top2011

avatar

Ten blog rowerowy prowadzi Jacek ze stolicy Wielkopolski.
Info o mnie.

- przejechane: 173200.92 km
- w tym teren: 62891.10 km
- teren procentowo: 36.31 %
- v średnia: 22.72 km/h
- czas: 315d 21h 19m
- najdłuższy trip: 329.90 km
- max prędkość: 83.56 km/h
- max wysokość: 2845 m

baton rowerowy bikestats.pl

Wyprawy z sakwami

polska
logo-paris
logo-alpy
TN-IMG-2156

Zrowerowane gminy



Archiwum 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2010

Dystans całkowity:1529.89 km (w terenie 490.00 km; 32.03%)
Czas w ruchu:82:37
Średnia prędkość:18.52 km/h
Maksymalna prędkość:69.66 km/h
Liczba aktywności:25
Średnio na aktywność:61.20 km i 3h 18m
Więcej statystyk
  • dystans : 38.24 km
  • teren : 2.00 km
  • czas : 02:23 h
  • v średnia : 16.04 km/h
  • v max : 31.99 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Po Nowej Hucie

    Niedziela, 29 sierpnia 2010 • dodano: 02.09.2010 | Komentarze 3


    Dzień po krakowskim maratonie przed odjazdem składu do Poznania postanowiłem się wybrać na przejażdżkę wraz z robinem i jego synem Tadziem po Nowej Hucie.

    Tadzio i robin na Łąkach Nowohuckich © JPbike

    Kopiec Wandy © JPbike

    Ćwiczenia na schodach :) © JPbike

    Ekipa nad Zalewem Nowohuckim © JPbike

    Po fajnej przejażdżce zostałem zaproszony do domu robina na obiad z podwieczorkiem.
    Po posileniu się - jazda w kierunku noclegowni, spakowałem się i ruszyłem na krakowski dworzec, z którego o 14:05 ruszył skład IR do Pyrlandii.
    Blisko 7 i pół godzinna podróż EN 57-ką przebiegła spoczko i w domu zameldowałem się o 22-tej.

    Krakowski weekend był udany ! © JPbike




  • dystans : 103.50 km
  • teren : 85.00 km
  • czas : 06:06 h
  • v średnia : 16.97 km/h
  • v max : 59.62 km/h
  • rower : TREK 8500
  • MTB Marathon Kraków

    Sobota, 28 sierpnia 2010 • dodano: 30.08.2010 | Komentarze 25


    Niespodziewanie i arcybłotnie w TOP 50 :)

    Przed tym maratonem przez tydzień w ogóle nie trenowałem, po prostu brakło czasu i do tego masa roboty w pracy, a moje dojazdy do/z pracy to żaden trening.

    Do Krakowa zajechałem ekspresem w sobotę o 0:20 – podróż komfortowym Intercity zasuwającym z prędkością do 162 km/h (wg ekranu info w wagonie) z przesiadką w Warszawie (595 km) zajęła mi równe 6 godzin, nieźle :)

    Miejsce noclegowe miałem załatwione dzięki Robertowi, więc po dotarciu do celu dość szybko poszedłem spać, by zbudzić się o 7:30, zjeść śniadanie, uszykować ścigacza, wskoczyć w czyściutkie BS-owe widzianko i zamierzałem o 9-tej udać się na rozgrzewkę, a tu nagle rozpadało się … Błoto na trasie w 100% zapewnione, będzie ciekawie – o tym wiedziałem, zresztą ubiegłoroczny tutejszy start u Grabka też odbywał się w błotnych warunkach :)

    Ruszyłem, gdy deszcz osłabł i na Błonia dotarłem na 15 min przed startem. Na miejscu spotkałem mnóstwo znajomych : Dorotę, Izę, Adama, Arka, Artura, Damiana, Mariusza, Marka, Mateusza, Piotra i jeszcze paru innych mniej znanych, w tym kolegę z teamu LG, który w Krynicy mnie podholował do mety i zapytał czy mam nowy łańcuch :)

