnie ponad 7 minut
Damian – 24 minuty za mną, ale miał problemy z manetką
Czarek - … ? ważne że dojechał – to jest najważniejsze :)
Etap drugi to zmaganie z błotem ...

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Mgliście na sporej wysokości ...

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Jak zwykle skupiony na błotnej trasie

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Całe te błotne MTB ... mi sprawia frajdę z jazdy :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Puls – max 175, średni 141
Przewyższenie – 2567 m
Kategoria Etapówki MTB, w górach, dzień wyścigowy
Czwartek, 3 czerwca 2010 • dodano: 03.06.2010 | Komentarze 17
Istebna – Stożek – Filipka – Istebna (43 km, 1647m przewyższenia)
Już sam dojazd autem do Istebnej na dzień przed rozpoczęciem górskiej etapówki był pełen mocnych wrażeń – no, bo … skasowałem auto. Całe szczęście, nic mi się nie stało. TREK również przeżył. Kask niestety zakończył żywot, pękł na kawałki. To właśnie dzięki osobom poznanym na bikestats – czyli Monice, Damianowi, Tomkowi mogłem w końcu dotrzeć do celu (podróż trwała cały dzień), no i sprawiłem sobie nowy kask – jeszcze raz wielkie dzięki dla Kosmy !
No dobra, teraz czas zrelacjonować.
Pobudka dość wczesna, mimo że start pierwszego i dość krótkiego etapu odbywał się o 12-tej. Pogodę mieliśmy niezłą, trochę słońca, trochę chmur i kilkanaście st.C. Po śniadaniu i tradycyjnej krzątaninie sprzętowej i krótkiej rozgrzewce wyruszyliśmy na miejsce startu w pięcioosobowym składzie: Arek, Tomek, Czarek, Damian, i JA.
Przed startem przywitałem się z Markiem (marc) i jego kolegą, oraz poznałem Adama (AdAmUsO) i Piotra (slec). W sektorach (nie wiem czy w ogóle były) ustawiliśmy się dość daleko, nie było sensu stawiać się z przodu, zresztą wiadomo, taka etapówka MTB wymaga jak najbardziej odpowiedniego rozłożenia sił – większość o tym doskonale wie.
No i start, na początek 5 km podjazdowego i dość wąskiego asfaltu. Na tym odcinku praktycznie nikt nie cisnął na maxa do góry, każdy swoim tempem. Damiana cały czas miałem w zasięgu wzroku, Arka również, jechaliśmy blisko siebie, no i w pewnym momencie na mocnej stromiźnie zacząłem powoli wyprzedzać. Tętno miałem oczywiście wysokie, jechało mi się dobrze :) Wreszcie w beskidzki teren wpadliśmy i od razu mnie zaskoczyły tamtejsze ścieżki pełne mniejszych i większych kamieni, korzeni – takich wymagających tras na własne oczy jeszcze nie widziałem :) Co chwila na górnych patriach całego etapu były arcywidoki – aż się prosiły o zatrzymanie i zrobienie fotek :) Na pierwszym terenowym podjeździe na najwyższy punkt trasy (Stożek, 943m) często na wąskich stromiznach tworzyły się zatory. Po ostatnich opadach, masy błota na całej trasie nie brakowało, co za tym idzie na głębszym i tym płytszym i śliskim błotku wprowadzania nie zabrakło. A propos Damiana – przez większość etapu, no prawie, ale po kolei. Jechaliśmy blisko siebie, co jakiś czas podejmowaliśmy próby oddalania się. To jeden, to drugi był z przodu, a ja najczęściej na technicznych zjazdach byłem górą :) Po osiągnięciu kulminacji wysokościowej po raz pierwszy ścigałem się na czeskim terenie – świetne mają tam ścieżki do MTB. Tamtejszy czeski odcinek w dalszym ciągu był niezwykle ciekawie poprowadzony, tempo jazdy miałem równe. Pierwszy bufet pojawił się na półmetku – zatrzymałem się. Damian nie … no nie, wciąłem rodzynki i banana i ruszyłem w pogoń do góry :) W pewnym momencie jechaliśmy obok siebie, chwile gadając :) No i pojawił się długi, kręty stromy podjazd na którym zdecydowałem trochę pocisnąć do góry i udało się wypracować przewagę nad Nim, którą zdołałem powiększyć do mety, głównie dzięki technice na zjazdach :) Drugi bufet – bez postoju i tylko banana chwyciłem w ruchu. W końcu ostatni długi podjazd, zanim się zaczął – wyprzedziłem … Arka (na etapie chyba ze 3 razy go łykałem). Jest dobrze – pomyślałem, a po Złotym Stoku myślałem że nie mam z Nim już szans :) No, ilość błota na całej trasie często powodowała koszmarne uwalanie się napędu i znów spodziewałem się klejącego się łańcucha do najmniejszej tarczy korby – kilkakrotnie z tego powodu musiałem na mocnych stromiznach wprowadzać … na szczęście nie traciłem swojej pozycji. Na nowiutkiej ramie pojawiły się pierwsze szlify od łańcucha :( Końcówka ostatniego długiego podjazdu była niezwykle trudna, nie wspominając o głębokim błocie, na sporej wysokości trzeba było podjeżdżać po wielkich korzeniach. Ostatni długi zjazd … masakra – utrzymanie równowagi na takim mocno podmytym i z błotnym strumykiem zjeździe to już sztuka. Ale co tam – coraz bardziej czuję się wytrawnym technikiem i dałem radę zjechać, nawet powiększyłem przewagę nad rywalami, bez upadku, poza kilkoma potknięciami, w tym wpadłem ze 2 razy w błoto o głębokości ponad osie :) W końcu końcówka – bez większych niespodzianek i zgodnie z oznaczeniem 5,2,1 km – ostatni ponad kilometr to po prostu zjazd asfaltem do mety – wjechałem radośnie bo wszystkich kumpli, co wspólnie wynajmujemy domek … objechałem :)
Debiut w ściganiu na wypasionym Treku wypadł okazale – szczególnie najbardziej odczułem większą zwrotność i mniejszy rozmiar ramy – o wiele lepiej mi się zarówno podjeżdżało, jak i zjeżdżało.
Moje wyniki 1 etapu:
130/342 – open
68/160 – M3
Arek stracił do mnie 4 minuty
Damian i Tomek – obaj po 8 minut (przyjechali równo)
Czarek – 1 godz i 13 minut
Czy zadowolony – JASNE !
To dopiero początek … jeszcze trzy ciężkie etapy pozostały … :)
Ekipa, którą podczas pierwszego dnia objechałem :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
W akcji. Bardzo zacięta rywalizacja :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Pełne skupienie ...

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Tak ostro jechałem podczas pierwszego etapu, średnie tętno miałem najwyższe

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
MTB Trophy to nie tylko ściganie, ale i masa arcywidoków :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Mój tyłek :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Na beskidzkim terenie ...

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Gdzieś na błotnej końcówce etapu ...

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Po pierwszym etapie … trochę błotka na Treku :)

Beskidy MTB Trophy 2010© JPbike
Puls – max 187, średni 161 – to dotychczasowe moje najwyższe wartości !
Przewyższenie – 1647 m
Kategoria Etapówki MTB, w górach, dzień wyścigowy