    Na chwilę przed startem przestało padać. No i twardziele wystartowali, od samego początku zaczęło się wielkie błotne chlapowisko po Błoniach, po 500 m tyłek miałem już mokry :) Początkowe kilka km biegły po asfalcie, rozpadało się na dobre i tak z przerwami ten pogodowy stan trwał prawie do samej mety. Do czasu wpadnięcia w teren jechałem dość szybko, czołówkę miałem w zasięgu wzroku. Zaczęła się błotna zabawa w mocno interwałowym terenie, szło mi nieźle, jechałem równym tempem. Gdzieś przed pierwszym bufetem (w ruchu łyk Powerade) wyprzedziłem sleca – oznaczało to że wtedy wszystkich znajomych rywali miałem za plecami. Dalsza błotno-deszczowa jazda to powolne rozciąganie stawki, jak i pokaz umiejętności jazdy na śliskim terenie, jechałem wtedy do drugiego bufetu praktycznie samotnie, najlepiej szło mi na wąskich i trudnych odcinkach. Również i na tym odcinku zaczęły się obawy o hamulce – na zjazdach z tyłu dochodziło straszne skrzypienie - od razu przypomniałem sobie ubiegłoroczną Szczawnicę i wiedziałem co mnie będzie czekać na dalszej części trasy. Od momentu, gdy klamka tylnego hamulca szybko się zbliżała do chwytów podjąłem decyzję o rezygnacji z szaleństw na zjazdach, trudno, ważniejsze jest ukończenie, a do mety jeszcze ponad 70 km … Na szczęście z przodu klocki trzymały się całkiem. Po dotarciu do drugiego bufetu, na którym zrobiłem krótki postój dogonił mnie slec. Na 39 km rozjazd mega/giga – całą dodatkową pętlę giga przejechałem ze … slecem :) Ogólnie było tak: na łatwiejszych odcinkach był ode mnie wyraźnie szybszy, co jakiś czas się zatrzymywał – jakieś problemy miał z napędem, a ja cały czas jechałem równo i bez wariactw. Z ciekawych dla mnie momentów na giga pętli było zaliczenie na stromym i bardzo śliskim acz krótkim zjeździe nieefektownego upadku będąc jeszcze wpiętym – wtedy klocki tylnego hamulca zakończyły żywot (na 50 km). Od tamtego momentu oznaczało to dla mnie zdobywanie nowego doświadczenia – jazdy po masie błota mając jedynie w pół sprawny przedni hamulec – przekonałem się że na zjazdach to ciężka sztuka, więc zjeżdżałem znacznie wolniej. Nie brakowało masy potknięć – raz wpadłem w wąwozie w rów i gleba z szorowaniem swoim bokiem ściany wąwozu zaliczona, no i gdzieś tam był strumyk do kolan – pokonałem go w bród, niosąc bika. Znając Golonkę – wiedziałem że podjazdy na ponad 300 metrowe wzniesienia będą poprowadzone najdłuższymi z możliwych wariantów i tak było, niektóre dawały w kość, niektóre trzeba było z buta pokonywać. Po trzecim bufecie, gdzie wraz z slecem urządziliśmy dłuższy postój (wciąłem żel) zapytałem go czy ma hamulce – stwierdził że ma blachę. Po jakimś czasie kręcąc mocno poczułem zbliżający się skurcz, więc zwolniłem, tempo jazdy nieznacznie spadło, kilku gigowców mnie wyprzedziło, slec odjechał, to nic, nie przejąłem się tym, jechałem dalej swoje, od czasu do czasu spoglądając za plecy czy nie jedzie za mną Damian. Po połączeniu z Megowcami to już tylko tradycyjne dublowanie, w tym gronie była mamba. Wspomnę również że zaliczyłem lot przez kierownicę na stromym i po raz kolejny piszę – śliskim zjeżdziku z nieprzyjemnym lądowaniem – pojawiły się szlify na prawym biodrze i coś troszkę zabolało w prawej części żeber, oprócz tego raz nie zapanowałem w błocie nad utrzymaniem równowagi – wleciałem w zielsko o wysokości ponad metra. Po wpadnięciu na końcowe, arcybłotne kilometry w terenie trochę tłoczno się zrobiło i bardzo ślisko – wszystko tamtejsze przejechałem/zjechałem i w końcu ponowny przejazd przez totalnie przeorane Błonia i zadowolony wpadłem na metę, nie wiedząc na którym miejscu przyjechałem.

    Okazało się że w końcu i dość niespodziewanie spełniłem swoje tegoroczne marzenie u Golonki – chociaż raz w top 50 open, i to w takich trudnych warunkach, które dla mnie są niestraszne :)

    41/119 - open giga
    19/47 - M3

    Strata do zwycięzcy open, jak i M3 (Kaiser) - 1:39:02
    Piotr (slec) przyjechał 7 minut przede mną
    Damian - 3 minuty za mną
    Adam 1 godz i 27 min za mną
    Arek, klosiu, Marc, Math86 – nie ukończyli …

    Po zawodach spotkałem również Daniela i Przemka – podzieliliśmy się wrażeniami :)
    Swojego Treka, który dzielnie zniósł (oprócz klocków) błotne trudy ścigania na ponad 100 km trasie udało się umyć po prawie godzinie stania w kolejce do myjni i trzęsłem się z zimna, na szczęście czasem zza chmur wychodziło słońce.

    O tym że był to bardzo trudny maraton – świadczy że w wynikach giga widnieje aż 40 osób co nie dojechali do mety, lub DNF/DSQ …

    W generalce M3 giga zajmuję 14 pozycję – liczone jest 7 najlepszych wyników.
    Maraton w Rabce z żalem odpuszczam – brak czasu i szybkiego transportu …
    Teraz już tylko pozostał wielki finał w Istebnej :)

    Na trasie, już nieźle uwalony … :)
    Fotka z galerii Krzyśka
    MTB Marathon Kraków 2010 © JPbike

    Taka błotna zabawa to dla mnie frajda :)
    MTB Marathon Kraków 2010 © JPbike

    Większość z relacjonujących ten błotny maraton wrzuciła fotki pokazujące klocki po zawodach – więc i moje też można zobaczyć:

    Tył – (Shimano XTR) tu chyba wszystkich przebiłem :D
    Tylne klocki po maratonie ... © JPbike

    Przód – (BBB) dały radę i dzięki nim dojechałem do mety w jednym kawałku :)
    Przednie klocki po maratonie ... © JPbike

    Puls – max 179, średni 148
    Przewyższenie – 2093 m



  • dystans : 88.42 km
  • teren : 35.00 km
  • czas : 04:23 h
  • v średnia : 20.17 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Praca ...

    Piątek, 27 sierpnia 2010 • dodano: 27.08.2010 | Komentarze 2


    Jazda do/z roboty od poniedziałku do piątku. Dni coraz krótsze.
    Z "atrakcji" - w poniedziałek mnóstwo wielkich kałuż po nocnej ulewie, a w piątek niezła gleba przez duży kamień zaliczona, bez komplikacji.
    Kilometry zawyżone poniedziałkowym wypadem do Cykloturu po lampki.

    Kategoria do/z pracy


  • dystans : 17.01 km
  • czas : 00:54 h
  • v średnia : 18.90 km/h
  • v max : 29.78 km/h
  • rower : Accent Tormenta 1
  • Na dworzec ...

    Czwartek, 26 sierpnia 2010 • dodano: 26.08.2010 | Komentarze 8


    ... po bilety do Krakowa :)
    Tym razem za swoje duże osiągnięcie - czyli obecnie jako dziesiąty zawodnik w klasyfikacji generalnej giga M3 (z 152 sklasyfikowanych) zafundowałem sobie przejażdżkę na krakowski klasyk expresem InterCity !

    Dodatkowo przejechałem przez wieczorne miasto ze Starym Rynkiem w roli głównej.

    Kategoria do 50 km, nocne


  • dystans : 61.65 km
  • teren : 8.00 km
  • czas : 02:35 h
  • v średnia : 23.86 km/h
  • v max : 48.52 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Siewierz i 4 Pogorie

    Niedziela, 22 sierpnia 2010 • dodano: 24.08.2010 | Komentarze 12


    Tegoż pogodnego, niedzielnego dnia miałem czas do 13-tej.
    Chęci do pokręcenia w okolicy spore, więc krótko po 9 wyruszyłem do Siewierza i zaliczyć wszystkie cztery Pogorie.
    Kosma również miała ochotę na jazdę, czasu niestety jej brakło, więc od sąsiada pożyczyła niezły rower na 20 calowych kołach i ze mną zrobiła mocnym tempem 2 i pół kilometra :) Dalej już samotnie pognałem zobaczyć ruiny zamku w Siewierzu. By sprawnie wydostać się z Ząbkowic na boczną drogę skorzystałem z profesjonalnie sporządzonej przez Monikę notatki.
    Duże zaskoczenie zrobiła na mnie wysokość na której mieszka Kosma - aż około 360 m, czyli więcej od miejsca, w którym mieszkają Ela z Piotrkiem :) Dla porównania - ja w Poznaniu mieszkam na 85 m :)

    Kosma mknie na kultowym rowerku :) © JPbike

    Przy sobie miałem również mapę - spojrzałem że blisko znajduje się wzniesienie, na które prowadzi terenowa droga i pojechałem tam :)

    Trochę fajnego terenu © JPbike

    Widoczek ze wzniesienia © JPbike

    Zamek w Siewierzu © JPbike

    Po zwiedzeniu Zamku ruszyłem w kierunku Pogorii, raz gubiąc właściwą drogę, przez co fragmentem jechałem krajową jedynką ...

    Pogoria 4 © JPbike

    Pogoria 3 © JPbike

    Pogoria 2 © JPbike

    Pogoria 1 ze słynnym "UFO" :) © JPbike

    I na koniec coś podobnego do wpisu Kosmy :)
    Dąbrowa Górnicza Ząbkowice ... :) © JPbike

    Do Łośnia wróciłem punktualnie, co do minuty i następnie Monika mnie zawiozła swoją cytrynka na katowicki dworzec. Trzywagonowy skład do Poznania był tłoczny, podróżowałem w nieciekawych warunkach, mimo tego podróż przebiegła bez przygód i do Poznania zajechałem o 20-tej i tak zakończył się mój a jakże wspaniały urlop z rowerem :)

    Dziękuję bardzo wszystkim, z którymi miałem dużą przyjemność kręcić i spędzać czas podczas urlopu :)

    Przewyższenie - 312 m

    Kategoria do 100 km


  • dystans : 82.76 km
  • teren : 2.00 km
  • czas : 04:01 h
  • v średnia : 20.60 km/h
  • v max : 38.43 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Z Kobiernic do Łośnia

    Sobota, 21 sierpnia 2010 • dodano: 24.08.2010 | Komentarze 7


    Mój trzytygodniowy urlop dobiegał końca, a szkoda ...
    Zanim wyruszyłem następnego dnia do stolicy Wielkopolski postanowiłem po drodze odwiedzić Monikę.
    Wyruszyliśmy po śniadaniu, obierając kierunek bocznymi drogami na Oświęcim.
    W roli przewodników miałem oczywiście Elę i Piotrka, w końcu to są ich doskonale znane tereny.

    Rowerowy urlop był bardzo udany :) © JPbike


    O tym jak dotarliśmy do Oświęcimia - Ela i Piotrek doskonale opisali i bogato zilustrowali na swoich blogach :)

    Na tamtejszym Rynku po krótkim oczekiwaniu zjawił się hose, który zaprowadził mnie do celu, czyli do Łośnia.
    Z Józkiem nie widziałem się okrągły rok - mocno i radośnie się przywitaliśmy :)

    Ekipa BS na rynku w Oświęcimiu © JPbike


    Po pożegnaniu z Elą i Piotrkiem we dwójkę ruszyliśmy, po drodze przekraczając Wisłę, robiąc postój w Jaworznie, pokonując parę niezłych podjazdów i w końcu bezproblemowo dobiliśmy pod dom Kosmy, u której były kiełbaski z grilla, piwko i pogaduszki :)
    Oprócz tego obejrzałem postęp prac remontowych - duży podziw !

    Przewyższenie - 390 m





  • dystans : 44.62 km
  • teren : 6.00 km
  • czas : 02:41 h
  • v średnia : 16.63 km/h
  • v max : 57.17 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Wołek, Beskidek i Kozubnik

    Piątek, 20 sierpnia 2010 • dodano: 23.08.2010 | Komentarze 3


    Tegoż piątkowego dzionka planowałem wyjazd powrotny ze wspaniałego pobytu u Eli i Piotrka. No i zamierzałem zjawić się na osławionej Bytomskiej Masie Krytycznej, niestety musiałem zrezygnować, trudno, może innym razem :)
    Więc postanowiłem zostać w Kobiernicach jeszcze jeden dzionek. Kajman miał sprawy służbowe, a Ela była w pracy, dość szybko wróciła i zaproponowała mi przed obiadem zdobycie terenem ruin Zamku w Wołku. Zanim wlazłem w kolarskie widzianko, umyłem Treka i doprowadziłem do skuteczności hamulce w Kellysku Eli.
    Wspomniane ruiny leżą stosunkowo bliziutko od ich domu, tyle że trzeba wspiąć się do góry przez leśny i jak się okazało dość wymagający teren – bez zastanawiania wsiadłem na bika, a Ela z psem i aparatem foto wybrała się na spacer.
    Już na początku zaskoczyła mnie ilość przeróżnych tamtejszych ścieżek, trudnej nawierzchni, sporo błądziłem, zjeżdżałem, wjeżdżałem, jak i czasem wprowadzałem, w końcu dotarłem do ruin.

    Na leśnym zjeżdziku © JPbike

    Wołek zdobyty w towarzystwie Gero :) © JPbike

    Ruiny Zamku na Wołku © JPbike

    Ruiny Zamku na Wołku © JPbike

    Po zwiedzeniu wszystkiego dookoła Ela z psem poszli z powrotem w dół, by uszykować obiad, a ja wybrałem się poszaleć w okolicznym terenie – raz zgubiłem ścieżkę i w efekcie zjeżdżałem w dół po mocno stromym, iście golonkowym zjeździe, emocje były :)

    A po przerwie obiadowej ruszyliśmy w dwuosobowym składzie : niradhara i JPbike do Wielkiej Puszczy, wraz z wjazdem na Przełęcz Targanicką (Beskidek), oraz wypad do Kozubnika.
    Ela zasuwa do Wielkiej Puszczy © JPbike

    Podczas wjeżdżania do góry nie zabrakło dla mnie przejażdżki przez strumień, jak i spotkania z pędzącym w dół Adamem i jego kumplem z „pszczółkowego” teamu :)
    Spotkanie maratończyków :) © JPbike

    Podjazd na Beskidek ... © JPbike

    Widokowa końcówka podjazdu :) © JPbike

    Po bezproblemowym dla mnie wjechaniu na przełęcz, podziwianiu popołudniowych widoków, wspólnej fotce to już jazda spowrotem w dół do Porąbki i kolejny podjazd, tym razem do Kozubnika, gdzie znajduje się podupadający w ruinę ośrodek wypoczynkowy …
    Ela w drodze do Kozubnika, w tle Żar © JPbike

    Ośrodek wypoczynkowy w Kozubniku, stan na sierpień 2010 © JPbike

    Ośrodek wypoczynkowy w Kozubniku, stan na sierpień 2010 © JPbike

    Ośrodek upodobali sobie Paintballowcy © JPbike

    Później zjazd, zrobiło się chłodno, po drodze zahaczyliśmy jeszcze o zaporę w Porąbce i myk do domu.

    Kolejny wypad połączony z poznawaniem nowych miejsc w Beskidzie Małym udany – dzięki Elu :)

    Przewyższenie – 610 m



  • dystans : 65.39 km
  • czas : 03:43 h
  • v średnia : 17.59 km/h
  • v max : 51.40 km/h
  • rower : TREK 8500
  • U stóp słowackich Tatr

    Czwartek, 19 sierpnia 2010 • dodano: 20.08.2010 | Komentarze 6


    Cóż to był za super hiper mega ultra giga arcywidokowy wypad !
    To był kulminacyjny punkt mojego urlopu u niezwykle wspaniałej rowerowej pary – Eli i Piotrka :)

    Wyruszyliśmy rankiem pakownym autem wraz z rowerami do Słowacji, po drodze niemal bez przerwy zza okien auta i podczas postoju na 1090 metrowej przełęczy podziwialiśmy całą masę zapierających dech w piersiach widoków … :)
    Po dotarciu do Liptovsky Hradok (ok. 640 m) i przesiadce na rowery ruszyliśmy pokonać ponad 30 km dość łagodny, w całości asfaltowy podjazd biegnący na 1280 metrową wysokość, który końcówkę ma tuż u stóp graniczących z naszym krajem szczytami, pośrodku Tatrami Zachodnimi, a Wysokimi :)

    Zamek w Liptovsky Hradok, stąd zaczynamy jazdę do gory © JPbike

    Jazda ... © JPbike

    Nad szczytami wisiały ciężkie chmury ... © JPbike

    Momentami można było dostrzec skaliste szczyty © JPbike

    Chwila postoju © JPbike

    Po dokręceniu do mini miejscowości Podbanske zrobiliśmy postój przy tamtejszej mini restauracji, posilając się nieznanym mi do tej pory, ale bardzo smacznym daniem i browarkiem :)
    Przy okazji spotkaliśmy bikera z … Poznania :) Daliśmy Mu namiary na BS :)
    Od tej chwili jazda wśród wysokogórskich widoczków to sama przyjemność :) © JPbike

    Trek i tatrzańskie krajobrazy © JPbike

    Pięknie ... :) © JPbike

    Ela wśród Tatr :) © JPbike

    Nie napiszę jakie niesamowite wrażenia są, jadąc tamtedy :) © JPbike

    Pora na wspólny toast w odpowiedniej scenerii :) © JPbike

    Dobijamy do celu ... © JPbike

    Na 1280 m, Jak widać - dalej to zakaz jazdy ... szkoda :) © JPbike

    Po osiągnięciu celu, gdzie skończyła się asfaltowa ścieżka troszkę popadało i po podziwianiu wszystkich szczytów dookoła (m in. Świnicę, 2301 m) w padającym deszczu ruszyliśmy w drogę powrotną – ponad 30 km w dół, zrobiło się zimno, więc …
    Tu przeczekaliśmy deszcz © JPbike

    Takie robactwo oblepiało nasz sprzęt na sporej wysokości © JPbike

    Deszcz na szczęście przestał padać po krótkim czasie i jazda w dół :)
    Wracamy po mokrym © JPbike

    Zza chmur zaczęło się wyłaniać popołudniowe słońce odsłaniając najwyższe tatrzańskie szczyty – widoki rewelacja, szczęściarze z Nas :)
    Piękny widok na słowacki, monstrualny Krivan, 2494 m © JPbike

    Ela foci mnie, a ja Ją :) © JPbike

    A taki SUPER widok mieliśmy w drodze powrotnej :) © JPbike

    Podsumowując trasę – WSPANIAŁA !
    Do zaparkowanego auta dotarliśmy naładowani pięknymi, wysokogórskimi widokami pod wieczór i jazda do Kobiernic.

    Przewyższenie – ok. 700 m (Kajman poda dokładne)



  • dystans : 44.88 km
  • czas : 02:23 h
  • v średnia : 18.83 km/h
  • v max : 41.79 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Wiejska przejażdżka z Elą :)

    Środa, 18 sierpnia 2010 • dodano: 20.08.2010 | Komentarze 3


    Po mocno podjazdowo-zjazdowym wypadzie, po obiedzie Ela zaproponowała wspólną przejażdżkę po Ziemi Oświęcimskiej.
    Czy, zanim ruszyliśmy na wiejską i przyjemną trasę byłem zmęczony po pokonaniu ponad kilometra w pionie ? Ależ skąd :)

    Niradhara mknie wśród pól ... © JPbike

    Z racji tego że od dawna, nawet bardzo dawna, jeszcze z czasów swojej epoki przedrowerowej jestem miłośnikiem drewnianej architektury, nie mogło zabraknąć na trasie ciekawych budynków zbudowanych z tejże budulca :)

    Drewniana chata z 1787 roku ... © JPbike

    Kościółek w Starej Wsi © JPbike

    Na Rynku w Wilamowicach pora na wspólną fotkę :)
    Nie ma to jak miec rowerowych przyjaciół :) © JPbike

    Kręcąc wśród wiosek, pól, stawów zatrzymaliśmy się przy Sole - wysłuchałem od Eli skutki niedawnej powodzi ...
    Soła jest piękna, ale potrafi być i grożna ... © JPbike

    Ela wśród pól i małego lasku :) © JPbike

    I ja, jadący podczas zachodu słońca wśród stawów © JPbike

    Moja przewodniczka na przyjemnej szosie :) © JPbike

    Przy klasztorze franciszkanów w Kętach © JPbike

    Oprócz powyższego i okazałego klasztoru zatrzymaliśmy się przy parku lipowym, na którym lipy dopiero zaczęły rosnąć i mam zamiar za 10 lat tutaj wrócić i sprawdzić :)

    Wiejska przejażdżka po Ziemi Oświęcimskiej była bardzo sypmatyczna - dzięki Ela :)

    Przewyższenie - 168 m



  • dystans : 53.02 km
  • teren : 7.00 km
  • czas : 02:54 h
  • v średnia : 18.28 km/h
  • v max : 65.82 km/h
  • rower : TREK 8500
  • Hrobacza i Żar zdobyte !

    Środa, 18 sierpnia 2010 • dodano: 18.08.2010 | Komentarze 7


    Kolejny wspaniały dzień urlopu w Beskidzie Małym :)
    Tegoż dzionka rankiem wyruszyłem wraz z Kubą.
    Tym razem plany były ambitne, bo mocno podjazdowe !

    Jako pierwszy podjazd do pokonania wzięliśmy Hrobaczą Łąkę (828 m)
    Tutaj zaczynamy porządny podjazd ... © JPbike

    No, przez jakiś czas wspinaliśmy się blisko siebie, i po chwili cisnąłem do góry i zgubiłem Kubę za plecami :)

    Widoczki zmusiły mnie do trzykrotnego zatrzymania :) © JPbike

    Przyznam że ten czterokilometrowy podjazd jest niezły, w większości ponad 10% do góry, biegnie po dobrym asfalcie, a na końcówce to już gorsza nawierzchnia … dla mnie to żaden problem :)
    Stary, zniszczony asfalt © JPbike

    Terenowa końcówka ... © JPbike

    Na 10 m przed szczytem przeczekałem na mojego kompana z Andrychowa i w taki oto sposób udało się ustrzelić wspólną fotkę :)
    Wspólnie zdobywamy Hrobaczą © JPbike

    Kolejny szczyt zdobyty, jak zwykle radośnie obwieściliśmy :) © JPbike

    Na szczycie trochę wiało, dobrze że miałem ze sobą długą bluzę, trochę odpoczęliśmy i dalej zdecydowaliśmy się na górski teren, czyli mój i mojego Treka żywioł :)
    Zjeżdżamy po masie kamieni © JPbike

    Czerwony szlak, po którym się poruszaliśmy nie zawsze pozwalał na jazdę …
    Trochę wnoszenia nie zabrakło © JPbike

    Ciągle na 800 metrowej wysokości ... © JPbike

    Po jakimś czasie skręciliśmy na niebieski w dół, również kamienisty, nie taki straszny, by po zjechaniu na Przełęcz Przegibek (663 m) zarządzić postój.
    Postój na colę na Przełęczy Przegibek © JPbike

    Dalej nastąpiła asfaltowa zjazdówka z serpentynami aż na most w Międzybrodziu Żywieckim, skąd podziwialiśmy następny cel – Góra Żar (761 m)
    Tam do góry się wybieramy :) © JPbike

    Po postoju przy sklepie, ponownie przez jakiś czas podjeżdżaliśmy razem, i dalej pomknąłem do góry, podjazd okazał się łagodniejszy od tego na Hrobaczą, ale … dłuższy. W zupełności do pokonania całości ponad 7 km podjazdu wystarczyła środkowa zębatka korby.
    Dzielny Kuba na podjeździe :) © JPbike

    Widokowa końcówka podjazdu © JPbike

    Na szczycie czekał na nas Piotrek, który przyjechał na górę wprost z domu.
    Gdy wjechałem z Kubą na Żar - miałem na liczniku 33 km i ponad 1 km w pionie :)
    No i ujrzałem w końcu znany mi jedynie z fotek wielki zbiornik wodny od miejscowej elektrowni szczytowo-pompowej.
    A najbardziej mnie zauroczyła cała masa tamtejszych arcywidoków na Beskidy :)

    Fragment zbiornika wodnego na górze Żar © JPbike

    Trzech Bikestatowiczy na Żarze :) © JPbike

    Beskidzki arcywidoczek :) © JPbike

    Poza podziwianiem widoczków zacięcie obserwowaliśmy zmagania szybowcowe …
    Za chwilę szybowiec zacznie swobodny lot © JPbike

    I leci ! Fajnie widzieć ze szczytu coś takiego :) © JPbike

    Widoczek, gdzieś tam na dole Ela z Piotrkiem mieszkają :) © JPbike

    Pora wracać ... © JPbike

    Po fajnym i długim zjeździe, z serpentynami oczywiście, po drodze poznałem słynne miejsce zaburzenia grawitacji, dalej kręciliśmy wzdłuż Soły kierunku do domu. Z Kubą pożegnaliśmy się przed Porąbką – jeszcze raz wielkie dzięki za wspaniałą wspólną i górska trasę !
    Potem myk z Kajmanem do Kobiernic na obiad, a po południu czeka mnie kolejna wycieczka, tym razem z Elą :)

    Puls - max 168, średni 126
    Przewyższenie - 1155 m